Rozmowa

Pan wuef-MAN i sukcesy jego niepełnosprawnej młodzieży

Pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego oraz trener SKS dzieci niepełnosprawnych. Osiąga z podopiecznymi sukcesy. Sam też jest aktywny. Mimo 40 lat Łukasz Mayer nie rezygnuje z marzenia, jakim jest start na Hawajach.

Jesteś od 17 lat nauczycielem wf-u oraz trenerem szkolnego klubu sportowego Olimpiad Specjalnych – “Huragan Brzezie”. Jak wygląda Twoja praca?
Praca jest wymagająca i odpowiedzialna. Pod moją opieką są dzieci i młodzież od 7-24 lat z różnym stopniem niepełnosprawności. Jednak daje ona olbrzymią satysfakcję i radość, kiedy przynosi efekty w postaci dobrego kontaktu z uczniem, jego uśmiechu na twarzy i chęci udziału w zajęciach. Najmniejsze sukcesy uczniów będące często ich własnymi rekordami świata, dodają mi jako pedagogowi skrzydeł do pracy! Tak jestem trenerem i przewodniczącym szkolnego klubu sportowego Olimpiad Specjalnych – „Huragan Brzezie”. Klub działa od 2013 roku. Zrzesza kilkunastu uczniów, którzy trenują i startują w różnych dyscyplinach sportowych w kraju i za granicą.

Co zalicza się do Twoich największych sukcesów trenerskich?
Ze sportowego punktu widzenia ważne są wymierne sukcesy w postaci klasyfikacji, nominacji, powołań i oczywiście miejsc na podium. Jednak praca w szkole specjalnej z ludźmi potrzebującymi naszej pomocy, ich rehabilitacja usprawnianie zaburzonych funkcji i ogólnie przygotowywanie do życia jest dużo ważniejsza niż same w sobie medale. Takie też są założenia Olimpiad Specjalnych – usprawnianie poprzez ruch i kontakt społeczny. Obrazują to słowa przysięgi olimpijskiej „Pragnę zwyciężyć, lecz jeśli nie będę mógł zwyciężyć, niech będę dzielny w swym wysiłku”.

A jeśli chodzi o konkretne wyniki?
Jeżeli chodzi o typowe sukcesy sportowe moich uczniów to z najważniejszych mogę wymienić: 7 złotych, 1 srebrny, 1 brązowy medal, zdobyte na „X Ogólnopolskich Letnich Igrzyskach Olimpiad Specjalnych” w Bydgoszczy w lekkoatletyce, 2 złote medale wywalczone na „XIII Ogólnopolskim Mityngu w Biegach przełajowych Olimpiad Specjalnych” w Kwidzyniu, 3 złote, 4 srebrne, 1 brązowy medal zdobyte na „XI Ogólnopolskich Letnich Igrzyskach Olimpiad Specjalnych” w Katowicach w lekkoatletyce oraz złoty medal Ilony w skoku w dal uzyskany w czasie wspaniałych i niezapomnianych zawodów jakimi były w 2015 roku
„XIV Światowe Letnie Igrzyska Olimpiad Specjalnych” w Los Angeles! Oczywiście również mnóstwo miejsc medalowych w ciągu tych 17 lat mojej pracy w szkole, zdobyła też cała rzesza moich podopiecznych, którzy nie są w klubie „Huragan Brzezie”, a z którymi mam ogromną przyjemność pracować na co dzień! Wielokrotnie przywoziliśmy worki medali z niezliczonych zawodów obejmujących wiele konkurencji i dyscyplin sportowych od lekkoatletyki, po pływanie, gry zespołowe, kręgle, podnoszenie ciężarów, itd. To były zawody różnej rangi: od regionalnych po wojewódzkie i mistrzostwa Polski. Ze wszystkich sukcesów moich uczniów jestem ogromnie dumny i bardzo im gratuluję. Wiem, ile ich to kosztowało pracy i przełamywania własnych słabości. Wiem też, że w ten sposób kształtowali własny charakter, który bez wątpienia przyda im się później w dorosłym życiu!

mayer

Zobacz też:

