Rozmowa

Wojciech Łachut: Chcę otworzyć klub triathlonowy w Szklarskiej Porębie

Wojciech Łachut, znany w środowisku bardziej jako „szalony Twister”. Od wielu lat jest  zapalonym triathlonistą, który może się pochwalić m.in. wygraną w pierwszej edycji Castle Triathlon Malbork. Obecnie bardziej w roli trenera.

W którym momencie Twojego życia pojawił się triathlon?
Ścigałem się, od kiedy nauczyłem się chodzić. Wystarczyło narysować kreskę i już byłem gotowy. Wysoką wydolność zawdzięczam chyba w dużej mierze mojemu „blokowisku”, gdzie regularnie się ścigaliśmy na ok. 1 km. Najpierw byłem najszybszy na podwórku, potem w szkole, a następnie w Mławie. W liceum byłem już w szkole sportowej w Warszawie. Tam już nie byłem najszybszy (śmiech). Karierę skończyłem jako junior. „Bakcyl” wrócił kilka lat później, za sprawą Rajdów Przygodowych i zawodów MTB. Szperając w necie, trafiłem na forum, gdzie grupa osób pod okiem Darka Sidora przygotowywała się do Ironman Klagenfurt. Trochę później powstało XTRi.pl. Tam byłem mocno aktywny głównie w rubryce: „Co dziś zrobiłeś?”, a że robiłem dużo, to szybko stałem się rozpoznawalny… Potem już wsiąkłem na dobre. Pierwszy raz pojawiłem się w triathlonie w Malborku w 2008 roku.

W jakiej roli?
Trenera. Byłem wtedy świeżo po mojej pierwszej rekonstrukcji więzadeł krzyżowych w kolanie. Na zawody namówiłem Wojtka Długozimę, nastolatka trenującego w mławskim klubie pływackim. Pamiętam, jak dopingowałem go podczas startu, niemal zapominając o kontuzji, kuśtykałem o kulach jak szalony… Wiedziałem, że tam wrócę. 2009 rok był  szaleństwem. W styczniu wystartowałem w Triathlonie Zimowym w Warszawie, w maju wygrałem Kierat – 100 km biegu na orientację w Beskidzie Wyspowym, potem sprint w Malborku, Mistrzostwa Polski – Susz ½, 24 h godzinny wyścig MTB i na koniec sezonu – wisienka na torcie – Ironman Borówno.

Jak wrażenia z perspektywy debiutanta?
Debiutowałem w Malborku. To była prawdziwa szkoła życia. Jak już wcześniej mówiłem, był to sprint, a nawet krócej, bo trasa została skrócona z powodu zimnej wody. Okazało się, że w zaistniałej sytuacji pianki są obowiązkowe. Niestety, pianka jeszcze nie doszła z Anglii. Zdeterminowany, wziąłem ze stoiska Blueseventy, skórkę bez rękawów i nogawek, ale wyglądała jak pianka i była najtańsza. Kasy nie miałem, ale zastawiłem  zegarek. Skórka prezentowała się znakomicie niczym strój startowy. Postanowiłem, że zrobię w niej też rower i bieg. Wydawało się, że ten strój to „strzał w 10”. Zdanie zmieniłem chwilę po strzale startera.

łachut

Zobacz też:

Droga Lecha Jarońca do Ironmana

Dlaczego?
Woda była przeraźliwie zimna. Zatykało mi krtań i nie mogłem nabrać powietrza. Do tego z powodu zimnej wody trasa została zmieniona na agrafkę. Startowało 120 osób i był start masowy z wąskiej plaży. Pierwsza bojka była blisko i to, co się tam działo, przechodzi ludzkie pojęcie. Znalazłem się pod wodą i nie mogłem się wydostać. Jestem niezłym pływakiem i woda to mój żywioł. Jednak wtedy przestraszyłem się, że utonę. W ostatniej chwili udało mi się wydostać, ale dalszą część zrobiłem już na plecach. Moja pierwsza „pralka”. Na rower wyskoczyłem, jak chciałbym dogonić czołówkę. Całość przejechałem na maxa, intensywność pod korek. Jechałem w amoku, na kole jechało mi chyba z 10 osób. W pewnym momencie przypomniało mi się, żeby sięgnąć po bidon. Napiłem się i wszystko zwymiotowałem, do tego super skórka była tak opięta, że się dusiłem. Przeklinałem tę skórkę jeszcze bardziej na kolejnym etapie. Bieg to było już „człapanie” i podziwianie takich zawodników jak: Florek, Szołowski, Siejakowski. Jak oni się tam pięknie cięli! Kosmici! Sam skończyłem w okolicach 50 miejsca.

