Rozmowa

Tomek Socha polubił starty na długim dystansie. Zaliczył już dziewięć IM

Skupia się na długich dystansach od 2015 roku. Choć już dziewięć razy startował na pełnym IM, to nie jest w pełni zadowolony z żadnego z nich. Miał okazję wystartować na Hawajach. Tomek Socha w rozmowie z TriathlonLife.pl opowiada o obawach przed debiutem, „magii Hawajów” i planach na sezon 2020.

Jakie masz odczucia po sezonie 2019?
Pozytywnie, ale bez szału. Jednak zdobyłem kolejne doświadczenia. Sezon 2019 zacząłem bardzo wcześnie, bo już w kwietniu w Chinach na połówce. Wówczas zająłem trzecie miejsce w kategorii wiekowej, dwie minuty za zawodnikami ze znacznie większymi sukcesami. Obaj mieli sportową przeszłość, w tym starty w reprezentacja kraju w triathlonie na IO. Całą siłę skierowałem na pełny dystans w Irlandii i przegrałem z pogodą. Byłem piąty. Wprawdzie wszyscy mieli te same warunki, ale nie spodziewałem się, że może być, aż tak źle. Potem coś tam startowałem jeszcze, ale już tzw. „świeżości” nie było. Sezon był i tak fajny, nowe miejsca, nowe/stare przyjaźnie, nowe doświadczenia.

Które zawody uważasz za najlepsze?
No nie wiem… Od jakiegoś czasu zależy mi tylko na dobrym występie na długim dystansie, a mimo tego, że mam za sobą już trochę startów, nie miałem takiego. Muszę przyznać, że był taki start w 2015 roku w Suszu na połówce, gdzie „przypadkowo” zebrało się sporo mocnych zawodników w mojej kategorii. Warunki pogodowe nie były łatwe, a konkurentów startowało sporo. Byłem czujny na każdym etapie. Dawałem z siebie wszystko. Cisnąłem, ile się da. Ostatecznie byłem drugi w kategorii wiekowej. Zrobiłem życiówkę 4:27, a moja kategoria M45 w tych warunkach była lepsza, niż M40. Okazało się, że przegrałem z byłym MP w biegach przełajowych. Wszystko tam zagrało i wydaje mi się, że były to moje najlepsze zawody.

W jakim stopniu udało się Ci przełożyć efekty treningów na zawodach?
Właściwy trening ma ogromne znaczenie. W sumie jestem dość sumienny i w większości staram się wszystko robić, jak leci. Pewnie jestem bardziej mistrzem treningów, niż samych startów, bo wiele rzeczy wychodzi w trakcie przygotowań, a na starcie jest różnie. Chyba nie ja pierwszy i jedyny mam ten problem.

Tomek Socha

Zobacz też:

Na sukcesy PRO jeszcze musimy poczekać!

Jak wyglądały Twoje początki w triathlonie?
Całkiem normalnie, po czterdziestce zacząłem biegać, a raczej się ruszać. Bo wcześniej nic nie robiłem. „Zatrybiło” i mi się spodobało, a gdzieś po drodze wpadłem w sidła reklam, nawet nie Ironmana. Zwabił mnie Susz i słynna akcja z ambasadorami. Pomyślałem, że to musi być fajne i się zapisałem.

Ile trenowałeś przed debiutem?
Moja przeszłość biegowa nie była jakoś imponująca, bo wcześniej biegałem niecałe trzy lata, ale nie zaczynałem od zera. Gorzej było z pływaniem i jazdą na rowerze. Umiałem pływać, ale żabką. Stylem dowolnym  rozpaczliwym przepływałem zaledwie 25 metrów. Nie miałem roweru. Na początku przewracałem się na szosie, bo nie umiałem się wypinać z bloków. Był  cel, to powstał plan.

