Rozmowa

Ma czas i zdrowie na szalone pomysły

Kuba Rosiński nie ma sportowych talentów. Ale wie, że ciężką pracą może osiągnąć dużo. Nie potrafił pływać. Poważna kontuzja zaprzepaściła dwuletnie przygotowania do Ironmana. Nie poddał się. Zrobił to później. I nie przestaje nadal marzyć.

Brałeś udział w Otyliadzie. Jak było?
16 marca 2018 roku wziąłem udział w Otyliadze. Przez 12 godzin udało mi się przepłynąć 24 kilometry i 450 metry. To była walka głównie z zimną wodą. Na pływalniach, na których trenowałem, przygotowując się do tych zawodów, woda miała około 29 stopni. Natomiast w Rypinie, bo tam wystartowałem, woda miała 23-24 stopni. To był największy problem, z którym się mierzyłem.

Dlaczego zdecydowałeś się na taki krok, skoro nie lubiłeś pływać?
Zdecydowałem się na Otyliadę z trzech powodów. Po pierwsze chcę zawsze wychodzić naprzeciw własnym słabościom, a pływanie ewidentnie należy do takich. Nigdy nie lubiłem i za dobrze nie umiałem technicznie pływać. Uczyłem się rzemiosła pływackiego od Sebastiana Karasia. Znaliśmy się już dużo wcześniej. Kiedy dowiedziałem się, że prowadzi własną grupę pływacką, to jeździłem do niego 2-3 razy w tygodniu, przecinając po drodze całą Warszawę, bo mieszkamy po dwóch stronach miasta. Seba też swoją osobą i  dokonaniami zainspirował mnie do pływania długodystansowego i od tego się zaczęło. Z czasem coraz trudniej mi było przyjeżdżać na treningi, ponieważ to był czas, kiedy pracowałem w szkole oraz byłem trenerem dwóch drużyn piłkarskich. Z tego powodu zostałem zmuszony zawiesić pływackie treningi, bo czułem, że mój organizm jest strasznie wyeksploatowany. Jednak mam nadzieję, że jeszcze dane mi będzie wrócić do Seby na zajęcia.

W którym momencie miałeś największy kryzys i myślałeś o rezygnacji?
Miałem dwa kryzysy. Pierwszy był po czwartej godzinie pływania. Mam niski poziom tkanki tłuszczowej. Więc mocno odczułem niską temperaturę wody i po czterech godzinach byłem już na skraju załamania. Na szczęście miałem tego dnia, jak na każdych zawodach wspaniały support, który odganiał ode mnie złe myśli i wspólnymi siłami się udało przetrwać trudne chwile. Dodatkową motywacją był Maks, podopieczny fundacji „Drużyna Błażeja”, którego wspierałem podczas tego startu i zbierałem środki na jego kosztowne leczenie. Pomyślałem sobie „przestań się mazać i płyń dalej, on na Ciebie liczy”. Zmieniłem też sposób myślenia. Starałem się nie koncentrować na zimnej wodzie, tylko np. na tym, że za 45 minut przy kolejnym postoju dostanę coś ciepłego do picia, czy jedzenia i to zaczęło działać. Ponadto regulamin zawodów mówił o tym, że nie można robić przerw dłuższych, niż 15 minut. Więc jeden z ratowników widząc mój stan, zasugerował, żebym wziął szybki gorący prysznic i to też pomogło, bo przez minutę było mi ciepło. Co prawda późnej trzeba było znowu wskoczyć do zimnej wody, ale to już się nie liczyło. Oszukałem głowę i co godzinę w ramach nagrody, że ją przetrwałem, robiłem taki gorący minutowy prysznic. To mi bardzo pomogło! Drugi kryzys miałem na 11 godzinie pływania. Mój żołądek trochę się zbuntował i nie przyjmował już żadnych posiłków ani napoi i na „oparach”, ale dopłynąłem do końca.

rosinski

Zobacz też:

Natalia Bihun: Triathlon motywacją do ciągłej poprawy

Czym był dla Ciebie ten start?
Przede wszystkim sprawdzianem formy przed wrześniowymi zawodami triathlonowymi oraz kolejną próbą przełamywania własnych barier.