Od razu po debiucie chciałeś startować dalej?
Tak, momentalnie zapisałem się na mistrzostwa Polski ½ IM w Suszu. Tam, jak dobrze pamiętam, zająłem nawet miejsce w pierwszej 20-stce. Nie miałem też jakiegoś rewelacyjnego wyniku. Skończyłem tamte zawody z czasem około 5:10. Ciekawostką jest to, że minutę za mną był Waniewski, o tyle samo przede mną tamten start ukończył Marcin Konieczny. Kawałek za nami przybiegł Robert Karaś. Potem był już osławiony Ironman w Borównie.

Jak było?
Złapałem gumę na rowerze i kilka kilometrów biegłem z rowerem, bo o ile o dętce pamiętałem, to o pompce już nie.  Maraton przebiegłem w cztery godziny. Finalnie ukończyłem tamte zawody z wynikiem 11:30. Należy pamiętać, że w tamtych czasach w kraju pełny Ironman był jedynie w Borównie oraz na Pomorzu, chyba w okolicach Szczecina. Generalnie dobra lekcja na przyszłość.

łachut

Zajrzyj do:

Damian Marciniak: Dla Ojca będę Ironmanem!

Z perspektywy czasu, jak ten triathlon zmienia się w Twoich oczach?
Dawniej było z 5-6 imprez triathlonowych i startowało się tam, gdzie zawody były organizowane. Obecnie tyle imprez jest tygodniowo. Dlatego nieraz trzeba z rocznym wyprzedzeniem zapisywać się na zawody i planować starty. Dawniej nawet nie zapisywało się na imprezę, tylko przyjeżdżało odpowiednio wcześniej i kupowało pakiet startowy. Kolejna różnica jest taka, że kilkanaście lat temu wszyscy się znali. Dlatego każdy wiedział, kto oszukiwał na trasie, jeśli dochodziło do takich sytuacji. Po zawodach w Suszu, gdzie pojawili się pierwszy raz celebryci, wszystko się zmieniło. Nastąpił bum na triathlon. Zamiast 100 zawodników, mamy tysiące. Ciężko zliczyć same zawody. Pojawiły się pieniądze, sponsorzy, poziom zawodów jest nieporównywalnie wyższy. Zawodnicy ze sportu kwalifikowanego zaczęli startować na dystansie Ironmana, itd.

Na których zawodach przekonałeś się o ogromnym przyroście startujących zawodników na zawodach?
W Malborku w 2014 roku. Wówczas pierwszy raz pojawił się dystans pełnego Ironmana. Wtedy wygrałem pierwszą edycję tych zawodów. Nagrodą był rower, który postanowiłem sprzedać. Przyjechał po niego chłopak z Poznania. Nie wiedział nawet, kto to jest Twister (śmiech). Nie znał forum XTRi.pl!! To znaczyło, że „wirus” się wydostał i „zaraża” nowych ludzi, zresztą tak jest do tej pory. Czy to dobrze? Oczywiście! Można z rozrzewnieniem wspominać stare czasy, jednak trzeba przyznać, że bez rozgłosu triathlon w Polsce naturalnie by wymarł.

Jak wspominasz same zawody w Malborku w 2014 roku?
Patrząc na poziom sportowy, to wtedy wyniki poniżej 10 godzin były znakomite. Zawodnicy PRO startowali w sprintach i olimpijkach. Mimo to nawet nie marzyłem o wygranej. Powodem był Jakub Czaja. Przyjechał na te zawody w roli faworyta. Pływania i roweru się nie bałem, ale jak biega Jakub, to chyba wszyscy powinni wiedzieć. Wiadomo było, że pobiegnie jakieś 2:50. Więc jakby tego nie ugryzł, to  nie było szans. Jeśli chodzi o sam przebieg wyścigu, to wyszedłem drugi z wody. Potem przyszedł czas na rower, który był zawsze moją mocną stroną. Podgoniłem i wyprzedziłem prowadzącego zawodnika. Kontrolowałem Jakuba do czasu, jak musiał zejść z trasy po wypadku na rowerze. Na biegu pojawiła się w tej sytuacji szansa! Miałem dużą przewagę. Biegło mi się znakomicie. Właściwie cały dystans biegłem ze łzami w oczach, wizualizując sobie metę, tę całą orkę i wyrzeczenia pod te zawody. Na ostatniej pętli miałem chwilę paniki, że jednak mogę nie dobiec do mety. Pewnie osławiona ściana mnie dopadła. Jednak trwało to tylko chwilę i WYGRAŁEM!!!