Borelioza go znokautowała. Wstać pomogli triathloniści

Z jakimi reakcjami wśród uczniów oraz podopiecznych spotykasz się, kiedy dowiadują się o Twojej przygodzie z triathlonem?
Jako nauczyciel wychowania fizycznego, swoim przykładem jako sportowiec, zachęcam i daję motywację moim uczniom. Myślę, że dobry nauczyciel wychowania fizycznego jak sama nazwa mówi, wychowuje przez sport, czyli ruch daje sprawność i zdrowie, a kontakt z innym zawodnikiem, rywalizacja w oparciu o zasady i ideę fair play i dbanie o zdrowie budują młodego człowieka jako osobę świadomą, odpowiedzialną za swoje zdrowie i innych. Oczywiście ze względu na rodzaje niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej nie jest to takie proste, ale nie zmienia to faktu, że własnym przykładem powinno się na miarę możliwości być wzorem. Przydomek „pan wuefman” i „pan gimnastyk” nadane mi przez uczniów, przylgnęły do mnie na stałe… (uśmiech)

Jakie możliwości uczniom daje obecna technologia?
W dobie mediów społecznościowych dostęp do zdjęć i wywiadów daje duże możliwości. Jednak to, co młody człowiek zobaczy, usłyszy, dotknie i poczuje bezpośrednio poprzez własne doświadczenie, zostaje mu często na całe życie. Dlatego dobrze wiem, że kiedy kilkukrotnie przygotowałem moim uczniom prezentacje z możliwością bezpośredniego zobaczenia sprzętu potrzebnego do triathlonu, oglądnięcia zdjęć sportowych popartych komentarzem i zadawaniem pytań, zbudowałem w nich pozytywny obraz siebie jako sportowca i człowieka wiarygodnego, który rozbudza w nich chęć ruchu i potrzebę dbania o własne zdrowie.

Czy namawiałeś kogoś z nich do spróbowania sił w tym sporcie?
Triathlon jest wymagającą dyscypliną, w której przeplatają się i uzupełniają trzy konkurencje oraz jest niestety kosztowny… Raczej może bezpośrednio nie namawiałem uczniów do wzięcia udziału w triathlonie. Bardziej zachęcałem spróbowania sił w którejś ze składowych konkurencji triathlonu. Miałem ucznia,  który zdobywał medale w pływaniu i wielu medalistów w biegach. Obecnie nadal trenuję Mateusza, jednego z moich uczniów, który już jako dorosły człowiek i absolwent mojej szkoły bierze udział w biegach ulicznych i przełajowych, odnosząc spore sukcesy. Z kolarstwem jest trochę trudniej głównie ze względu na umiejętności jazdy po drogach i bezpieczeństwo. Uczniowie w mojej szkole są też z całego powiatu Gostyńskiego i trochę to komplikuje wspólne treningi rowerowe. Oczywiście nie wykluczam, że być może jeżeli zaszła by tak potrzeba i chęć oraz możliwości trenowania kogoś z moich uczniów w triathlonie, podjąłbym tę pracę. To jest  dyscyplina niezmiernie fascynująca i wszechstronnie rozwijająca ciało i ducha!

Trenowałeś też syna kuzyna pod kątem triathlonu. Z jakim efektem?
Tak, Karol był pod moim okiem jako młodzik. Nie nazwałbym tego może jakimś wielkim trenowaniem, bo ze względu na młody wiek chciałem bardziej zaszczepić w nim miłość do sportu. Pokazałem mu jedną z opcji, jaką jest triathlon, niż „zajechać”, skupiając się tylko na wysiłku fizycznym i zawodach. Uważam, że mądre prowadzenie zawodników może im zapewnić sukcesy w elicie, a złe „wypala” i najczęściej kończy się to przetrenowaniem, zniechęceniem, czy kontuzją. Miłość do sportu i dbania
o własne zdrowie powinny zostać na całe życie. Jak się okazało, mój wychowanek ma smykałkę i talent do triathlonu. Wspólne treningi triathlonowe z nastawieniem na technikę i budowanie poszczególnych cech motorycznych w oparciu o potrzebę ruchu pokazały mu magię triathlonu i zaszczepiły w nim nawyk świadomego rozwoju i chęci bycia coraz lepszym. Kiedy zaczął odnosić pierwsze sukcesy,  postanowiliśmy pójść krok dalej. Karol świetnie wypadł w testach Talent ID i zainteresował się nim klub UAM Triathlon Poznań. Uważam, że rozwój sportowy jest m.in. ciągłym  doskonaleniem, a klub z Poznania dał mu taką możliwość. W niedługim czasie Karol został powołany do kadry Wielkopolski, a obecnie jest zawodnikiem Kadry Polski z wieloma sukcesami sportowymi.

