Rozmowa

Pokonał jeden z najtrudniejszych triathlonów ALPE d’ HUEZ

Niemal 15 lat spędził na koszykarskich parkietach. Miał okazję podpatrywać na treningach takie gwiazdy polskiego basketu jak: Adam Wójcik, Maciej Zieliński czy Dominik Tomczyk. Oprócz tego Jacek Marciniak pokonał jeden z najtrudniejszych europejskich triathlonów ALPE d’ HUEZ.

Prowadzisz bloga endutrition.pl od przeszło pięciu lat. O czym piszesz?
O szeroko pojętej aktywności fizycznej, ale też pojawia się tam temat odżywiania. Sam za pomocą metody prób i błędów szukałem własnego sposobu na zdrowie odżywianie. Jednak nie skupiałem się na żadnej „diecie”. Staram się nie używać tego słowa. Preferuję bardziej zdrowe nawyki żywienia. Ten temat jest mi dosyć bliski, bo zawsze pojawiał się przez całe moje sportowe życie. Przecież bez dobrego paliwa daleko się nie zajedzie. Pomimo tego, że ludzie mają coraz większą wiedzę w tym obszarze, to mają problem z doborem odpowiedniego sposobu odżywiania do danej dyscypliny. Więc moją ideą było podzielenie się własnymi doświadczeniami właśnie między innymi w tym zakresie. Staram się promować to, co jest zdrowe. Na początku wrzucałem dużo różnych przepisów autorskich i nie tylko. Choć teraz robię tego mniej, bo nie jestem blogerem kulinarnym.  

Więc co chciałeś osiągnąć poprzez publikowanie przepisów?
Jeśli rano ktoś ma zaplanowany dłuższy trening, to nie ma czasu na nie, wiadomo, jakie dania, a potrzebuję szybkiego i skutecznego zastrzyku energii, aby rozpocząć dzień. Moim konikiem były i nadal są omlety. Więc postanowiłem to wykorzystać. Wrzucałem krótkie proste a najważniejsze pożywne przepisy z różnymi rodzajami omletów, które można było zrobić na wiele sposobów (owocowe, czy warzywne), a całe przygotowanie trwało raptem pięć minut.

Oprócz przepisów i propagowania zdrowej żywności, jaka jest idea tego bloga?
Oprócz tych przepisów chciałem pokazać ludziom, że da się zbudować bazę pod jakąkolwiek dyscyplinę wytrzymałościową nie tylko na Gran Canarii czy Majorce, ale można zrobić to np. w polskich górach. Moją zimową pasją jest skitouring, który polecam, ale też radzę sobie nieźle na nartach biegowych. Jednak też chcę pokazać, że obok rozwoju fizycznego możliwy jest też ten duchowo-mentalny. Od kilku lat uprawiam jogę. W obecnej sytuacji związanej z koronawirusem uprawiam ją codziennie razem z partnerką. Ona zresztą jest instruktorką jogi. Więc nie mam wyboru (śmiech). Ogólnie na blogu dzielę się spostrzeżeniami, doświadczeniami. Staram się szerzyć szeroko pojętą aktywność fizyczną poprzez różnorodność i prozdrowotny styl życia.

marciniak

Zobacz też:

Bartka Sarbaka trenuje przyszły szwagier Robert Wilkowiecki

Z jaką częstotliwością pojawiają się nowe posty?
Staram się pisać coś ciekawego co miesiąc. Oczywiście w przypadku ważnych wydarzeń sportowych, staram się o nich również wspominać. Pisałem np. o zawodach w Roth, czy triathlonie ALPE d’ HUEZ . Z drugiej strony nie chodzi mi o to, żeby pisać o wszystkim. Staram się przygotowywać do każdego posta, chyba, że nagle coś mnie zainspiruje i nagle postanowię napisać o jakimś własnym doświadczeniu tak ad hoc.

