Rozmowa

Adrian Kostera: Mam 99% szans na poprawienie rekordu w 10xIM

W Colmar został nowym rekordzistą świata na pięciokrotnym Ironmanie, choć nie brakowało problemów przed zawodami. Adrian Kostera nie ukrywa, że głównym wyzwaniem będzie dwukrotnie dłuższy dystans za kilka tygodni.

Jak czujesz się jako nowy rekordzista świata na pięciokrotnym Ironmanie?
Nie czuję nic specjalnego względem siebie. Często powtarzam, że dla mnie rekord świata jest czymś chwilowym. Popełnia się go i po chwili ktoś inny poprawia ten wynik. Ja bardziej się czuję dumny, że jako człowiek, reprezentant gatunku ludzkości przesunąłem jakąś granice naszych zdolności. Z niecierpliwością czekam, aż ktoś inny pokaże, że można jeszcze to poprawić. Bardzo często dostawałem odpowiedzi typu „ja nie do końca wierzyłem, że Ty to zrobisz”. Czuję dumę i radość, że w końcu zmieniłem pogląd wielu ludzi. Pokazałem, że Kostera ma nie tylko nierealne marzenia, ale faktycznie ciężko pracuje na ich spełnienie i wie,  jak to robić.

Czy już opadły emocje po tym wymagającym wyzwaniu?
Mija ósmy dzień, a ja nie spałem jeszcze ani razu więcej niż sześć godzin. Mam swoje pięć minut i chwytam byka za rogi. Tysiące wiadomości, różnych możliwości, wywiadów, podcastów. Więc jeszcze jestem w takim transie po zawodach, gdzie naprawdę nie miałem chwili usiąść i poczuć tego, co się wydarzyło.

Udało się już domknąć wszelkie formalności związane z Twoim autem?
Ostatecznie po wielu godzinach spędzonych na infoliniach tak.

Przechodząc do Twojego startu, w jakich okolicznościach dowiedziałeś się od suportu o spalonym aucie?
Podczas jednej z przerw technicznych na picie w basenie musiałem podać Patrykowi dane do logowania do mojej poczty oraz wskazać ubezpieczyciela auta i firmę asistance. Wtedy nieuniknione stało się powiedzieć mi, co się wydarzyło. Przede wszystkim ulżyło mi, że nie było wypadku i nikt nie ucierpiał. Po drugie, kiedy zrozumiałem, że poświęciłem tym zawodom wszystko, włącznie już nawet z autem, nabrałem niezwykle silnej motywacji, aby pokonać rekord świata.

Jak czułeś się na pływaniu?
Pierwsze 3 kilometry były mi niewygodnie. Pewnie dlatego, że próbowałem łapać nogi i płynąłem nienaturalnie, kopiując kogoś tempo. Później odpuściłem, zamknąłem oczy i kolejne 16 kilometrów było miłe oraz spokojne. Z wody wyszedłem zupełnie nie zmęczony.

Jaki miałeś plan na część kolarską?
Przede wszystkim trzymać równy stały poziom wysiłku. Nie spalać się na podjazdach, nie dawać się wyprowadzić z równowagi na zakrętach, czy w niebezpiecznych sytuacjach. Dystans podzieliłem na pięć odcinków po 180 kilometrów. Miałem w kieszeniach odpowiednio dużo stałego pokarmu, aby być samowystarczalny, a jedynie bidony łapałem w locie. W szybkich przerwach dbaliśmy o odpowiednie ciśnienie w oponach i czystość napędu. Na dystansie 900k ekonomia to podstawa i każdy wat się liczy.