mayer

Czytaj także:

Michał Lisieński: Moja żona chciałaby pojechać na Kone

Jakimi?
Z najważniejszych należałoby wymienić trzecie miejsce na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży w sportach letnich w kategorii junior młodszy i pierwsze miejsce w tej samej kategorii w Pucharze Polski. Oczywiście oba sukcesy odniósł w triathlonie. Drugie kółka olimpijskie są już na koncie Karola, a czas pokaże, jak daleko zajdzie… Jesteśmy w dobrym kontakcie. Często wspólnie trenujemy i wymieniamy się doświadczeniami. Życzę mu wielu sukcesów, spełniania marzeń sportowych i sięgania po najwyższe laury oraz wszelkiej pomyślności w życiu!

Jesteś związany ze sportem od najmłodszych lat. Które dyscypliny należały do ulubionych?
To prawda, odkąd tylko pamiętam, byłem w ruchu. Początkowo oczywiście był to typowy „spontan”, biegi, wspinaczka, rower, ale to jest chyba podstawa u młodego człowieka. Byłem lekki, szybki i zwinny. Pamiętam, że w szkole zawsze nieźle szło mi z gimnastyki i na wszelkich ćwiczeniach wymagających sprawności wszechstronnej typu tory przeszkód, ćwiczenia na drążku, drabinkach (nie było drzewa na które bym nie wszedł), itp. Nieźle też szło mi w lekkoatletyce, szczególnie w biegach na 60 i 100m oraz skoku w dal. Jednak nie przepadałem za grami zespołowymi. Być może ze względu na wadę wzroku… Później pojawiło się zamiłowanie do sportów siłowych. Może obecnie (śmiech) nie widać tego po mnie, ale swego czasu, jakoś końcówka szkoły podstawowej, liceum i pierwsze lata studiów na AWF-ie to było budowanie muskularnej sylwetki. Głównym powodem takiego wyboru była moja wątła budowa ciała spowodowana wieloma chorobami z dzieciństwa. Po prostu chciałem siebie zbudować na nowo. Udało się to całkiem nieźle . Drugą dyscypliną, choć może jednak pierwszą, bo odkąd pamiętam było kolarstwo, które zawsze mi towarzyszyło. Początkowo była to jazda rowerem głównie dla przyjemności, dla poczucia wolności, wiatru we włosach i samo decyzyjności jeżeli chodzi o prędkość, czas i ilość przejechanych kilometrów. Stara kolarka ojca – „Huragan” towarzyszyła mi w każdej wolnej chwili.

Który ze sportów stał się potem źródłem rozwoju sportowego?
Właśnie kolarstwo stało się dyscyplina sportową, która jest, przynajmniej tak mi się wydaje, obecnie moją najmocniejszą konkurencją. Choć w triathlonie trzeba być wszechstronnym i pracować nad każdą konkurencją równomiernie, a szczególnie najsłabszym ogniwem, a w moim przypadku pływaniem.

Byłeś prezesem Gostyńskiego Klubu Kolarskiego GKR Cyklista”. Co należało do Twoich obowiązków?
Tak, to był ciekawy czas. Głównie ze względu na możliwość poznania wielu ludzi, mających podobne zamiłowanie do dwóch kółek, których bardzo pozdrawiam! Myślę, że dodatkowo podniosłem własne kompetencje kierownicze i organizacyjne, które też w pewien sposób wykorzystuję w pracy w szkole, jako trener i człowiek pracujący z ludźmi. Głównym założeniem statutowym klubu było rozpowszechnianie i organizacja turystyki rowerowej, wspieranie i zabieganie o rozwój infrastruktury rowerowej i ogólnie rozpowszechnianie roweru jako zdrowego sposobu na życie.