Z jakimi reakcjami czytelników spotykasz się, na przestrzeni całej działalności edutrition?
Nie odebrałem nigdy żadnego hejtu. Raczej jest pozytywny odbiór. W większości czytelników to są moi znajomi. Wiadomo nie mam milionów odsłon, a raczej na tego bloga zagląda średnio między 300-400 osób. Czasami ktoś zadzwoni z prośbą o wytłumaczenie któregoś z przepisów, bo mu coś nie wychodzi, czy po to, aby podzielić się wrażeniami z danego miejsca, w którym wcześniej byłem, czy je rekomendowałem i to opisałem. Nie przypominam sobie, żeby spadł na mnie hejt lub musiałbym odpowiadać na czyjeś zaczepki.

Na blogu przedstawiasz się Nickiem Regie Young. Skąd wzięła się ta nazwa?
To jest jeszcze historia z moich koszykarskich czasów. Był taki zawodnik Reggie Miller, który przez całą karierę grał w Indianie Pacers. Zapadł mi w pamięć, bo wdawał się w boje na parkiecie czy podczas konferencji prasowych, z ówczesną potęgą Chicago Bulls Michaelem Jordanem oraz Scottym Pippenem. Bardzo mi ten zawodnik przypadł do gustu. Będąc kiedyś we Włoszech, kupiłem sobie koszulkę Millera, bo stwierdziłem, że Chicago Bulls jest oklepane. Wszyscy mają koszulki Jordana, czy Pippena. Dlatego chciałem być inny. Zresztą zawsze starałem się iść pod prąd. (śmiech). Stąd miałem ksywkę Regie. Kiedy poszedłem na studia, wszyscy mówili na mnie „młody”. Kiedy na pierwszym roku studiów trafiłem do sekcji koszykówki, to byłem najmłodszy w szatni. Więc postanowiłem to połączyć i tak powstał Regie Young.     

Przygodę ze sportem zacząłeś od sekcji pływackiej WKS Śląsk Wrocław w latach 1987 – 1993. Jak wspominasz tamten okres?
To był jeden z najwspanialszych okresów w mojej sportowej przygodzie. W wieku sześciu lat mama zaprowadziła mnie na basen na Racławickiej we Wrocławiu. Znajdował się 400 metrów od domu. W ten sposób zaczynałem przygodę z pływaniem. W szkole podstawowej mieliśmy kilka razy w tygodniu zajęcia na basenie, a w trzeciej klasie był nabór do klasy sportowej. Trzeba było przepłynąć określoną liczbę długości basenu. Dokładnie nie pamiętam.  W naborze brało udział kilka szkół i z tych wszystkich dzieci wybierano 30 do jednej klasy pływackiej. Tak się złożyło, że trafiłem do niej. Od czwartej klasy zaczęły się poważne treningi. Trenowaliśmy dwa razy dziennie od poniedziałku do soboty. Niedziela teoretycznie była wolna, ale oczywiście zawody odbywały się również w weekendy. Więc nie miałem takiego typowego dzieciństwa, że się nudziłem, czy grałem w piłkę z kolegami na podwórku. Cały czas byłem na basenie w szkole lub na obozie pływackim. Mimo wszystko to były wspaniałe czasy.

Jak to wyglądało w liceum?
Wszystko było dobrze do 1990 roku. Kiedy komuna padła i nadeszła transformacja ustrojowa, to problemy poza gospodarką przeżywał też sport. Przestał być dotowany przez państwo. To były trudne czasy. Nie wiedziałem co robić. Nie byłem wyróżniającym się zawodnikiem i SMS’y nie biły się o mnie. Ci najlepsi mogli już wtedy próbować wyjechać do USA i na uniwersytety, ale wówczas był to jeden lub dwa wybijające się talenty pływackie na cały kraj. Jednak Ci z dalszych miejsc nie mieli takiej szansy. Nawet większość z nich nie rozpoczynała karier w kategorii senior. W latach 90’tych zaczął się był bum na koszykówkę.