Jakich innych podobnych wyzwań się podejmowałeś?
Do takich trochę szalonych rzeczy ciągnęło mnie od dawna. Trenując jeszcze piłkę nożną bez żadnego przygotowania w niedzielę, dzień po meczu ligowym, przebiegłem maraton z nawet niezłym czasem 4:32. Później, kiedy Seba ruszył z projektem Extreme Baltic Challange, postanowiłem wystartować na trasie Tolkmicko-Krynica Morska (8km). Szczerze mówiąc, jak dotąd była to dla mnie najcięższa przeprawa. Miało na to wpływ dużo czynników. Tydzień przed startem leżałem w domu chory z gorączką. Dwa dni przed startem miałem wieczór kawalerski. To był czas, kiedy przez rok nie piłem w ogóle alkoholu, przygotowując się do pełnego dystansu, miałem niedopasowaną piankę. Były bardzo trudne warunki pogodowe. Jednak jakimś cudem wyczerpany i wyziębiony, ale dopłynąłem na drugi brzeg. Brakowało 200-300 metrów i bym nie dał rady, byłem tak skrajnie wyczerpany. Dlatego tak bardzo się cieszę z tego osiągnięcia. Później był Ironman.

Jakimi sportami zajmowałeś się przed triathlonem?
Zaczynałem od tańca towarzyskiego, później przez 14 lat grałem w piłkę nożną i trenując triathlon, zacząłem też przygodę ze sportami walki.

Z jakim skutkiem?
W tańcu nie miałem spektakularnych wyników. W piłce nożnej wywalczyłem awans z klubem do IV ligi. Dostałem propozycje z wyższych lig, ale bałem się zaryzykować, bo wiązałoby się to z przeprowadzką do innego miasta. Wtedy nie miałem jeszcze nawet 18 lat. Więc  odpuściłem. Lubię bardzo trenować sporty walki. Może kiedyś wystartuję w jakichś amatorskich pojedynkach, ale szczerze mówiąc, lubię sam proces treningowy, a same  pojedynki mniej.

Kiedy poznałeś triathlon?
Triathlon poznałem, oglądając filmik na Youtube, jak ojciec z niepełnosprawnym synem kończą Ironmana na Hawajach. Od tego czasu totalnie się zakochałem w tym sporcie.

rosinski

Czytaj także:

Pokonał jeden z najtrudniejszych triathlonów ALPE d’ HUEZ

Co Cię zaintrygowało w tym sporcie?
Przede wszystkim to, że jest sportem indywidualnym i tylko ode mnie zależy końcowy wynik. Tyle ile pracy włożę w przygotowania, tak będę miał na zawodach. W piłce nożnej razem ze mną na boisku biegało 11 kolegów z drużyny (plus rezerwowi). Wkurzałem się często, że ciężko trenuję, a i tak przegrywamy mecze. Triathlon też jest o tyle fascynujący, że łączy trzy  dyscypliny i przez to rozwija nas na wielu płaszczyznach. Możesz być świetnym biegaczem,  czy kolarzem, ale jak nie umiesz dobrze pływać, to nie zrobisz dobrego wyniku.

Kiedy zadebiutowałeś?
22 maja 2016 roku na 1/8IM w Piasecznie. Popełniłem na tych zawodach wielką liczbę błędów typowego nowicjusza włącznie z tym że nie przejrzałem trasy wyścigu. Na biegu zrobiłem o jedną pętle za mało. Więc zostałem zdyskwalifikowany (śmiech).

Jak przebiegał wyścig przed tą dyskwalifikacją?
Niesamowite przeżycie szczególnie w wodzie. Start był z wody i oczywiście moja ambicja nie pozwoliła mi ustawić się z tyłu. Tylko wystartowałem w pierwszej linii z najlepszymi pływakami i pierwsze 100 metrów popłynąłem w ich tempie, wchodząc momentalnie w czwarty zakres. Po drodze dostałem kopa w głowę i zsunęły mi się okularki, które musiałem szybko nałożyć s powrotem. Reszta odcinka pływackiego to była walka o życie (śmiech). Następnie w T1 próbowałem założyć kask, nie zdejmując uprzednio czepka i okularków z głowy. Oczywiście pojechałem za mocno na rowerze. W T2 przechodząc na bieg, pobiegłem w przeciwną stronę i musiałem szybko zawrócić no i na samym biegu nie wiedziałem, że są dwie pętle. Więc zrobiłem jedną – istny Monty Python (śmiech).