Jaki?
Pływałem dwa razy w tygodniu, na początku sam. Potem zapisałem się na kilka lekcji indywidualnych. Na rowerze było różnie. Kompletnie nie czułem trenażera, ale 2-3 jednostki się zdarzały i oczywiście biegałem, ale też nie jakoś dużo (może 2-3 razy w tygodniu). Plan znalazłem w Internecie i jakoś szło.

Czego najbardziej się bałeś przez pierwszymi zawodami?
Pływania w jeziorze i to nie z powodu, że wcześniej nie pływałem w wodach otwartych. Bo  kiedy się przygotowywałem, to przetestowałem sobie różne rzeczy w piance. Jednak to co innego pływanie samemu, a w grupie ponad tysiąca osób. Przypominam, że w tamtych czasach start był wspólny. Pralka na pierwszych 400 metrach była normalnością. Kiedy  pojechałem i zobaczyłem na miejscu te oddalone o kilometr malutkie boje nawrotowe, to byłem jeszcze bardziej przerażony. W sumie nie było tak źle. Przeżyłem pralkę. Była solidna, ale z pływania byłem zadowolony. 

Tomek Socha

Czytaj także:

Marcin Pacholak: Często zapominamy, aby cieszyć się startem

Kiedy zadebiutowałeś?
Zadebiutowałem w Suszu na dystansie 1/2IM w 2012 roku.  Dziś bogatszy o doświadczenie, myślę, że to był głupi pomysł. Trzeba było stopniować, czyli zacząć od ćwiartek, ale wyszło inaczej.

Jak wspominasz debiut?
To było coś, choć nie byłem jakoś zadowolony, mimo że skończyłem w połowie stawki. Niezależnie co robię, czy w życiu czy w sporcie zawsze staram sobie stawiać jakiś cel. Realny, ale ambitny. To mnie motywuje i napędza. Dzięki takiemu podejściu nie mam stresu,  aby trenować, niezależnie od pogody oraz przeciwności. Ten cel wyznaczyłem bardzo ambitny. W rezultacie byłem pół godziny gorszy, niż zakładałem. 

Jakie miałeś odczucia po tamtym starcie?
Mimo że start fizycznie bardzo poczułem, to mi się spodobało. Wprawdzie w tamtym sezonie nie miałem już startów triathlonowych, ale bardzo szybko zaplanowałem kolejny sezon. Kompletnie nie interesowały mnie wtedy jeszcze długie dystanse. Chciałem startować i zdobywać doświadczenia. Ogólnie jestem długodystansowcem. Nie wierzę w cuda i szybkie efekty. Dlatego pomyślałem, że skoro będę coś tam robił z głową, to efekty przyjdą.

Dlaczego akurat triathlon?
Pewnie to był przypadek i trochę wpadłem na fali coraz większej popularności tego sportu. Do tego też zawsze kręciły mnie dość złożone zadania i dążenie do realizacji założonych  celów. Przygotowania w tym sporcie są dość złożone, organizacyjnie, wysiłkowe, w wielu aspektach, to one są najważniejsze.  W tym wszystkim najbardziej podobają mi się  przygotowania i trening. Sam start jest efektem tej całej pracy. Kiedy już się wkręciłem, to jest dużą częścią mojego życia. Ciężko mi jest sobie wyobrazić siebie bez trenowania. 

Tomek Socha

Przeczytaj też:

Przemysław Szuder: Do trzech razy sztuka

Jaką część Twojego życia zajmuje triathlon?
To jedna trzecia mojego życia z mniejszym priorytetem, niż pozostałe dwie, czyli rodzina i praca. Triatlon jest bardzo ważny, ale nie miałbym stresu go odstrzelić, gdyby miał negatywny wpływ na pozostałe życie. Triathlon pozwala mi odreagować i zająć się czymś innym, pożytecznym. Nawet wychodzenie na treningach ze strefy komfortu mi pasuje. Bo po prostu chyba tego potrzebuję.