Jak było na dekoracji?
Jak ktoś był na dekoracji, to na pewno pamięta. To było coś niesamowitego. Wygrałem rower czasowy, który okazał się niespodzianką. Myślałem, że ścigamy się o „pietruszkę”, a tu szok! Na podium nie potrafiłem utrzymać emocji. Darłem się chyba z pięć minut, wymachując rowerem na wszystkie strony. Te zawody i klimat, jaki tworzą tam organizatorzy, ten zamek, rycerze, Bogurodzica, sprawiły, że jestem tam co roku. Rok później byłem przygotowany jak nigdy dotąd. Zakiełkował mi szalony pomysł w głowie. Trzy tygodnie i dwa Ironmany. Oba chciałem wygrać. Na pierwszy ogień Wolsztyn. Tam pokrzyżował mi plany Robert Karaś, który wygrał. Jednak drugie miejsce i wynik 9:03 to było coś. Tydzień później wystartowałem w ¼ i znowu wynik życia! Przyszedł czas na Malbork, gdzie okazało się, że ¼ to nie to samo co Ironman. Kryzys za kryzysem. Finalnie skończyłem na piątym miejscu z czasem 9:50.

Co Ci się nie podoba obecnie w triathlonie?
Przez to, że jest teraz tak dużo ludzi samotna jazda, a wożenie się na kole, to są zupełnie dwie inne rzeczy. Ciężko jest porównywać te wyniki z rezultatami sprzed kilkunastu lat. Wówczas, kiedy ukończyło się z czasem 2:30, to był w 100 procentach własny wynik, a obecnie 1000 osób osiągnęło ten czas, ale jedynie pięć osób pokonało ten dystans uczciwie samemu.

Czy planujesz spróbować sił w innych sportach?
Przeprowadziłem się w góry. Od tego momentu rozważam przejście do XTERRA oraz wyścigów MTB. W tych sportach jesteś skazany tylko na siebie.

Dlaczego zająłeś się trenowaniem innych?
Zdobyłem popularność dzięki startom. Słynąłem jako „wariat”. Zająłem się trenowaniem i to jest moje główne źródło dochodów. Robię to dobrze. Zeszło ze mnie ciśnienie. Bardziej zależy mi na zawodnikach niż na własnej formie. Miałem tak już po pierwszym roku pracy. Kiedy wyprzedzałem swojego zawodnika na treningu, to od razu się stresowałem. To było w ogóle nie do pomyślenia dla mnie. Czuję się dobrze z moją obecną sytuacją życiową. Idealnie trafiłem w miejsce i czas. Jedynie koronawirus psuje mi plany.

Jakie masz podejście do obecnej sytuacji z koronawirusem?
Jestem zdrowy jak koń, nie choruję. Moją receptą na zdrowie fizyczne, ale też psychiczne od zawsze była aktywność fizyczna. Od jakiegoś czasu też morsuję. Obecnie moją „receptą” mogę sobie tyłek podetrzeć, bo rząd twierdzi, że będę zdrowszy, nie wychodząc z domu. Mało tego, policja robi łapanki i wlepia horrendalne mandaty osobom, które chcą izolować się inaczej. Niby świat zwolnił. Mamy czas, nie ma presji, ale to taka cisza przed burzą. Od kilku lat żyję z trenerki, a od października z moją narzeczoną otworzyliśmy szkółkę pływania. Obecnie nie prowadzimy zajęć pływania. Nie wiem, jak będzie z treningami. Na szczęście większość moich zawodników jest bardzo zmotywowana do trenowania, mimo niewiadomej przyszłości. Są wspaniali, dodają mi skrzydeł, podziwiam ich.

Jak oceniasz Daniela Jakimiuka jako zawodnika?
Marzenie trenera. To już czwarty sezon razem. Przez ten czas opuścił może z pięć treningów. Niesamowita wrodzona wytrzymałość, wydolność i zdrowie. Ostatnie dwa lata przepracował  średnio powyżej 20 godzin tygodniowo treningu. Nie ma kontuzji, nie choruje, nie narzeka, wiecznie głodny startów. W strefie zmian jest jak pocisk. Daje zawsze z siebie 110 procent.  Cały czas się rozwija. Z każdym sezonem jest coraz mocniejszy. W tym roku będzie startował w kategorii PRO. Daniel też przeprowadził się do Szklarskiej, co umożliwia współpracę na wyższym poziomie. Jak sam mówi, siłę czerpie z wiary w Boga i tak jest kojarzony za sprawą fanpage’a o nazwie „Z Bogiem przez Triathlon”. Od pięciu lat nie je mięsa, a siły ma za dwóch, co sprawiło, że sam mocno ograniczyłem mięso. Ma niebywałą wręcz odporność psychiczną. Boryka się z poważnymi problemami finansowymi i miłosnymi, które niejednego by złamały. Obaj jesteśmy świadomi, że dopóki tego nie wyprostuje, nic w sporcie nie osiągnie. Tylko triathlon mu pozostał. Poświęcił się temu i z tego chce żyć. Potrzebuje wsparcia finansowego.  Szukamy sponsorów, aby umożliwić mu osiągnięcie jego potencjału.