Potem zacząłeś przygotowania do startu na pełnym dystansie, które trwały dwa lata. Jak wyglądały wtedy treningi?
To był czas, kiedy trenowałem jeszcze piłkę nożną i studiowałem na AWFie. Trening był istną rzeźbą. Mieszkam na drugim końcu Warszawy względem uczelni i np. wracając z zajęć,  jechałem metrem do centrum i z centrum biegłem do domu. Wieczorem jeszcze szedłem na trening piłkarski. Za zaoszczędzone pieniądze kupiłem pierwszą szosę o dwa rozmiary za małą, ale na dobrym osprzęcie. Jeździłem, gdzie tylko mogłem. Pamiętam też, jak wciągnąłem w pomysł ukończenia Ironmana Sergiusza Sobczyka (aktualnie jednego z najlepszych polskich triathlonistów), z którym byłem w grupie i który wiedziałem, że jest też pokręcony sportowo tak jak ja. W ten sposób zaczęliśmy przygotowania. Udało się wybłagać,  abyśmy mogli pływać na pływalni studenckiej przed własnymi zajęciami. Podczas dłuższych przerwach między zajęciami biegaliśmy. Pamiętam też, że zapisując się na obóz letni, były cztery możliwości i my zapisaliśmy się na kajaki, żeby można było w wolnym czasie robić treningi pływackie i biegowe. Rzeźba non stop, ale zależało nam, więc nie było innego wyjścia.

Czy miałeś opiekę trenerską?
Nie, wszystko robiłem wtedy na czuja. Po prostu pływałem, jeździłem i biegałem tak, jak czułem. Raz szybciej raz wolniej, raz dłużej raz krócej. Bez konkretnego planu, ale goniąc za marzeniami.

rosinski

Zajrzyj do:

Roksana Słupek rozwija się pod okiem Paulo Sousy

Gdzie miałeś zadebiutować na pełnym dystansie?
W Malborku.

Niestety dwuletnie wysiłki przekreśliła kontuzja. Co się stało?
Dokładnie. Na trzy miesiące przed startem zerwałem więzadła krzyżowe w kolanie na zajęciach z koszykówki na AWFie. Jeden z moich kolegów z przeciwnej drużyny biegł sam na kosz. Nie potrafiłem odpuścić i go z całych sił goniłem, próbując zablokować jego rzut. Źle upadłem i kolano się wykręciło i dalej mało pamiętam. Wiem, że koledzy z grupy załatwili mi lód i kule. Wiedziałem, że jest źle, ale nie przypuszczałem, że aż tak. Poszedłem nawet jeszcze po tym zdarzeniu na zajęcia ze statystki i dopiero w drodze powrotnej do domu zaczęło do mnie docierać, co się stało. 

Jaka padła diagnoza i przewidywalny czas przerwy od treningów?
Pojechałem do szpitala i początkowa diagnoza lekarza była taka, że to nic poważnego. „Dwa tygodnie zimnych okładów trzy razy dziennie i będzie ok”. Niestety, nie było. Nie mogłem chodzić. Samo wstanie z łóżka, było problemem. Po kolejnych wizytach, badaniach usg i rezonansie okazało się, że jest całkowicie zerwane więzadło i zaczęła się moja przygoda z NFZ. Dzięki znajomościom i różnym kontaktom udało się zorganizować po niespełna pół roku od wypadku operacje rekonstrukcji więzadła. Później dostałem informacje od lekarza, że przerwa od treningów będzie wynosiła około roku. Wiedziałem jednak, że muszę zacisnąć zęby i walczyć dalej, aby wrócić do pełnej sprawności i tak było. Mozolnie i systematycznie pracowałem nad nogą. Wróciłem do pełnej sprawności, ale już nie na boisko piłkarskie. Piłka nożna jest sportem bardzo kontaktowym i bałem się, że znowu coś się może stać z tym kolanem.

Jak to odbiło się na Tobie mentalnie?
Bardzo mocno to przeżyłem. Dwa lata przygotowań poszły na marne, ale postanowiłem, że się nie poddam i dalej będę walczył o marzenia. To  mocno ukształtowało mój charakter. Między innymi dzięki temu mało jest rzeczy (głównie związanych ze sportem), które mogłyby mnie mentalnie złamać.

Jak wyglądał proces powrotu do sprawności?
Przez dwa miesiące jeździłem codziennie na Mokotów na rehabilitacje. Do tego sam dodatkowo ćwiczyłem w domu. To był bardzo ciężki okres, bo chwilę wcześniej wyprowadziłem się od rodziców i sam zacząłem się utrzymywać. Z racji tego, że nie pracowałem, to nie zarabiałem, ale dążę do tego w życiu, aby być zawsze niezależnym. W tamtym trudnym czasie chciałem sam sobie z tym poradzić. Oczywiście wiedziałem, że mogę liczyć na wsparcie rodziców, siostry, czy przyjaciół, ale nie chciałem. Zależało mi, żeby samemu z tego wyjść i się udało. 