W którym momencie pojawił się pierwszy kryzys na trasie?
Dopiero pod koniec biegania. Spędziłem na trasie niemal trzy noce. Pierwsza była dosyć trudna na rowerze i kosztowało mnie dużo wysiłku mentalnego, aby pozostać trzeźwy i skoncentrowany na rowerze. Druga noc, gdzie około północy wypadło T2, przebiegła bez problemów i nie byłem senny. Natomiast trzecia ostatnia noc to była prawdziwa walka z sennością i stan pod koniec, gdzie mój umysł płatał mi figle, będąc częściowo zanurzony w śnie, a częściowo na jawie. Olbrzymi wysiłek kosztowało mnie wtedy pozostać skupiony na tym, co muszę robić.

W jaki sposób sobie z nim poradziłeś?
Wszystko toczyło się w mojej głowie. Walkę musiałem staczać właśnie tam. Moje ciało nie było zmęczone. Mięśnie nie były obolałe, czy zakwaszone. Czułem się względnie dobrze. Musiałem jedynie znajdować wewnętrzne pokłady motywacji i przekonywać ciało, aby stawiało krok za krokiem i nie zatrzymywało się nawet na chwilę.

Jak wyglądała Twoja taktyka żywieniowa na pływaniu?
Na pływaniu próbowałem na testach różnych konfiguracji. Na przykład 4, 4, 3, 3, 2, 2, 1 kilometrów pływania pomiędzy przerwami. Ostatecznie zakończyło się na kilometrowych odcinkach, które czasami wydłużałem, bo czułem się dobrze. Miałem flow i nie chciałem tego przerywać. Gdy się zatrzymywałem, było to dosłownie mniej niż minuta, aby się napić, czy zjeść żel.

Czy byłeś zadowolony z osiągniętego wyniku na rowerze?
Tak. Wstępnie zakładałem, że przejadę pierwsze 180km tempem 30km/h, kolejne 29, kolejne 28 itd. Okazało się jednak, że moje założenia były zbyt ostrożne, bo do końca mogłem utrzymywać tempo jazdy 30km/h bez wysiłku.

Jak się biegło?
Pierwsze kilka okrążeń po rowerze miałem mocno pospinane plecy i tam się bałem, że idzie topornie. W biegu robiłem rozciąganie, rozluźnianie i kiedy odpuściło, biegło się super. Pierwsze dwa maratony minęły niemal niezauważalnie. Później były problemy z żołądkiem i kilkanaście nieplanowanych wizyt w toalecie. Co w rezultacie pochłonęło cały bufor bezpieczeństwa czasu i ostatnie 130 kilometrów musiałem pokonać niemal bez zatrzymania. I chociaż fizycznie nie było najmniejszych problemów, to było trudno do udźwignięcia mentalnie. Mieliśmy olbrzymie upały i w dzień konieczne było nieprzerwane schładzanie. A w nocy walczyłem z sennością.

W którym momencie byłeś pewny, że pobijesz dotychczasowy rekord świata?
Jakieś trzy lata temu. Najpierw pandemia przesuwała moje zawody dwukrotnie. Następnie dwa razy, kiedy uderzyło mnie auto rok temu, sprawiło, że mimo że byłem wtedy gotowy, to zrobić to straciłem kolano na biegu i nie byłem w stanie fizycznie zmusić kolana do dynamicznego, ciągłego ruchu. Jadąc teraz do Colmar, wiedziałem, że mógłbym zejść w okolice albo poniżej 60 godzin. Z racji, że zależy mi głównie na 10 krotnym Ironmanie za 6 tygodni bardziej niż na Colmar, postanowiłem we Francji dozować wysiłek jedynie na tyle,  aby delikatnie pokonać rekord świata. Chociaż pod koniec z powodu tych toalet zaczęło się robić nerwowo. Tak czy inaczej do końca mieliśmy wszystko pod kontrolą.

Co czułeś, wbiegając na metę?
Marzyłem, aby napić się piwa i iść spać (śmiech). Jednak po tak olbrzymim wysiłku miałem duże trudności z zapełnieniem pojemnika do badań antydopingowych i w rezultacie dwie godziny później i pięć litrów wody później udał mi się ten wyczyn. To strasznie zepsuło magię tej chwili.