W 1993 roku zacząłeś 15-letnią przygodę z koszykówką. Skąd decyzja?
Miałem smykałkę i jakieś predyspozycję do tego sportu. Nie byłem wysoki. Mierzę 183 cm.  Więc grałem zazwyczaj jako rozgrywający lub niski obrońca, ale umiałem zawsze walczyć o swoje, aby się przebić. Do tego doszedł charakter, który wyrobiłem sobie na pływaniu. Więc trafiłem do Śląska Wrocław. Łatwo nie było. Mozolnie się przebijałem do drużyny. Długo siedziałem na ławce. Jednak trener widział moją determinacje i potencjał, więc dał mi szansę. Wówczas miałem okazję być w tym klubie w najlepszym jego okresie. Tam grały takie nazwiska jak: Maciej Zieliński, Dominik Tomczyk, czy śp. Adam Wójcik. To były najlepsze czasy koszykarskiego Śląska i moje wzory w tamtej drużynie. Nie grałem z nimi bezpośrednio, bo byłem dużo młodszy. Udawało się jednak uczestniczyć z nimi na niektórych treningach jako junior. To było niesamowite przeżycie.

marciniak

Czytaj także:

Marek Barczewski szykuje się do wyścigu w Kirgistanie

W pewnym momencie byłeś nawet kapitanem II ligowego zespołu KKS Siechnice. Czy to było dla Ciebie zaskoczeniem?
Szczerze mówiąc nie, nie byłem jakimś talentem na miarę np. Adama Wójcika. Nie miałem takich umiejętności, które by pozwalały na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Zresztą to były inne czasy. W polskiej ekstraklasie mogło grać 3-4 Amerykanów. Więc ściągano ich z różnych europejskich lig. Z tego powodu Polakom było bardzo trudno się przebić. Dlatego powstawały takie twory w małych miastach przy takich wielkich ośrodkach jak Poznań, Wrocław czy Warszawa, które skupiały tych młodych chłopaków, którzy nie mieli większych perspektyw w tych ekstraklasowych drużynach. Te zespoły miały aspiracje na tworzenie klubów na poziomie 2-3 ligi, ale nie miały finansów na zatrudnianie obcokrajowców. Jeden z byłych zawodników Śląska Wrocław Jarosław Zyskowski prowadził wówczas jako trener KKS Siechnice. Mieli chęci, halę, atmosferę a gmina dawała pieniądze. Wówczas szukałem dla siebie miejsca. Oczywiście miałem też pracę zawodową. Przychodziłem na treningi po pracy. W weekendy były mecze. Awansowaliśmy z trzeciej ligi do drugiej. Zostałem kapitanem, bo byłem najstarszy i najbardziej doświadczony w drużynie. Byłem dla chłopaków mentorem. Motywowałem ich w szatni, a nawet pomagałem w treningach na siłowni. Zawsze podpatrywałem pracę trenerską, interesowało mnie to. Więc starałem się tamtym zawodnikom przekazywać własne doświadczenie.

Jak wyglądała Twoja kariera koszykarska w liczbach?
Maksymalnie zdobywałem 10-12 punktów. Byłem obrońcą i człowiekiem do zadań specjalnych. Budowałem też atmosferę na ławce. Miałem głównie zadania indywidualnego krycia danego zawodnika. Kosztowało to czasem tyle energii, że na grę w ataku już nie było sił. Byłem typowym zadaniowcem. Jednak bardzo lubiłem oddawać rzuty trzypunktowe. Jeśli była taka możliwość, to próbowałem. Nie byłem zawodnikiem, wokół którego skupiała się gra całej drużyny.

W latach 2008-2011 zrobiłeś przerwę od sportu. Czym się wtedy zajmowałeś?
Skupiłem się na pracy zawodowej oraz innych rzeczach. Jednak zawsze ten sport był gdzieś wokół mnie, choć nie startowałem na żadnych zawodach. Wówczas chodziłem z kolegą na crossfit. Jednak kiedyś przez nadmiar treningów po jednym z nich nie mogłem się podnieść z maty, bo coś mi strzeliło w kręgach. To etap z crossfitem zakończyłem. Przez ten czas nie siedziałem bezczynnie na kanapie, obrastając w tłuszcz i jakoś nie przytyłem. Może jedynie miałem jakieś 3-4 kg nadwagi ?