Kiedy postanowiłeś zacząć treningi pod okiem trenera?
Dość szybko zrozumiałem, że nie ma co walić głową w mur. Zresztą staram się znać dobrze na robocie, a to na czym się nie znam, oddawać fachowcom. Jestem w Trinergy, a moim trenerem jest Tomek Kowalski od 2014 roku.

Co jest Twoją motywacją?
Po każdym sezonie staram się wyznaczać cel, a nim są starty w konkretnych zawodach. Jeśli są to tzw. starty A i nie są elementem jakiegoś planu treningowego, to chcę zawsze tam walczyć o jak najlepsze miejsce. To jest ten motywator, bo wiem już w październiku, że muszę się przygotować do startów od maja do września i mam na to parę miesięcy. Kiedy  jest zadanie, musi być plan. Będę odpuszczał plan, wykonanie zadanie staje się nierealne. 

Czym zajmujesz się zawodowo?
Kieruję firmą, która wdraża systemy ERP, czyli takie do zarządzania przedsiębiorstwami, ogólnie pojęta branża IT.

Tomek Socha

Zajrzyj do:

Anna Tomica: Jestem szczęśliwa!

Jak praca wpływa na Twoje treningi oraz starty w zawodach?
Generalnie mam bardzo dużo pracy. Firma, którą kieruję wdraża rocznie około 140 systemów zarządzania dla nowych mniejszych lub większych przedsiębiorstw. Współpracuję  ze świetnymi ludźmi i znamy się od wielu lat. Przy odpowiedniej organizacji da się wszystko ogarnąć. Trzeba być bardzo zdyscyplinowany.

Czy ktoś z Twojej rodziny też uprawia triathlon?
Ja nigdy nikogo nachalnie nie namawiam do sportu. Nie oczekuję, że ktoś coś musi, bo ja tak robię. Mało tego, nie uważam, aby triathlon to był pasjonujący sport nawet dla kibiców,  przynajmniej te dłuższe dystanse. Dlatego nie ciągnę rodziny i nie męczę ich, aby mi kibicowali i patrzyli, jak tato/mąż „gladiator” walczy. Mimo to często jeżdżą ze mną, bo chcą, szczególnie kiedy to są miejsca atrakcyjne turystycznie. Dzięki temu po prostu możemy pobyć ze sobą. Dbałem, aby może nie sport, ale aktywność fizyczna była w różnej formie w domu. Dlatego każdy coś tam robi, czyli siatkówka, pływanie, siłownia, fitness. Starszy syn się zaraził triathlonem, ale to dopiero początki. Zobaczymy, czy coś się z tego wyjdzie. Nie ma presji, ale jest już jakiś plan.

Wystartowałeś już na dziewięciu Ironmanach. Kiedy pokonałeś pierwszego?
Jeśli chodzi o długi dystans, to mając w pamięci debiut, jakoś się nie spieszyłem. Co prawda nie było to łatwe. Kiedy już wpadłem w środowisko triathlonowe, to presja była spora. Ona była teoretyczna. Po prostu wokoło słyszałem, że tu i tam ktoś się zapisuje na długi dystans.  Ciężko było wytrwać. Mimo to postanowiłem, że muszę złapać trochę doświadczenia, aby spróbować tego najdłuższego dystansu. Debiutowałem na zawodach Ironman Copenhagen w 2015 roku. Wcześnie zaliczyłem sporo zawodów w kraju i kilka za granicą na krótszych dystansach.

Tomek Socha

Posłuchaj też:

Jerzy Górski o codziennej walce ze słabością. Podcast #3

Jak zapamiętałeś tamten start?
To było niesamowite przeżycie. Mój start jak na debiut wyszedł przyzwoicie. Jednak postawiłem sobie wysokie cele. Więc pojawił się niedosyt. Pojechaliśmy tam wcześniej z całą rodziną. Pozwiedzaliśmy i spędziliśmy super czas. Zawody były znakomicie zorganizowane.  Trasa składała się z przepięknego pływania w lagunie, niesamowitej części kolarskiej i z biegu, gdzie kibicowało na trasie około 100 tysięcy ludzi. To robiło wrażenie. Popełniłem tam wszystkie błędy debiutanta, jakie mogłem zrobić, ale byłem przeszczęśliwy. Inna sprawa, że przez kilka dni nie mogłem chodzić normalnie, wszystko mnie bolało.