Czy cały ten start oraz pobicie rekordu jest dobrym prognostykiem przed sierpniowym wyzwaniem na dwukrotnie dłuższym dystansie?
Przed Colmar zakładałem, że mam 85 procent szans na rekord w 5xIm (z uwagi na to, że chcieliśmy to zrobić minimalnym kosztem, więc jakieś zdarzenie losowe pod koniec gdy nie mieliśmy zapasu czasu, mogłoby wszystko popsuć). W Szwajcarii uważam, że mam 99% szans na poprawienie dotychczasowego rekordu. Z tym że będzie obecny dotychczasowy rekordzista Richard Jung i on zapewne będzie miał chrapkę również na rekord.

Problemy nie omijały Cię też przed zawodami, jeden z członków suportu nie mógł z Tobą pojechać ze względu na covida. Czy brak jednego człowieka w obozie był dla Ciebie mocno odczuwalny?
Na szczęście bardzo szybko zgłosili się inni ludzie do pomocy. Tomasz Pokorski, który bez wahania rzucił wszystko i pojechał z nami, zastąpił nieobecnych członków. Administratorka grupy Polacy Biegaja z NL z Pawłem dodatkowo przyjechali, aby pomóc Eli załatwić sprawy z autem, podczas gdy ja brałem udział w wyścigu.

Po własnym starcie dopingowałeś innych zawodników, jak to masz w zwyczaju. Jak oceniasz start podopiecznego Piotra Klupczyńskiego (przyznał, że trenuje u Ciebie ?)?
Dopingowanie innych jest dla mnie niezwykle istotne. Wiem, że ci ludzie, którzy pozostają na trasie jeszcze kolejne dni po tym, jak ja skończę, toczą dużo większą walkę niż ja. Obecność i wsparcie już jako rekordzisty, na pewno pomaga im dotrzeć do mety. A co do Piotra, to jest mega dobrym zawodnikiem. Przy jego prędkościach Colmar nie było miejscem, w którym mógłby rozwinąć skrzydła. Niestety nie udało się dotrzeć do mety w mniej niż 20 godzin. Colmar jest najtrudniejszą na świecie trasą w ultra triatlonie. Ciasne zakręty, gdzie co kilometr trzeba zwalniać do 15km/h. A gdy spadnie deszcz to jeszcze bardziej. Niebezpieczne sytuacje na drodze itd.  Jestem pewny, że pewnego dnia Piotr stanie na najwyższym podium Mistrzostw Świata w ultra triathlonie.

Po zawodach pojawił się temat poprawienie Twojego wyniku potencjalnie przez Roberta Karasia. Jak podchodzisz do tych nawiązań i wywoływania obecnie byłego rekordzisty na tym dystansie?
Gdzieś na początku wywiadu o tym wspomniałem. Będę śledził, kibicował i miał fajną rozrywkę, taką, jak Wy mieliście ze mną. Nie jestem przywiązany do rekordu. Dla mnie to tylko przystanek do czegoś znacznie większego.

Kiedy zamierzasz wrócić do treningów przed 10xIM?
Teraz to już przede wszystkim samo pływanie. Od jutra zaczynam.

Jakie masz założenia czasowe względem tych zawodów w Szwajcarii?
Aktualny rekord wynosi 190 godzin. Mój cel to zejść niżej niż to. Taki sam cel ma bez wątpienia też Richard. 

Na ile dni przed zawodami zamierzasz się pojawić na miejscu?
Szwajcaria jest okrutnie droga. Będę 12 sierpnia, a dwa dni później jest start.

Z jakim nastawieniem staniesz na starcie 10xIM?
Ze stoickim spokojem.

Czy to będzie najważniejszy dla Ciebie start w tym sezonie?
Tak, chociaż jak tylko skończę, to zaczynam natychmiast przekuwać dobry wynik i chwilowe boom w poszukiwania parterów chcących mi pomóc w przyszłorocznym biciu rekordu Guinnessa w najdłuższym triathlonie.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X