Jak wspominasz ten epizod w sportowym życiu?
Sport początkowo nie był głównym elementem w funkcjonowaniu klubu „GKR”. Jednak mnie i paru jeszcze kolegów z klubu mocno ciągnęło w tę stronę. Dlatego z biegiem czasu to właśnie wyścigi kolarskie zdominowały formę działalności „GKR-u”. Był to bardzo ciekawy i wzbogacający mnie czas nie tylko sportowo, ale też głównie za sprawą ludzi, którzy byli
w klubie. Kontakty i znajomości pozostały do dziś.

Później założyłeś nieformalną grupę kolarską “Chod-Dróg MTB Team” i “Chod-Dróg TRI Team” (nazwa od firmy, która was wspierała). Skąd pomysł na taką działalność?
Kiedy pojawiła się możliwość dalszego rozwoju sportowego i chęć wsparcia ze strony lokalnego przedsiębiorcy postanowiłem odejść z „GKR-u”. Wspólnie z bratem Michałem, którego też trenowałem, ale w kolarstwie górskim i kolegą Marcinem, założyliśmy coś własnego. Tak powstały, co prawda nieformalne kluby – „Chod-Dróg MTB Team” i „ Chod-Dróg TRI Team”. Ich nazwy nawiązywały właśnie do nazwy firmy, która nas zaczęła wspierać. Pierwsza nazwa odnosiła się do wyścigów kolarstwa górskiego. Drugą nazwę nasza grupa przyjęła, kiedy w 2013 roku zaczęliśmy przygodę z triathlonem. Obecnie od 2020 roku  zamierzałem wznowić starty w nowym klubie, w którym trenuję i z którego barwami się utożsamiam – „CITYZEN_ Poznań”. Natomiast „Gostyński Klub Rowerowy GKR” funkcjonuje do dziś i pod prezesowaniem kolegi Radosława, którego serdecznie pozdrawiam. Ma się bardzo dobrze!

mayer

Zajrzyj do:

Natalia Bihun: Triathlon motywacją do ciągłej poprawy

Jak dalej przebiegała Twoja sportowa przygoda?
Jako nastolatek chodziłem na siłownię, ale kolarstwo było też nieodłącznym elementem mojego życia. W wieku 17 lat zacząłem trenować amatorsko kolarstwo górskie, głównie za sprawą sukcesów świętej pamięci Marka Galińskiego. W dużym skrócie były to zawody cross cauntry, wyścigi licencjonowane z serii Skoda Grand Prix MTB organizowane przez Czesława Langa. Jednak dla człowieka z nizin umiejętności techniczne i rwane tempo nie do końca mi pasowały. Później pojawiły się w Polsce maratony MTB – Bike Maraton MTB i Maraton MTB i tu na dużo dłuższych trasach, 80-120 km szło mi o wiele lepiej. Uwidaczniały się tu moje predyspozycje wytrzymałościowe. Choć z kolei przeszkadzała mi masa mięśniowa wypracowana na siłowni.

Jak rozwiązałeś ten problem?
Przez kolejne lata pracowałem nad swoim ciałem tym razem w stronę wyżyłowanej sylwetki długodystansowca. W ten sposób z kulturysty ewaluowałem ostatecznie w późniejszym czasie do triathlonisty. Pewnie gdybym miał trenera i od początku zajął się konkretnie daną dyscypliną sportową, uzyskałbym może o wiele większe sukcesy i dalej zaszedłbym sportowo.  Jako samouk, musiałem do wszystkiego dochodzić sam, uczyć się na błędach. To trwało  dużo czasu. Z perspektywy czasu chyba jednak nie żałuje tamtych lat. Bo dały mi możliwość spróbowania się w kilku dyscyplinach sportowych, ale przede wszystkim wzbogaciły moją wiedzę. W pewien sposób zbudowały mnie takim, jakim jestem teraz człowiekiem, sportowcem, trenerem. Cieszę się, że moją wiedzę mogę przekazywać innym.

Kiedy pierwszy raz usłyszałeś o triathlonie?
Chyba to było na studiach AWF. Zresztą tam też wystartowałem po raz pierwszy w triathlonie podczas obozu sportowego. Jeśli się nie mylę miałem 21 lat. Zająłem trzecie miejsce wśród całego rocznika, bo chyba stosunkowo było mało roweru (śmiech). Wtedy głównie ścigałem się w zawodach MTB. Pływałem mocno siłowo. To były takie pozostałości po siłowni, a biegi na długich dystansach dopiero za sprawą mojego serdecznego przyjaciela Łukasza, zacząłem uprawiać też na studiach. Więc jak na przyszłego triathlonistę jeszcze nie zapowiadałem się zbytnio.

