Rozmowa

Marcin Pacholak: Często zapominamy, aby cieszyć się startem

Pokonał trasę na MŚ na Hawajach w 10:09:08. Jednak nie jest do końca zadowolony z tego startu. Marcin Pacholak w rozmowie z TriathlonLife.pl opowiada o przyczynach złej formy, aklimatyzacji na Kona oraz dalszych planach.

Czy udało się wykonać plan minimum?

Start oceniam na 6/10. Zrealizowałem plan minimum, czyli ukończyłem wyścig. Do złamania 10 godzin zabrakło 10 minut. Nie było mowy o ściganiu się tego dnia. Kilka czynników złożyło się na złą dyspozycję. Start był spełnieniem moich marzeń i nagrodą za wiele lat ciężkiej pracy. Od pierwszych kilometrów roweru widziałem, co się dzieje. Zmieniłem założenia.

Jak?

Pojechałem rower bardzo ostrożnie, żeby ukończyć całe zawody w pełnym zdrowiu i bez komplikacji.  Żywienie i nawadnianie odbyło się zgodnie z planem. Uniknąłem sensacji żołądkowych.

Czy miałeś problemy z warunkami atmosferycznymi panującymi wówczas na trasie?

W zasadzie nie miałem żadnych problemów. Upał i legendarne boczne wiatry były znośne. Największym problemem była dyspozycja dnia.

Marcin Pacholak

Zobacz też:

Jakub Kimmer: Obawiam się wywalczenia slota na Hawaje 2020

Czego zabrakło?

Moim zdaniem zabrakło aklimatyzacji. Organizacja i support wolontariuszy były niemal perfekcyjne. To pomagało w regularnym dostarczaniu wody, energii, soli i chłodzenia do organizmu.

Jakie miałeś oczekiwania?

Chciałem ukończyć te zawody najlepiej poniżej 10 godzin. Było blisko, bo mój czas to 10:09. Spełniły się za to pozostałe oczekiwania.

Czyli jakie?

Przekonałem się na własnej skórze, jak piękne i niebezpieczne są te zawody.

Wspominałeś, że zawiodła aklimatyzacja. Jak ona przebiegała w Twoim przypadku?

Pierwsze kilka dni, czyli od poniedziałku do środy przebiegały fantastycznie. Być może byłem trochę oszołomiony całą imprezą i adrenalina maskowała problemy aklimatyzacyjne. Na  treningach czułem się bardzo dobrze. Tempa startowe oraz delikatne akcenty na pobudzenie wchodziły wyśmienicie. Nic nie zapowiadało, co się stanie w czwartek.

Co się stało?

W czwartek źle się poczułem. To było dwa dni przed zawodami. Spałem słabo. Byłem rozdrażniony i słaby. Nogi były, jak z betonu na ostatnim rozjeździe rowerowym. Miałem problem z utrzymaniem tempa i luźnego rozjazdu: 180-210 wat. Czułem, że coś jest nie tak. To było najprawdopodobniej przesilenie aklimatyzacyjne. Poczułem się strasznie zmęczony.  Czułem się tak, jakbym był po zawodach, a nie dopiero przed. W piątek udało się trochę odpocząć, ale czułem się tak, jakbym potrzebował jeszcze 3-4 dni na dojście do siebie.

Marcin Pacholak triathlon

Czytaj także:

Paweł Jędrasiewicz: To był najwolniejszy start w karierze

Z perspektywy czasu zmieniłbyś coś w procesie aklimatyzacji?

Z perspektywy czasu przyjechałbym na te zawody dużo wcześniej.

Jak wyglądała rywalizacja?

Jedynie pływanie zaliczyłem na mniej więcej przyzwoitym poziomie. 1:04 bez pianki to dobry wynik. Płynąłem na totalnym luzie. Ustawiłem się na samym końcu stawki w ostatniej minucie przed wystrzałem z armaty. Rower i bieg to było minimalizowanie strat. Jednak  jestem zadowolony, że przy tak złej dyspozycji nadal potrafiłem odnaleźć w tym doświadczeniu radość. Cieszyłem się chwilą. To była wspaniała nagroda.

Na jakim etapie powstawania jest plan przygotowawczy do kolejnego sezonu?

Plan się krystalizuje. Chcę odpocząć od długiego dystansu. Zamierzam się ścigać na wszystkich innych dystansach w Polsce w sezonie 2020.

Co będzie Twoim najważniejszym celem na sezon 2020?