Czy planujesz jeszcze starty na tym dystansie?
Generalnie nastawiam się już tylko na długi dystans. Mimo że mam na karku już ich kilka, to przyznam szczerze, że żaden nie wyszedł po mojej myśli. Na innych dystansach można powiedzieć, że już się spełniłem. Co mogę tam więcej uzyskać? Oczywiście lepszy czas, ale to  mnie już nie bawi. Start na pełnym dystansie zawsze jest dla mnie czymś nowym.

Z czego to wynika?
Może z tego, że każdy start robiłem do tej pory w innym miejscu. Zawsze coś mnie  zaskakuje. Dlatego dalej będę próbował. Inna sprawa, że jeśli chcę te starty robić dobrze, to nie jestem w stanie ich więcej robić, niż jeden lub dwa w roku.

Brałeś udział też w MŚ Hawaje. Czy to był Twój dotychczas najważniejszy start?
Czy ja wiem… Był bardzo ważny, bo to w końcu MŚ, ale jechałem tam zobaczyć co i jak. Bo jestem realistą. Wiem, jak wygląda świat triathlonowy nawet ten amatorski. Nie będzie różnicy, czy byłbym tam setny lub dwusetny. Bardzo chciałem skończyć te zawody i mieć je zaliczone oraz wrócić z medalem. Muszę przyznać, że to właśnie tam na Hawajach jest prawdziwy Ironman. Każdy inny jest tylko namiastką. Dlatego można powiedzieć, że to było coś, co robi niesamowite wrażenie. Nie da się tego opisać, po prostu trzeba tam być.

Tomek Socha

Czytaj też:

Dlaczego trening pływacki powinien być wszechstronny?

Czy same zawody przebiegły po Twojej myśli?
Skończyłem w połowie stawki z czasem 11:07. Jednak wynik czasowy był dla mnie wtórną rzeczą. Mogło być trochę lepiej lub gorzej, ale nie było łatwo. Nie jestem jakimś dobrym pływakiem. Już na tym etapie nie poszło po mojej myśli. Do połowy było świetnie, a potem wdałem się w jakąś „bijatykę wodną”. Okularki przeciekały i osłabłem. Było naprawdę źle, ale nie było drogi powrotnej. Więc dopłynąłem. Czas był słaby i bardzo źle się czułem. Opiłem się wody i źle zniosłem falowanie. Odbudowywałem się do 50 kilometra na rowerze. Potem już jakoś poszło. Bieg to już była kwintesencja-esencji. Wówczas było trudno, im więcej kilometrów tym gorzej. Dlatego trzeba być przygotowanym fizycznie i mieć mocną głowę na takie wyścigi.

Jakie wrażenie zrobiła na Tobie ta „magia Hawajów”?
No to jest coś. Nie wierzę, aby na kimś, kto jest wkręcony w triatlon, to nie robiło wrażenia.  Może z wyjątkiem mieszkańców, bo oni mają już pewnie dość. Ta cała „banda” ludzi  nakręconych pozytywnie nawet za bardzo robi wrażenie. Pewnie nie bez znaczenia był fakt, że mieszkaliśmy przy Ali Drive, blisko centrum wydarzeń i na co dzień mieliśmy przed oknami tzw. „prężenie muskułów”, triathlonowy shopping. Do tego to było 40-lecie. Więc organizatorzy nie zawiedli. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Prawda jest taka, że jak się tam jest, to się chce wracać.  

Czy chciałbyś jeszcze wrócić na Konę w roli zawodnika?
Na pewno tam wrócę. To jest kwestia czasu. Nie będzie już wymówek debiutanta i gadania,  że lecę na zaliczenie. Pewnie nie będę tam walczył o czołowe lokaty, ale bardziej się postaram.