Jednak tamten debiut nie przerodził się od razu w regularne starty tylko dopiero w 2013 roku. Dlaczego?
To prawda. Nie przerodził się, choć od startu na obozie triathlon chyba „zakiełkował” we mnie.  Wówczas pływałem ciężko i słabo technicznie. Teraz też to jest nadal moja najsłabsza konkurencja, choć uwzględniając późne lata nauki tej dyscypliny idzie już mi dużo lepiej. Bieganie było głównie dodatkiem w przygotowaniu do zawodów MTB. Więc dominował rower i to on był w tamtym czasie na piedestale sportowym. Czas leciał. Zawody się zmieniały i pojawiało się więcej zawodów triathlonowych. Być może ktoś powie, że poszedłem za modą i nowym trendem masowym.

Tak było?
Uważam, że chyba taka była kolej rzeczy. Kiedy zacząłem lepiej pływać i biegać, a ziarno, które we mnie zakiełkowało puściło pędy, przypomniałem sobie, jak bardzo podobał mnie się triathlon na obozie sportowym i postanowiłem spróbować. Lubiłem zawsze wyzwania, im trudniejsze i wymagające, tym bardziej mi odpowiadały. Triathlon był idealny!

Dlaczego?
Wymagał wszechstronnego przygotowania. Jest połączeniem trzech dyscyplin i do tego był wymagający dystans jak na pierwszy raz, czyli ½ IRONMANA. Dodatkowo zawody odbyły się w Poznaniu blisko mojego rodzinnego Gostynia i były organizowane na Malcie. Więc było idealnie. Po obejrzeniu kilku filmów o triathlonie i przygotowaniach decyzja zapadła! No i tak się to zaczęło.

Jak się zmieniły zawody, porównując debiut ze studenckich czasów, a powrót do triathlonu?
Sama dyscyplina nadal przyciągała jak magnez. Triathlon na obozie był dla mnie pionierski.  Stanowił nowe doświadczenie. Był dużą niewiadomą, jak mi pójdzie. Okazało się, że było  całkiem nieźle. No i był można powiedzieć lokalny. Wzięli w nim udział tylko uczestnicy obozu, bez oprawy medialnej, kibiców itp. Ten w 2013 roku z serii Enea TRI Tour był już na wypasie. Kibice, setki zawodników, media, oprawa. Ten obozowy triathlon miał swoja magię szczególnie, że był pierwszy. Ten w Poznaniu był na dużo dłuższym dystansie i chyba tak naprawdę w tamtym momencie miało to największe znaczenie. Chciałem się po prostu sprawdzić i poczuć to coś, spełnienie z ukończenia. Wynik i czas był ważny, ale był też dużą niewiadomą. Od tamtego startu czas poprawiłem w przeciągu czterech lat o ponad 37 minut, czyli 4:35:34. Dodam, że było to w Gdyni, gdzie samo pływanie w morzu, pofałdowana trasa rowerowa i bieg po rozgrzanym mieście były większym wyzwaniem niż, np. start w Poznaniu. Z samego udziału byłem bardzo zadowolony, bo zaledwie kilka minut zabrakło mi do zdobycia slota i kwalifikacji na MŚ w ½ IRONMANA w RPA… Tak naprawdę, nawet mógłbym zdobyć tego slota w czasie rozdania, bo kilku zawodników przede mną zrezygnowało z jego odebraniem. Jednak w tym przypadku zadecydowały finanse. Koszty podróży, pobytu i startu zaważyły nad decyzją.

Przez całą przygodę ze sportem samodzielnie układałeś sobie treningi, bazując na wiedzy zdobytej na AWF. Dlaczego zdecydowałeś się na podjęcie współpracy z Bogumiłem Głuszkowskim?
Nigdy nie miałem trenera. Byłem zawsze samoukiem. Dlatego może długo do wszystkiego dochodziłem, choć ze świadomością, że dokonałem tego sam. Tym razem cel i dystans, jaki sobie obrałem, planując start na pełnym dystansie IRONMANA oraz ranga zawodów, jakimi były mistrzostwa Europy serii Challenge Family moim zdaniem tego wymagały. Słynę z tego, że jak już coś robię, to chcę zrobić to dobrze lub wcale. Miałem tak zawsze, nie tylko w sporcie. Dlatego uznałem, że przyszedł czas na pomoc trenerską. Wiek 36 lat też w pewien sposób mnie motywował do zrobienia tego z głową. Pamiętam pierwsze spotkanie z Trenerem Bogumiłem.