Celem nadrzędnym w sezonie 2020 będzie czerpanie radości ze ścigania się, które uwielbiam. Chciałbym też wywalczyć medal Mistrzostw Polski na dystansie 1/2 IM. Do niego zabrakło mi 3-4 minut w tym roku. Do tego zamierzam poszerzyć wiedzę w zakresie żywienia, profilaktyki kontuzji, treningu mentalnego i ogólnorozwojowego. Chcę też zrobić uprawnienia instruktora triathlonu. Mam kilka chętnych osób, które zwróciły się do mnie z pytaniem o pomoc w przygotowaniach do ich pierwszego triathlonu. Chciałbym im w tym pomóc.

Czego nauczył Cię start na Hawajach?

Nauczył mnie pokory i wdzięczności. Szybko przychodzi ludziom karcenie się za nieudany start. Bardzo łatwo zapominamy o tym, żeby cieszyć się z tego, co już osiągnęliśmy. Gdyby taki dzień, jak na Hawajach trafił mnie się w trakcie startu kwalifikacyjnego, to Konę oglądałbym w tym roku na Facebooku.

Planujesz jeszcze wrócić na Konę i powalczyć o jeszcze lepszy wynik?

Na tym etapie nie. Nabrałem do tych zawodów jeszcze większego respektu. Jestem pod wrażeniem wyników, jakie wykręcili moi znajomi z Polski – Darek Dąbrowski i Jakub Kimmer. Jeśli kiedykolwiek zapragnę tam wrócić, to na pewno po wynik poniżej 9:30. Samo ukończenie i kolekcjonowanie medali nie interesuje mnie.

Marcin Pacholak

Sprawdż także:

Regina Kaplan-Rakowski: Największą trudnością był strach

Czy oprócz aklimatyzacji miałeś jakieś problemy logistyczne przed tym startem w trakcie pobytu na Hawajach?

Tak. Najpierw okazało się, na tydzień przed wylotem, że jeden z moich lotów został anulowany. Kosztowało to mnie trochę nerwów. Poświęciłem też sporo czasu na szukanie alternatywy pasującej do reszty lotów. W trakcie podróży na odcinku Frankfurt- San Francisco, utknęliśmy w samolocie. W momencie, kiedy miało rozpoczynać się kołowanie, załoga zgłosiła kapitanowi usterkę drzwi. Zdecydowano o zamknięciu ich „na dobre”. Bo  dmuchana rampa ewakuacyjna nie była sprawna. Trzeba było wyłączyć te drzwi z ewentualnej procedury ewakuacyjnej. Przepisy lotnicze nakazują w takim wypadku „wyprosić” z samolotu wszystkich siedzących w okolicy tego wyjścia, czyli około 30 osób. Na szczęście siedzieliśmy trochę dalej.

Z czym wiązała się ta cała sytuacja?

Wiązało się to z nerwami i kłótniami tych pechowców z załogą samolotu. Konieczne było znalezienie dla nich alternatywnego lotu. Trzeba było też wyjąć całe cargo z samolotu i odnaleźć ich bagaże, a następnie ponownie załadować.

Ile czasu trwała cała procedura?

Cała procedura trwała 3,5 godziny.

Marcin Pacholak

Zobacz także:

Borowik: Warunki w Kona były trudniejsze niż w zeszłym roku

W jaki sposób spędziłeś ten czas?

Ten czas spędziliśmy w samolocie na siedzeniach. Nie było innej alternatywy. 10-godzinny lot rozpoczęliśmy już trochę zmęczeni i poddenerwowani. Nasza przesiadka w USA trwała pięć godzin. Z powodu tego opóźnienia, w ostatniej chwili zdążyliśmy na lot na Konę. To było  stresujące doświadczenie. W samolocie lecącym do  Kona też miałem „szczęście”…

Jakie?

Obok mnie siedziała chora kobieta z dzieckiem. Zastanawiałem się, czy czegoś nie złapię. Pięć godzin w towarzystwie kaszlących osób siedzących 30 centymetrów obok dawały na to szansę. Jej dziecko bardzo chciało się bawić. Wielokrotnie zaczepiało mnie zasmarkanymi rączkami. Byłem już mocno zmęczony podróżą. Z ulgą wysiadłem z samolotu w niedzielę w nocy.

Odczułeś zdrowotnie ten lot?

Obyło się bez infekcji. Z takich właśnie powodów dobrze mieć kilka dni zapasu przed tego typu zawodami. Start na Hawajach był tak wielką i intensywną przygodą, że nic nie mogło mi go w stanie zepsuć.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Tagi
Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close