Po powrocie zająłeś się kolarstwem. Czy wcześniej było to Twoją pasją?
Kolarstwo zawsze było moją pasją, ale wcześniej nie było na to czasu. Pływałem albo biegałem za piłką na parkiecie. Czasami wsiadałem na rower i jechałem do kuzyna, który mieszka pod Jelenią Górą. Wówczas każdy się dziwił, że jeżdżę taki kawał drogi na rowerze. Staram się oglądać każdą edycję Tour de France. Moja mama jest wiernym kibicem sportu i razem siedzieliśmy przed telewizorem, oglądając wyczyny mojego i nie tylko mojego ówczesnego idola Lance’a Armstronga. Kiedyś nawet pojechałem na Tour de France z kolegą na jeden z etapów, który przebiegał niedaleko granicy niemieckiej, po to tylko żeby  Armstrong podpisał nam dwie książki. Mam ją na półce. Ciekawe czy coś jest warta? Dla mnie teraz to już tylko książka, ale wtedy!

marciniak

Przeczytaj też:

Mateusz Petelski: Nie wrócę do triathlonu

Z jakim skutkiem startowałeś w zawodach kolarskich?
Kiedy Czesław Lang zaczął organizować Tour de Pologne dla amatorów, to od razu postanowiłem wziąć udział. To było niesamowite przeżycie. Szukałem ciągle nowych kolarskich wyzwań. Jeździłem m.in.: po Alpach, Dolomitach i Pirenejach. Staram się do teraz  wybierać co roku jeden wyścig kolarski, który jest wyzwaniem i dobrym challengem. W zeszłym roku miałem okazję przejechać 300 kilometrów w słynnych wyścigu dla amatorów Mediolan- San Remo nad morzem. To była niezwykła przygoda dobra na kolejną rozmowę. (śmiech)  

W międzyczasie przyszła pora na triathlon. Zadebiutowałeś w 2012 podczas Pucharu Polski w Triathlonie RAWA Mazowiecka. Jak było?
To był super start. Pozdrawiam Mateusza Kaźmierczaka. Wówczas zajął trzecie miejsce. Z tego, co pamiętam, wygrał Hiszpan Anton Ruanova, a drugi był Sergey Kurochkin. Wówczas wystartowało około 300 osób. Niewiele przygotowywałem się z pływania, bo ono miałem we krwi i nie obawiałem się tej części wyścigu, mimo że była to olimpijka, a jak wiesz na tym dystansie jest 1500 metrów do przepłynięcia. Zapamiętałem, że spikerem tamtych zawodów był Czarek Pazura. To było śmieszne. W ogóle nie znał się na triathlonie. On nie jest Łukaszem Grassem (śmiech). Mimo to próbował nadrabiać żartami. Było wesoło. Całego wyścigu nie pamiętam. Zapamiętałem, tylko że dałem z siebie wszystko na rowerze. 5-10 zawodników jechało mi na kole. Próbowałem łączyć dwie grupy. W międzyczasie wypadł mi bidon. Kiedy dobiegłem do T2 i założyłem buty do biegania, to myślałem, że pójdę w krzaki i zwymiotuję. Oczywiście, że popełniłem masę błędów, ale najważniejsze jest to, że udało się dobiec do mety. Przygoda była niesamowita.  