Jak przebiegało?
Od razu zauważył, nad czym muszę popracować. Nie była to motywacja, systematyczność, czy siła i wytrzymałość, bo tego mi nie brakowało. Był to upór i robienie czegoś za wszelką cenę. Byłem po prostu spięty. Tak i to nie samym spotkaniem z „Bodo”, który był dla mnie wzorem świetnego sportowca i trenera, ale po prostu pozostałości siłowni i wysoka pobudliwość układu nerwowego mocno mnie ograniczały. Z tego nawet chyba nie do końca zdawałem sobie sprawy, a trener wychwycił to od razu. Teraz joga, medytacja i stretching są stałym elementem moich przygotowań. Wtedy miałem pół roku do startu. Więc wcale nie tak dużo.

Jakie były efekty tej współpracy m.in.: na debiucie na pełnym Ironmanie w 2016 roku?
Myślę, że efekt nawet mnie przerósł, szczególnie jak na pierwszy raz! Za to bardzo dziękuję Trenerowi! Większość znajomych zawodników, oczywiście amatorów, którzy byli już po debiucie na pełnym dystansie, mówili mi, że debiutancki czas na tym dystansie to około 12 godzin i będzie to dobry wynik. Mój uzyskany czas w czasie tak mocno obsadzonych zawodów i wielu zawodników wyniósł 9:56:47. Od tego czasu stawałem też kilka razy na najwyższym stopniu podium w kategorii wiekowej na różnych dystansach.  Z ciekawych startów muszę też wymienić start m. in. w Krakowie w triathlonie w odmianie terenowej – XTERRA Poland,
w Super League Triathlon oraz górskim ekstremalnym triathlonie Karkonoskim – Karkonoszman, w którym meta mieściła się na Śnieżce. Zakwalifikowałem się też na MŚ w kolarstwie szosowym UCI Gran Fondo World Series!

mayer

Przeczytaj też:

Marek Markowski w piekle złamał pięć godzin

Czy uzyskany wówczas wynik to był Twój maks?
Teraz wiem, że to nie były prawdopodobnie moje maksymalne możliwości Myślę, że wynik miedzy 9, a 9:30 godziny jest całkiem realny do uzyskania mimo, że lata lecą (śmiech). Wtedy wyglądało to następująco. Etap pływacki 3800 metrów popłynąłem swoim tempem bez szarżowania – 1:53 min/100 m. Etap kolarski 180 kilometrów pojechałem trochę zachowawczo ze średnią nieco powyżej 36 km/h, nie wiedząc, jak będę się czuł na maratonie. No, a 42,195 km biegu maratońskiego pokonałem zgodnie z planem, co bufet maszerowałem kilkanaście metrów, czyli co około pięć kilometrów. Czas, jaki uzyskałem na etapie biegowym to 3:48:49.

W tym sezonie na 40-te urodziny miałeś ambitne plany. Jakie?
Chciałem wrócić po rocznej przerwie, trochę wymuszonej finansami oraz lekkim zmęczeniem „materiału”. Wszystko układało się dobrze. Wznowiłem jesienią treningi w Cityzenie pod okiem trenera Bogumiła. W styczniu uczestniczyłem w obozie narciarstwa biegowego w Jakuszycach i ogólnie wszystko dobrze się układało. W tym roku z powodu ograniczeń finansowych i braku roweru triathlonowego chciałem skupić się głównie nad poprawą pływania i biegu, gdzie jeszcze najwięcej mogę zyskać. Chodził mi po głowie jesienny maraton, no a ze startów stricte TRI chciałem ścigać się na krótszych dystansach głównie z draftingiem, bo na rowerze szosowym. Na powrót, przygotowania i starty gdzieś tam niestety wpływ mają finanse. Więc tu też myślałem nad poszukaniem jakiegoś wsparcia, bo zakończyła się współpraca z poprzednim sponsorem. Do ścigania się, nawet jak na amatora, ale na wysokim poziomie, potrzebne jest zaplecze finansowe i nowy rower triathlonowy. Moim głównym celem jest powrót do wyścigów na dystansie 1/2IM, na takim poziomie, by w kategorii M40 uzyskiwać czasy w przedziale 4 – 4:30 godz. i start na Mistrzostwach Polski. Byłby to też dla mnie wyznacznik możliwości powrotu do pełnego dystansu i powalczenie o marzenia…