łachut

Czytaj także:

Czasówka zamiast pierścionka zaręczynowego

Kto jeszcze wyróżnia się z Twoich zawodników?
Łukasz Jegliński, 10 lat temu miałem epickie pojedynki z tym zawodnikiem. Był moją zmorą, a od pięciu lat jest moim zawodnikiem (śmiech). To inteligentny, świadomy triathlonista. Pracował wcześniej z wieloma trenerami i to, że zaufał właśnie mnie, jest dużym wyróżnieniem dla mnie. W odróżnieniu od Daniela Łukasz jest ustawiony finansowo, postawił dom, zasadził drzewo, spłodził syna. Jednak coś za coś. Łukasz ma niewiele czasu na trening, 8-15 h to wszystko, co można wycisnąć. Trenuje mniej, ale w planie praktycznie nie ma lekkich treningów. Możemy sobie na to pozwolić, bo Łukasz ma wytrzymałość zrobioną przez lata. Wynik 8:56 na mistrzostwach Polski w Malborku pokazuje, jaki ma potencjał.
Maja Bużycka, jakby miała zdrowie Daniela, to byłaby już Mistrzynią Polski. Prowadzę ją niemal od początku i jestem dla niej jak drugi tata. Jest pracowita i utalentowana. Jej problemy zdrowotne są naszym przekleństwem. Wszystkie MP w triathlonie to łzy i zawód. Niejeden trener i niejedna zawodniczka dawno by się już poddali. Jednak mam mnóstwo dowodów na TrainingPeaks, że stać ją na złoto. Mamy powody, by twierdzić, że te problemy, są tylko kwestią czasu. Maja trenuje dużo mniej od swoich rywalek, ale to oznacza, że ma jeszcze bardzo duże rezerwy. Czekamy, aż ten młody organizm się ustabilizuje, a wtedy… Mam niewiarygodne szczęście do zawodników. Zawodnikom depczą po piętach inni, a do tego w tym roku doszło kilku świetnie rokujących zawodników. Każdy mój podopieczny wyróżnia się w jakiś sposób. Niektórzy, mniej utalentowani w sportach wytrzymałościowych, jak np. Krzysztof Kicak, który zaraża wszystkich mega pozytywną aurą. Inni imponują mi sumiennością. Daniela mógłby prowadzić szewc, a i tak by się rozwijał, ale mam zawodników, u których po kilku latach treningu ciężko uzyskać progres. Jednak to się dzieje, bo są wyjątkowi.

Co radzisz zawodnikom w obecnej sytuacji związanej z koronawirusem?
Trenować. Zakazy trenowania na zewnątrz są dla mnie bez sensu, nie mówiąc już o zakazie wstępu do lasu. Mam nadzieję, że to nie potrwa długo. Zawodnikom radzę, mimo wszystko, cieszyć się wiosną i ile się da, korzystać z pięknej pogody. Oczywiście, jeżeli nie grozi to mandatem. Niektórzy uprawiają „partyzantkę”. Inni zostali w domu i podnoszą formę, kręcąc na trenażerze. Staram się wspierać i motywować ich w tej niecodziennej sytuacji. Sam trening i progres to sposób na przetrwanie w czasie pandemii. Nie dać się zwariować i robić swoje.

Czujesz jeszcze głód do startowania?
Praca trenera sprawiła, że zeszło ze mnie ciśnienie na starty. Mieszkam w pięknym miejscu, aby je eksplorować tak, jak lubię, muszę się ruszać. Moją motywacją do treningów są teraz góry. Żeby móc z nich w pełni korzystać, potrzebna jest moc. Poza tym ja to lubię. Muszę iść się poruszać na dwie godziny, bo inaczej wysiądzie mi głowa. Aktywność fizyczna jest w moim przypadku obowiązkiem i sposobem na życie. Dzięki niej jestem szczęśliwym człowiekiem. Będę startował, bo to moje życie. Ostatnio na nowo pokochałem MTB i myślę, żeby się przebranżowić  na cross triathlon. No i Malbork – tam na pewno będę co roku startował (śmiech).

Czy masz jeszcze marzenie związane z triathlonem?
Klub triathlonowy w Szklarskiej Porębie, wychować mistrza olimpijskiego. Hawaje nie były nigdy moim marzeniem. Marzy mi się natomiast pojechać z moim zawodnikiem na Konę w roli trenera. Chcę też zmobilizować się jeszcze raz i złamać dziewięć godzin na pełnym dystansie.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
rozmowa przeprowadzona 10.04.2020
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X