Kiedy powróciłeś do treningów?
Do treningów triathlonowych wróciłem mniej więcej po roku od kontuzji.

Ile zajęło Ci czasu odbudowa dyspozycji sprzed kontuzji?
Pierwszy rok po kontuzji to była bardziej rehabilitacja, a następnie po 2-3 latach dopiero czułem się w miarę pewny i sprawny fizycznie, jak przed kontuzją. Wtedy zacząłem myśleć o startach.

rosinski

Przeczytaj też:

Agnieszka Burżacka – Tyc: Nie muszę nic udowadniać

Czy to był Twój dotychczas najpoważniejszy problem ze zdrowiem?
Teoretycznie tak, ale praktycznie zmagam się od wielu lat z problemem w okolicach przepony. Przy luźno puszczonych mięśniach brzucha czuję straszne kłucie pod mostkiem i być może ma to związek z przeponą. Nie jest do końca zdiagnozowany. Robiłem usg, które nic nie wykryło. Byłem u wielu specjalistów. Jednak nikt do końca nie potrafił mi powiedzieć, co się dzieje. Próbowałem robić różnego rodzaju ćwiczenia, aby to zniwelować, ale nic nie pomaga. Mam zamiar zrobić jeszcze gastroskopie. Może to badanie coś pokaże. Jest to o tyle nieprzyjemne, że ogranicza mnie w treningach. Ogranicza mój oddech, bo czuję, że gdyby nie to, mógłbym głębiej oddychać, a tym samym kręcić lepsze czasy na treningach,  czy zawodach. Dodatkowo czasami nasila się to nieprzyjemne kłujące uczucie i ciężko mi np.  na bieganiu utrzymać tempo 5:30/km, a jak trzymam, to wchodzę wtedy w czwarty zakres. Wiem, że jak uda się to zwalczyć, to pójdę mocno do przodu w treningach. Aktualnie czuję się trochę, jakbym pracował na zaciągniętym hamulcu ręcznym.

Po powrocie postanowiłeś wystartować w Malborku na dystansie Ironmana w 2018 roku. Czy przed tamtym startem miałeś jakieś zawody na przetarcie?
Zaliczyłem kilka krótszych startów, ale bez spektakularnych wyników. Robiłem je czysto treningowo, głównie, żeby zbierać doświadczenie przed głównymi zawodami.

Z jakim nastawieniem wystartowałeś w Malborku?
Start w Malborku był wielką niewiadomą, ponieważ nie wiedziałem, jak zachowa się moje kolano po operacji i czy wytrzyma te obciążenia. Więc robiłem ten wyścig w dużym komforcie i na delikatnym hamulcu, żeby nie przegiąć. Po cichu liczyłem na złamanie 11 godzin.

Czy zmieniłeś w jakimś stopniu treningi na Malbork, porównując przygotowania do niedoszłego debiutu na pełnym IM w 2014 roku?
Przede wszystkim byłem pod opieką trenerską. Treningi przygotowywał mi Serek (Sergiusz Sobczyk). Dużo więcej czasu poświęcałem też na przygotowanie motoryczne, na ćwiczenia prewencyjne, wizyty u fizjoterapeuty i na pewno dużo więcej trenowałem pod sam triathlon.

Jak przebiegł sam start?
Już na samym początku były problemy, głównie mentalne. Wchodząc do wody i zaczynając etap pływacki, uświadomiłem sobie, co mnie czeka, ile godzin i kilometrów wysiłku. To mnie trochę przeraziło i strasznie się zablokowałem na pływaniu. Miałem tego dnia problem z przyswajaniem płynów i na etapie kolarskim pięć razy musiałem się zatrzymać w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych, tych łagodniejszych. Więc kolejne minuty uciekały (teraz bym to załatwił bez zatrzymywania się hehe). Bieganie zacząłem trochę za mocno, co odczułem na końcówce. Bardzo dużo czasu spędziłem też w strefach zmian. Ostatecznie udało mnie się ukończyć zawody z czasem 12:31. Z tego jestem niesamowicie zadowolony, że się nie poddałem wcześniej i spełniłem jedno ze sportowych marzeń. Zrobiłem to w tak dużym komforcie, a następnego dnia ze znajomymi zwiedzałem zamek w Malborku, wchodząc i schodząc bez problemu po schodach. Nie miałem żadnych mikro urazów.