Z którymi zawodami masz najlepsze wspomnienia?
Challenge Roth 2017, a jeśli chodzi o polskie imprezy to Sieraków. Startuję tam co roku. W tym sezonie wyjątkowo miałem nie być, ale i tak odwołano te zawody ze względu na obecną sytuację. W Sierakowie robią znakomitą robotę i mają dobrą bazę. Całe miasteczko żyje triathlonem. Cała baza noclegowa domków w lesie tworzy  wyjątkowy i rodzinny klimat. Tam nigdy nie udało mi się stanąć na podium, poza ostatnim startem na wyjątkowym dla mnie dystansie 1/8IM. Co roku ta impreza jest mocno obsadzona i odbywa się na wczesnym etapie sezonu, więc każdy po obozach przygotowawczych chce pokazać się z dobrej strony. Wspominam też dobrze Gdynię, w której dwa razy zdobyłem slota na MŚ IM 70.3, choć te zawody już nie mają takiej rodzinnej atmosfery.  

Ukończyłeś trzy Ironmany. Czy z któregoś z nich jesteś w pełni zadowolony?
Jestem zadowolony szczególnie z zawodów w Roth. Sam przygotowywałem się do tamtego startu. Wyniku 09:57:30 nie można się wstydzić (śmiech). Ktoś powie, że Roth jest szybkie. Oczywiście, jeśli jest się bardzo mocnym zawodnikiem, to można udowodnić, że tamta trasa jest szybka. Niedawno Agnieszka Jerzyk to udowodniła. Jednak ja startowałem rok po niesamowitym rekordzie Janka Frodeno. Na naszej trasie, szczególnie części biegowej, przeprowadzany był remont i nie wiodła tak jak zwykle w dużej części wzdłuż brzegu kanału Danau po szutrze. Było sporo kręcenia, jakieś objazdy. Więc bieganie było raczej trudniejsze niż zwykle. W Roth podczas biegu co chwilę zmienia się nawierzchnia. Trasa rowerowa też była problematyczna mocno pofałdowana i techniczna. Podobna do tej z Gdyni, ale dwa razy dłuższa (śmiech). Występuje tam jeden newralgiczny zjazd. W zeszłym roku chyba tam upadek zaliczył Nils Frommhold. Trasa kolarska jest bardzo techniczna. Jednak ta impreza jest tak wyjątkowa, że nie da się tego opisać słowami, tylko trzeba samemu tego doświadczyć.

Startowałeś też w Triathlon ALPE d’ HUEZ we Francji, który jest jednym z najcięższych triathlonów w Europie. Skąd wziął się pomysł na tamten start?
Jak już wiesz, kocham kolarstwo, a Alpe d’ Huez to jeden z podjazdów, który liczy ponad 13 kilometrów ze średnim nachyleniem ponad 8% i znajduje się często na trasie Tour de France. Byłem zachwycony, że jest możliwość na takiej trasie połączenia dwóch moich pasji, czyli kolarstwa i triathlonu. Postanowiłem, że muszę tam być. Wówczas przed tym startem pracowałem ze Zbyszkiem Gucwą (pozdrawiam). Na miejscu byłem trzy dni przed zawodami,  aby spokojnie się przygotować, odebrać pakiet startowy, etc. Już nie trenowałem w tych ostatnich dniach, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Dzień przed zawodami wyszedłem rano, żeby kupić coś na śniadanie. Patrzę, a na dworze pada śnieg. Samochód był zasypany, a przypomnę, że zawody obywają się w lipcu. Byłem bardzo wystraszony. Zadzwoniłem zaraz do Zbyszka, żeby podzielić się swoim zdziwieniem i niepokojem, a on sprowadził mnie na ziemie stwierdzeniem: a czego się spodziewałeś tak wysoko w górach ?! Poradził mi, że w przypadku śliskiej trasy, warto posmarować opony cytryną. Nie dyskutując, od razu kupiłem cytryny w sklepie i smarowałem, jak kazał (śmiech).  W ten sposób zastosowałem stary patent kolarzy. Już w dniu zawodów z samego rana niektórzy zawodnicy z miasteczka położonego w górach, gdzie była meta, a większość miała noclegi z wysokości 1850 metrów n.p.m. zjeżdżali do jeziora na rowerach ubrani w pianki neoprenowe, ponieważ było bardzo zimno. Co ciekawe jezioro, to jest otwierane tylko na te zawody, bo jest zbiornikiem retencyjnym i obowiązuje ogólny zakaz pływania. Na szczęście przed samym startem, jak i podczas zawodów pogoda była już znakomita.

