Rozmowa

Przemysław Szymanowski: Mam nadzieję, że zawodowy sport będzie bardziej doceniany

Kilka dni temu zaliczył trzy starty w ciągu 25 godzin. Do tego łączył to z obowiązkami trenerskimi. Mimo tej intensywności Przemysław Szymanowski pozytywnie ocenia wyniki i jest zadowolony z postawy podopiecznych, ale wkurza go jedna sprawa. 

Weekend 2-3 lipca był dla Ciebie niezwykle intensywny. W ciągu 25 godzin zanotowałeś aż trzy starty. Dlaczego zdecydowałeś się na taką intensywność startową w tak krótkim czasie?
W planach miałem dwa starty, jednak zdecydowałem się na jeszcze jeden. O trzecim zdecydowało to, że moje przygotowania w lutym pokrzyżował covid. Bardzo długo do siebie dochodziłem. Już mój start w Rumi w mistrzostwach Polski w duathlonie pokazał mi, gdzie jestem w tym roku na mistrzostwach. Starałem się, jak mogę przygotować do kolejnych, ale miałem trochę za mało przetrenowanych godzin. Oceniłem realnie szanse na TOP 5 w mistrzostwach Polski w Suszu. Stwierdziłem także, że mogę pokusić się o zdobycie wysokiego miejsca i wywalczenie nagrody finansowej za start w sprincie AG na rowerach czasowych, dzień później w Koninie. Zdecydowałem w piątek, że spróbuję wystartować dwa razy, rano i po południu, tak jak to jest np. na pucharach świata, czy superlidze. Nie żałuję tej decyzji. A następnie pojechałem do Konina i powalczyłem.

Poruszyłeś kwestię nagród za ostatnie Mistrzostwa Polski na supersprincie oraz nagród za rywalizację w sprincie. Jakie jest Twoje stanowisko w tej sprawie?
Według mnie, Mistrz Polski powinien być bardziej doceniany. W Suszu mieliśmy sytuację, w której w mistrzostwach Polski, na dystansie supersprintu nagradzana była pierwsza piątka kobiet i mężczyzn, gdzie zwycięzca otrzymywał 1500 złotych. W rywalizacji na sprincie nagradzanych było pierwszych 10 zawodniczek i zawodników na mecie. Z czego zwycięzca inkasował 2000 złotych.

Słabo to wygląda jak nagrody na imprezie komercyjnej są wyższe niż w mistrzostwach Polski, gdzie rywalizują zawodnicy, którzy poświęcają praktycznie całe życie temu sportowi i powinni z tego sportu się utrzymywać. Koszt przygotowań do wyniku międzynarodowego, czy nawet tytułu mistrzowskiego to sumy rzędu 100-200 tys. złotych rocznie (czasami więcej). I jadąc na Mistrzostwa Polski dostajesz 1500 zł, a wygrywając w imprezie bez rangi mistrzowskiej, inkasujesz o 500 złotych więcej. Nie mam nic przeciwko, aby nagrody finansowe były także na imprezach komercyjnych, ale uważam, że Związek powinien w przypadku organizacji mistrzostw Polski zadbać o proporcje. Moim zdaniem, jeśli nic z tym nie zrobimy, to sport zawodowy będzie wyglądał, jak wygląda, czyli umierał. Coraz mniej startujących, a Ci, co są, zaraz za podium wolą coś zarobić, a nie tylko dokładać. Mam nadzieję, że coś się zmieni w tej kwestii i sport zawodowy zacznie być bardziej doceniany.

Przechodząc do spraw sportowych. Jak oceniasz każdy z tych trzech startów?
Poranny start w Suszu był trudny, gdyż przy tych nagrodach, “zawodowi amatorzy” naprawdę reprezentują solidny poziom ścigania. Łatwo nie było. Na pływaniu niestety pomyliłem boję powrotną i nadrobiłem dobre 20 sekund. Na rowerze jechałem dość mocno, bo chciałem dowieźć przewagę z pływania. Jednak chłopaki dojechali mnie pod koniec roweru. Na moje szczęście końcówka roweru to zakręty, ronda itp. Udało mi się odskoczyć na 15 sekund. To wystarczyło na kontrolowany bieg, ale też się nie oszczędzałem. Końcówka biegu puszczona na przybijanie piątek i w konwencji rolling startu z dużej przewagi, zrobiły się 2 sek. na mecie, gdyż chłopaki startowali w 2 fali, a każda fala puszczana co pięć sekund. Ale udało się, wygrałem.