Jak ze względu na obecną sytuację musiałeś zmienić plany startowe?
Plany zmieniły się diametralnie. Właściwie startowo to chyba już ich nie ma w tym roku, może coś będzie na jesień. Jednak trzymam się planu bycia tu i teraz, uczenia się cierpliwości i doskonalenia siebie, by stać się lepszą wersją samego siebie. Bo wierzę, że cel to marzenie z datą realizacji. Dlatego skupiam się na doskonaleniu swojego ciała, głównie ćwicząc technikę, stabilizację, gibkość, koordynacje. Stosuję sesje jogi i medytacji. To jest dobry czas na to. Nie mamy większego wpływu na obecną sytuację związaną z epidemią i tylko nasze nastawienie i wytrwałość oraz miłość do triathlonu może nam pomóc jako sportowcom to przetrwać i doczekać lepszych czasów.

Twoim celem oraz marzeniem jest start na Hawajach. W jakiej perspektywie czasowej chciałbyś to zrealizować?
Tak, to marzenie jest chyba dla wielu tzw. wisienka na torcie. Obecnie to jest dość trudno stwierdzić, kiedy będę miał taką możliwość to zrealizować. Jest wiele czynników mogących mieć na to wpływ. Oczywiście wierzę, że jest to możliwe. Przykładem jest mój trener – Bogumił Głuszkowski, który trzykrotnie startował na Konie. W pierwszej kolejności musiałbym mieć odpowiednie zaplecze finansowe, a z własnej kieszeni będzie ciężko. Więc pozostaje  sponsoring… Wiem, ktoś powie, że wiek i że już pewnie nie zwojuje cudów.

Zgadzasz się z tym?  
Nie, bo wiem, na ile mnie stać, a marzenia są po to, by je spełniać! No i na Hawajach startują dużo starsi, a wiek to tylko cyferki. Liczy się coś więcej. Drugą przeszkodą to wiadomo – wirus i różne jego następstwa. Niemniej nie poddaję się i czas pokaże, jak to będzie. Wiem, że mogę liczyć na wsparcie rodziny, przyjaciół, trenera no i oczywiście ukochanej żony Ewki, która jest dla mnie ogromnym wsparciem i być może nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz w życiu! Za co bardzo dziękuję i proszę o jeszcze! To bardzo ważne, by wiedzieć, że ma się osoby przy sobie, które w nas wierzą, to dodaję sił! Dlatego jak los pozwoli i zdrowie, będę dążył do celu! Jak mówi mój trener, w sporcie trzeba mieć żelazne ciało, gorące serce i zimną głowę. Na zakończenie składam też ogromne podziękowania, wszystkim ludziom, których spotkałem na swojej sportowej drodze i którzy pomogli lub nadal mi pomagają piąć się po najwyższe laury! Dziękuję za to, że nadal mogę liczyć na pomoc i wsparcie: OSiR Gostyń, Olimpic-Sport Sklep sportowy Gostyń, Enervit Polska, Gabinet Masażu – Damian Nowacki Gostyń. A w sporcie kieruję się mottem IRONMAN: Anything Is Possible!

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Tagi
Pokaż więcej

Powiązane artykuły

1 komentarz

  1. Dziękuję bardzo TriathlonLife – największemu portalowi o triathlonie w Polsce za propozycję i chęć przeprowadzenia ze mną wywiadu oraz zamieszczenie go na swojej stronie!🤝👊😎🤙
    #BE3Cityzen
    #TRIGostyń
    #Gostyń
    #OSiRGostyń
    #OlimpicSport
    #Enervit
    #TriathlonLife
    Zapraszam też do krótkiej foteralcji, a zainteresowanych wsparciem w moich marzeniach do kontaktu…🏊🚴🏃🔥😉🤙
    https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1487472801414543&id=100004555122198

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close