Jak przebiegł sam start?
Kibiców było bardzo mało na starcie. Powodem była bardzo wczesna pora zawodów oraz kłopot logistyczny. My zawodnicy pomagaliśmy sobie nawzajem np. w zakładaniu pianek. Woda w jeziorze miała 13 stopni. Byłem zaskoczony, że przed startem nikt nie znajdował się w wodzie, tylko wszyscy siedzieli na skałach. Kiedy wszedłem do tej wody, to rozwiązałem zagadkę… Więc nietypowo startowaliśmy ze skał. Tam jest do przepłynięcia 2200 metrów. Myślałem po pierwszych 200 m, że już się poddam w wodzie, bo nie mogłem oddychać. Jednak nie odpuściłem. Trasa rowerowa wiodła przez trzy alpejskie przełęcze. Mieliśmy do przejechania 118 kilometrów. Na końcu musieliśmy przebiec 21 kilometry. To był nietypowy dystans 2,2km/118/21. Sama impreza była niesamowita. Jest pokazywana przez francuski Canal+ Sport. To było niesamowite przeżycie, kiedy jechałem na rowerze, a nade mną leciał helikopter z kamerą. Czułem się, jak podczas Tour de France (śmiech). To był naprawdę wyjątkowy start. Kiedy wjechałem już rowerem na samą górę do T2, wiedziałem, że ukończę ten wyścig. Sam bieg też nie był łatwy. Musieliśmy wspiąć się z wysokości 1850 metrów na 2200 m i potem zbiec. Były trzy takie pętle. Na końcu wbiegaliśmy już w samym miasteczku przez murawę stadionu piłkarskiego na metę. Skończyłem zawody z czasem 7:57. To jest impreza obok Roth, na której chciałbym jeszcze raz wystartować. Polecam!

Jak wyglądały przygotowania treningowe i logistyczne do tamtych zawodów?
Głównie skupiałem się na rowerze. Jeździłem sporo po polskich górach m.in.: po Karkonoszach i Górach Sowich. Szukałem górskich tras. Nie wyjeżdżałem na zagraniczne zgrupowania. Jeśli chodzi o bieganie, to również szukałem górskich ścieżek. Będąc w górach, łączyłem czasami trening kolarski z biegowym. Przed startem wystartowałem również w pierwszej edycji popularnego już Karkonoszmana.

Kto z Tobą pojechał w roli suportu?
Tylko moja druga połowa, Sylwia. Po tylu latach jest na takim etapie, że wybiera sobie te najciekawsze zawody, na których startuję np. MŚ w RPA i wtedy jedzie ze mną. Jeśli mamy jechać szósty raz do Sierakowa, to już nie ma takiego entuzjazmu. Wtedy muszę szukać już innego suportu (śmiech).

Trenujesz sam, czy pod opieką trenera?
Trenowałem kilka lat temu ze Zbyszkiem Gucwą. Potem do 2018 roku wspierał mnie Bartek Huzarski. To jest były kolarz szosowy reprezentant Polski, który był w tej grupie, kiedy Michał Kwiatkowski zdobył w Hiszpanii mistrzostwo świata. Jest moim dobrym kolegą. Mieszka niedaleko mnie. Wspierał mnie kolarsko oraz w treningu wytrzymałościowym. Ta współpraca nie opierała się na kwestiach biznesowych tylko wsparciu mentorskim. Spotykaliśmy się m.in.: na długich rozjazdach, czy obozach organizowanych przez Bartka co roku. Przez cały 2019 rok trenowałem sam. Mam już spore doświadczenie. Do tego jakiś czas temu zrobiłem papiery instruktora triathlonu.

marciniak

Zajrzyj do:

Mai Wąsik droga od skoków narciarskich do triathlonu

Na blogu napisałeś, że jesteś sfokusowany na temat zdrowego odżywiania się. Dlaczego inspirujesz się akurat kuchnią w stylu PALEO?
Byłem zainspirowany tym podejściem do odżywiania. Jednak z biegiem czasu i własnych doświadczeń wiem, że nie można być radykalnym w tej kwestii, zwłaszcza uprawiając taki sport jak triathlon. „Dieta” przede wszystkim sportowa musi być zbilansowana. Paleo nie daje tego do końca. Stosuję klucz tej kuchni, kiedy mam niskie obciążenia treningowe np. tylko trening siłowy. Obecnie uważam, że Paleo jest dobrym rozwiązaniem. Bo nie mamy możliwości zrealizowania długiego rozjazdu, czy wybiegania. Do tego wielu z nas pracuje w systemie home office.

Obecnie mamy do czynienia z trudną sytuacją, związaną z koronawirusem. Jak sobie radzisz?
Przez pierwsze dwa tygodnie miałem mętlik w głowie. Tak się złożyło, że najważniejsze starty zostały zaplanowane na drugą połowę roku. Więc akurat o to jestem spokojny. Mam nadzieję, że dojdą do skutku. Musiałem sobie pewne rzeczy przewartościować i przeorganizować. Do tego przez pierwszy okres kwarantanny, kiedy wróciłem z gór, nie czułem się dobrze. Siedziałem w domu. Teraz oczywiście pracuję w systemie home office. Skontaktowałem się za pośrednictwem Ironmana z osobą, która współpracuje z Davy Scottem. Pojawiła się możliwość, że za ich pośrednictwem można online konsultować się z trenerami. Przesyłam wyniki przez Training Peaks i mam dostosowany plan treningowy do obecnej sytuacji. Próbuję czegoś nowego. Jak nie teraz to kiedy ? Na razie fajnie się w tym odnajduję. Trenuję 14 godzin tygodniowo. Nie jestem jednak zwolennikiem trenażera. Więc kupiłem rolki i trochę jeżdżę na nich. Biegam dookoła domu. Ćwiczę nadal jogę. W sumie wychodzi dużo tych jednostek treningowych. Ku mojemu zdziwieniu podczas tej izolacji nawet schudłem. Próbuję się jakoś odnaleźć i trzeba szukać tych pozytywów.

Wywalczyłeś slota na tegoroczny start w MŚ Nowa Zelandia i dostałeś informację od organizatorów jakiś czas temu, że ta impreza się odbędzie. Czy to będzie najważniejszy start w tym sezonie?
Sezon jest bardzo przesunięty. Główne cele miałem i tak ustawione na drugą połowę roku. Więc w moim przypadku niewiele się zmienia. Jedynie wypadły mi zawody sprawdzające. Do 29 listopada jest jeszcze bardzo dużo czasu. Jednak właśnie Nowa Zelandia jest głównym startem w tym roku. O przygotowania jestem spokojny, wszystko jest dobrze zaplanowane.

Masz już 43 lata. Z wiekiem musisz szukać dodatkowej motywacji do treningów i startów, czy dalej masz ten sportowy głód?
Staram się nie traktować triathlonu zadaniowo. Chcę z nim przeżyć przygodę. Chcę się bawić triathlonem jak najdłużej. Jeśli w wieku 65 lat ten sport dalej będzie mnie bawił, to super. Dlatego staram się dbać o odnowę biologiczną. Z wiekiem człowiek trudniej się regeneruje. Staram się spać minimum siedem godzin, bo wiem, że sen to jest darmowa regeneracja.

Jakie masz marzenia związane z triathlonem oraz z innymi sportami?
Moim celem są oczywiście Hawaje. To jest taki święty Graal triathlonu. Mój kolega Marcin Pacholak czy Robert Wojnar miał okazję tam wystartować. Dlatego tak, jak oni też chcę przeżyć to na własnej skórze, a nie tylko słuchać ich opowieści (śmiech). Nie wiem, kiedy to uda się zrealizować, ale marzenia są po to, aby je spełniać.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X