Gdzie będziesz się przygotowywał do kolejnego sezonu?
Praktycznie od lat przygotowuję się tak samo w większości na miejscu. Żyję normalnie i  prowadzę bardzo aktywne życie zawodowe i rodzinne. W tym roku jak zawsze planuję jeden może dwa wyjazdy w cieplejsze miejsca. Pewnie to będą Hiszpania, Portugalia, ale to będzie,  kiedy zacznie się zbliżać sezon startowy. Na razie nie mam kłopotu mobilizować się do pracy w polskich warunkach. Zwłaszcza że jak na razie zima jest łaskawa.

Tomek Socha

Zobacz także:

Dlaczego uprawiamy triathlon?

Kiedy zaczynasz przygotowania?
Przeważnie po sezonie robię reset, czyli okres roztrenowania. Sezon skończyłem dość późno, bo w październiku, ale potem solidnie odpocząłem. Miałem taką zasadę, że odpoczywam tyle dni, ile mam lat, ale nigdy nie wytrzymuję. Robi się tak dużo czasu wolnego, że praktycznie po jakiś 3-4 tygodniach wracam do spokojnego wejścia w sezon.  Praktycznie od listopada trenują już normalnie, czyli jakieś 10-15 godzin w tygodniu.

Jakie masz cele oraz oczekiwania na sezon 2020?
Takie jak zawsze, czyli chcę podtrzymać dyspozycję i jak najmniej dać się upływowi czasu. Mam już swoje lata. Wiem, że o progres i życiówki będzie trudno, co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Na szczęście nie są one za bardzo wyśrubowane. No i zamierzam powalczyć znowu o jak najlepsze miejsca w kategorii wiekowej.

W jakich zawodach weźmiesz udział?
Planuję dwa starty na pełnym dystansie. Muszę w końcu, któryś zrobić tak, aby być zadowolony. Łamię w tym roku zasadę, którą przestrzegałem, czyli każdy start na pełnym dystansie w innym miejscu. Wystartuję w Ironman Copenhagen. Tam debiutowałem. To  bardzo mi się podobało i chcę wrócić. Zawody są dopiero w sierpniu, więc chodzi mi jeszcze coś wcześniej po głowie, ale powiedzmy, że muszę się zastanowić. To będą główne cele. Mimo to na pewno po drodze wystartuję na krótszych dystansach, aby się „przetrzeć”.  

Czy z upływem lat maleje też motywacja do treningów i dalszych startów?
Nie u mnie, muszę przyznać, że cały czas sprawia mi to radość. Jeśli ktoś myśli, że to jest cały czas „łojenie” tych samych kilometrów, to się myli. Pewnie to jest też zasługa mojego trenera. On dba, żebym się za bardzo nie nudził. Mimo że się pojawiają treningi, które znam na wylot, to w moim planie odnajduję rzeczy, które mnie zaskakują pozytywnie. No i rzecz najważniejsza, reżim treningowy powoduje, że czuje się całkiem dobrze.   

Co dają Ci triathlonowe starty?
Oj dużo, bardzo dużo… tak na szybko, to zdrowie. Choć niektórzy mówią, że w tej formie to nie jest to najzdrowsze, ale mam odmienne zdanie. Do tego dochodzi masa kontaktów, nowe  znajomości. Starty zapewniają mi też rozsądną rozrywkę w wolnym czasie od rodziny i pracy.

Jakie masz marzenia związane z triathlonem?
W sumie to nie mam, ale bardzo chciałbym w końcu kiedyś przeżyć taki start na pełnym dystansie, abym mógł powiedzieć, że wszystko wyszło według założeń. To jest kwestia czasu.  Jestem cierpliwy i wiem, że w końcu to osiągnę.

Czy triathlon jest Twoim docelowym sportem?
Nie wiem, co życie przyniesie, ale patrząc historycznie na moje pomysły życiowe, to nie spodziewałbym się szybkich zmian.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X