Co czułeś po przekroczeniu mety?
To uczucie jest nie do opisania. Ostatnie metry przed metą i samo jej przekroczenie to istna euforia radości. Przeszedłem poważną kontuzję. Nie umiałem pływać. Do tych zawodów nie piłem równo rok żadnego alkoholu. Spędziłem setki godzin na treningach. Było mnóstwo poświęcenia i jeszcze więcej znaków zapytania. To wszystko wyrzuciłem z siebie w jednej chwili. Niesamowite uczucie… Myślę, że każdy, kto startuje w takich zawodach, ma własną niesamowitą historię, która stoi za przekroczeniem tej magicznej linii mety. Żeby choć trochę zobrazować to, co czułem, mogę odesłać do mojego filmu na YT, który po tych zawodach nagrałem.

Co dla Ciebie oznaczało ukończenie pełnego dystansu?
Było to dla mnie spełnienie sportowego marzenia oraz nagroda, że się nie poddałem w trudnych chwilach.

Sam podkreślasz, że nie masz talentu, tylko bazujesz na ciężkiej pracy. Co chcesz pokazać takim zachowaniem?
Każdy, kto mnie zna, wie, że potrafię bardzo ciężko pracować i dużo poświęcić, żeby pewne rzeczy osiągnąć. Tym samym chcę pokazać każdemu, że można nie mieć do czegoś talentu, ale ciężką pracą wspinać się powoli na szczyt własnych marzeń. Tutaj nie chodzi mi tylko o sport, ale o każdą dziedzinę życia. Wierzę w to, że ciężko pracując, będąc cierpliwym i konsekwentnym w działaniach, można osiągnąć wszystko, co sobie zaplanujemy.

Do czego w triathlonie ma Cię w przyszłości zaprowadzić ta codzienna ciężka praca?
Hawaje i mistrzostwa świata na długim dystansie. To jest mój główny cel i choćby miało to być za 10 lat, to wiem, że kiedyś wywalczę slota i tam pojadę!

Czym się zajmujesz poza triathlonem?
Aktualnie pracuję jako trener przygotowania motorycznego oraz uczę podstaw sportów walki. Prowadzę też treningi funkcjonalne, mobility oraz ogólnorozwojowe zajęcia dla dzieci i młodzieży. Do niedawna (przed zmianą pracy) pracowałem również z grupą osób niepełnosprawnych intelektualnie. To było bardzo cenne doświadczenie w moim życiu!
Do tego prowadzę własną amatorską grupę triathlonową „Ajron Team Triathlon”. Staram się zarażać innych pasją do tego pięknego sportu i pomagać w stawianiu pierwszych kroków w tym sporcie.

Jak obecna sytuacja odbiła się na pracy zawodowej, jaką jest trener od przygotowania motorycznego i sportów walki?
Przyznam szczerze, że nie jest kolorowo. Nie ma co ukrywać, triathlon wymaga dużego zaangażowania czasowego i wkładu finansowego. W związku z pandemią jestem odcięty od dwóch miesięcy od możliwości prowadzenia treningów, a tym samym od zarobków. Miałem środki, które odkładałem na nowy rower. Jednak sytuacja zmusiła mnie do zmiany priorytetów. Mimo to staram się myśleć pozytywnie. Mam nadzieję, że wszystko szybko wróci do normy.

Z jakimi sportowcami masz okazję współpracować w swojej zawodowej karierze?
Do niedawna pracowałem w klubie sportów walki i miałem przyjemność pomagać kilku topowym polskim zawodnikom w ich przygotowaniach do kolejnych walk. Pracuję również dużo z piłkarzami, którzy mają duże ambicje na profesjonalną grę w piłkę w wysokich ligach. Aktualnie też wraz z jednym z zawodników realizuję projekt Igrzysk Paraolimpijskich w 2024 roku we Francji. Błażej, bo o nim mowa, przychodził do mnie na treningi, kiedy jeszcze byłem trenerem piłki nożnej. Niestety, w drodze na jeden z treningów uległ wypadkowi komunikacyjnemu, w wyniku którego stracił obie nogi i obecnie porusza się na protezach. Przy pomocy klubu, w którym pracowałem, zorganizowałem akcję promocyjną dla Błażeja. Odzew był niesamowity. W całe przedsięwzięcie włączyło się mnóstwo osób w tym między innymi obecna para prezydencka, czy kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji – Robert Lewandowski.

rosinski

Zobacz także:

Jak się żyje i trenuje w Arabii Saudyjskiej?