Drugi start o 16:00, Mistrzostwa Polski w supersprincie poszły całkiem dobrze. Jedyne co mi przeszkodziło, to skurcz w łydkę na biegu. Po słabszym pływaniu i bardzo dobrym rowerze, byłem w dużej 10 osobowej drugiej grupie. Z przodu tylko dwóch zawodników, więc z naszej grupy toczyła się walka o medal. Na bieg ruszyłem jako czwarty i wszystko dobrze szło do 200-300 m, gdzie na 500 metrze złapał mnie potworny skurcz w łydce. Na całe szczęście puścił i zacząłem się rozpędzać, ale niestety brakło troszkę dystansu. Zająłem 9 miejsce, a czas biegu (ze skurczem) miałem jak Mistrz Polski. Więc nie było wstydu. Trzeci start w Koninie o dziwo, poszedł całkiem przyzwoicie. Pływanie i rower bardzo dobrze, choć czułem już skutki zmęczenia. Na biegu na 7km już czułem „moje wojaże” i można powiedzieć „doczłapałem” do mety jako trzeci w doborowej obsadzie Łukasza Kalaszczyńskiego i Kuby Woźniaka. „Crash test” mojego organizmu zaliczony. Były starty dzień po dniu, ale trzy triathlony w ciągu doby jeszcze nie.

W jaki sposób próbowałeś się regenerować w tak krótkim czasie między startami, a do tego łącząc obowiązki trenerskie, bo np. w Suszu nie brakowało Twoich podopiecznych?
No właśnie z tą regeneracją nie było łatwo, gdyż zaraz po moim porannym starcie startowała moja zawodniczka Beata Woźniak w Pucharze Polski młodziczek. Wyszła pierwsza z wody i razem z Martyną Gajdą jechały z dużą przewagą na rowerze. Jednak na zjeździe po kostce brukowej pilot jadący motorem zwolnił i Beata, aby uniknąć zderzenia, uciekła w bok. Wjechała w krawężnik i niestety upadła. Do tego spadł jej jeszcze łańcuch, zakleszczył się lekko przedni hamulec, o czym dowiedzieliśmy się dopiero w strefie zmian (a dziwiła się dlaczego tak ciężko jej się jedzie). Jednak ukończyła start na 5 miejscu i pokazała prawdziwy charakter sportowca, który walczy do samego końca. Potem opatrywanie ran, serwis roweru, trochę mi się uzbierało. Także mój odpoczynek to 30 minut relaksu w aucie, kilka suplementów i tyle. Wracając jeszcze do regeneracji i do suplementów, to ostatnio używam kilku nowości z Organiclife, jak olej cbd, aloes, ashwaganda, day and night formula i witamin. Muszę przyznać, że te suplementy są super i dają mnóstwo energii oraz bardzo ułatwiają regenerację, a także wzmacniają ciało na stres, z którym codziennie mamy do czynienia. Myślę, że to też miało duży wpływ na to, że dałem radę wytrzymać te wszystkie starty.

Który z tych startów był dla Ciebie najbardziej wymagający?
Najbardziej wymagające były Mistrzostwa Polski. Tam dałem z siebie 110%, aby powalczyć o jak najlepszy rezultat. Zawsze te wyścigi mistrzowskie są najtrudniejsze.

Jakie wyciągnąłeś wnioski po tych przeżyciach podczas trzech startów?
Można coś takiego zrobić i żyć (śmiech). Tak poważnie, to są to bardzo ciężkie przeciążenia dla organizmu. Miałem zaplanowany odpoczynek po Suszu. Dlatego wiedziałem, że mogę coś takiego zrobić. Do tego psychicznie też byłem na to gotowy, gdyż w karierze niejednokrotnie startowałem dzień po dniu, czy nawet dwa razy w ciągu dnia i wiedziałem, że to wytrzymam. Choć prędko tego nie powtórzę (śmiech).

Startowali też Twoi podopieczni. Jak oceniasz ich starty?
Bardzo dobrze. W piątek na Mistrzostwach Polski w aquathlonie zdobyliśmy trzy medale. Agnieszka Kropiewnicka złoto w K40, Przemek Kropiewnicki srebro w M40 i Beata Woźniak brąz w młodziczkach. W sobotę na sprincie 5 osób startowało, każdy wywalczył slota na Mistrzostwa Europy do Monachium, czyli Eliza Pitura, Tomasz Mach, Wiktoria Opielak (ta trójka jedzie do Monachium), jedynie Agnieszka i Przemek Kropiewniccy odmówili Monachium, bo jadą już do Dubaju. Także starty oceniam na bardzo udane. Każdy powalczył,  ile mógł i to się ceni.

Niezwykłą determinacją właśnie popisała się Beata Woźniak, która mimo wywrotki na rowerze zakończyła rywalizację na piątym miejscu. Jak obecnie czuje się zawodniczka?
Beata już czuję się dobrze. Rany powoli się goją. Najgorzej jest z kolanem, gdyż ono było najbardziej zdarte. Ale już od piątku wznowiła trening pływacki, od czwartku rower i bieg, więc czterodniowa przerwa myślę, że jej nie zaszkodziła. Wręcz odwrotnie, była jej potrzebna, gdyż solidnie przepracowała pierwszą część sezonu.

Jakie masz dalsze plany startowe?
Kolejny start to Mistrzostwa Polski w Krakowie na dystansie sprinterskim 30 lipca. A dalej zobaczymy.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X