Prowadzisz różne treningi otwarte. Jak to wygląda?
Zgadza się. W tych trudnych czasach, gdzie rząd nakłada na nas dużo zakazów, postanowiłem wyjść z inicjatywą otwartych wspólnych treningów poprzez transmisję live na moim fanpage’u na FB.

Do kogo one są skierowane?
Treningi są dla każdego. Prowadzę zajęcia z gimnastyki korekcyjnej, mobility, treningi siłowo-wytrzymałościowe, stabilizacyjne, na mięśnie brzucha, na nogi. Uczę podstaw sportów walki,  a nawet prowadzę wirtualne lekcje WF dla dzieci i młodzieży. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wystarczy wstać z kanapy, założyć wygodny strój sportowy i działać.

Czemu mają służyć takie treningi?
Przede wszystkim chcę zmobilizować innych do działania, żeby w czasach pandemii nie rezygnowali z aktywności fizycznej.

Jakie miałeś plany startowe na ten rok?
W tym roku moim głównym startem miał być Double Ironman w Lensahn, w Niemczech oraz próba kwalifikacji na Hawaje na jakichś zagranicznych zawodach na pełnym dystansie. Niestety, wirus pokrzyżował mi plany i zawody są odwołane. Nie poddaje się i trenuję dalej po około 20 godzin tygodniowo. Szukam ciągle alternatywy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zorganizuję sobie stacjonarnego Ironmana.

Jednak mimo przymusowych zmian w kalendarzu nie zrezygnowałeś z marzeń i postanowiłeś przebiec maraton w ogrodzie. Skąd taki pomysł?
Zgadza się. Maraton w tym okresie był elementem przygotowań do podwójnego dystansu. Jednak coraz więcej było zakazów w tym ten zabraniający biegania po okolicy, czy nawet po lesie. To nie było dla mnie problemem. U rodziców na działce jest spory ogródek i postanowiłem, że i tak to przebiegnę. To też był kolejny niezły sprawdzian dla mojej głowy.

Jak wyglądała wyznaczona trasa?
Odcinek, na którym biegałem od płotu do bramy, miał 30 metrów. Więc biegnąc dystans maratoński, czyli 42km195m, pokonałem 1406,5 długości. Zrobiłem sobie też prowizoryczną strefę bufetową. W połowie tej 30-metrowej prostej postawiłem stół, na którym posegregowałem produkty, które zamierzałem spożywać podczas biegu. Wszystko miałem zaplanowane.

Czy przywiązywałeś wagę do uzyskanego czasu?
Osiągnąłem czas 5:43, z którym zmieściłbym się nawet w limicie na oficjalnych zawodach, ale to nie było najważniejsze. Głównym celem było po prostu to ukończyć. Po biegu czułem się dobrze, bez większych oznak zmęczenia.

Czy planujesz podobne wyzwania?
Tak. W najbliższym czasie chciałbym się zmierzyć z kolejnymi trasami w ramach Extreme Batlic Challange, w tym też Gdynia-Hel-Gdynia (38km) oraz gdyby się znaleźli odważni, to w sztafecie zrobić trasę Kołobrzeg-Bornholm (100km). Jeśli żadne z planowanych zawodów nie dojdą do skutku, to będę chciał zrobić stacjonarnego Ironmana. Ponadto pod koniec tego roku lub na początku przyszłego planuję ukończyć 24-godzinny maraton pływacki na krótkim basenie. Gdzie dalej zaprowadzi mnie moja głowa? Tego sam nie wiem. Wiem, że na razie na takie szalone pomysły mam czas i zdrowie. Więc to robię. Co będzie dalej, to zobaczymy.

Czy wierzysz w powodzenie marzenia, jakim jest start w MŚ na Hawajach?
Jeżdżąc na trenażerze w domu, mam przed sobą na ścianie naklejoną kartkę z napisem #KONA. To jest moja motywacja. Pod ten cel układam całe życie. Więc znając siebie,  wiem, że jeśli zdrowie pozwoli, to jest tylko kwestia czasu. Poza tym chciałbym to zrobić w ramach wdzięczności dla osób, które mnie wspierają w drodze po ten cel, a w szczególności mojej siostrze wraz z jej mężem i synkiem, którzy są prawie na każdych moich zawodach.  Mojej dziewczynie oraz jednemu z moich zawodników, którzy czasami wierzą we mnie bardziej niż ja sam.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X