Rozmowa

Borelioza go znokautowała. Wstać pomogli triathloniści

Marcin Jasoń wkręcił się w triathlon. Przygodę przerwała borelioza. Kiedy leżał załamany w łóżku z pomocą przyszli najbliżsi i triathloniści. Wygrał. Zdobył nawet brązowy medal MP kategorii wiekowej w jiu-jitsu. 

Określasz się człowiekiem o wielu zainteresowaniach. Co do nich należy?
Dużo można wymieniać. Lubię uprawiać sport szeroko pojęty, czyli piłkę nożną, triathlon, sporty walki, ale też nie potrafię odmówić sobie wszelkich dziwnych konkurencji jak np. wyścigi smoczych łodzi. Kiedyś byłem ostro wkręcony w ASG. Lubię teraz przeprowadzać wywiady z ciekawymi ludźmi, potem to wszystko montować i wrzucać na YT. Ostatnio to odpuściłem z powodu braku czasu, ale na pewno do tego wrócę po pandemii. Do tego dochodzą gry planszowe, książki czy filmy. Poza tym lubię włączać się w różne akcje i ogólnie pomagać. Tego jest naprawdę sporo. Mógłbym wymieniać jeszcze długo, dlatego też narzekam, że doba jest zdecydowanie za krótka.

Jakie miejsce w tej całej hierarchii pełni triathlon?
Ciężko mi to określić. W latach 2015 i 2016 był zdecydowanie na pierwszym miejscu i panował nad wszystkim. Potem spadł na sam koniec listy. Gdybym miał odpowiedzieć konkretnie, to w moim kręgu zainteresowań jest na pewno w TOP3. Zdecydowanie przeanalizowałem priorytety. Wiem, że na razie, nie wkręcę sobie żadnego sportu na tyle, by był ważniejszy od rodziny, a w pewnym momencie tak było z triathlonem. Cały dom podporządkowany był pod moje treningi. Z perspektywy czasu wiem, że to był wielki błąd, bo byłem, jestem i będę tylko triathlonowym amatorem bez szans na wielkie sukcesy. Dzieci podrosną i wtedy to będzie dobry moment, żeby bić się o jakiekolwiek wyniki, życiówki, czy dalsze dystanse. Zamierzam jeszcze bardzo długo uprawiać sport.

W jakich okolicznościach zainteresowałeś się tym sportem?
O triathlonie już dawno słyszałem. Jednak to była czysta abstrakcja i sfera marzeń dla mnie. Ludzie z żelaza, na tyle nienormalni, że łączyli trzy dyscypliny w jedną. Z podziwem oglądałem filmy z Kona, to było coś niesamowitego. W 2014 roku miałem wycinany wyrostek i musiałem ograniczyć wszystkie aktywności. Więc z ciekawością pojechałem obejrzeć triathlon odbywający się w Pile. Wówczas to była impreza Tour de Tri. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie – zarówno pod kątem organizacyjnym oraz sportowym. Istna petarda! Dla osoby znudzonej bieganiem, to było jak motyle w brzuchu.

jasoń

Zobacz też:

Chce być pierwszym Polakiem, który zamiesza

Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia i od razu chciałeś zadebiutować?
Zdecydowanie! Kiedy zobaczyłem pralkę w wodzie, to uderzyła we mnie taka fala adrenaliny, że byłem gotowy tam wskoczyć i brać w tym udział nawet w tamtym momencie. Gdy wróciłem do domu, od razu powiedziałem, gdzie byłem, co widziałem i co zrobię za rok, czyli wystartuję w triathlonie.

I tak było. Czego obawiałeś się w trakcie przygotowań do upragnionego debiutu?
Wody, bo nie potrafiłem totalnie pływać. Bałem się wchodzić do jeziora dalej niż do pasa. Umocniłem się w tym przekonaniu, gdy w basenie szedłem na dno niczym kamień, to była ostra jazda. Miałem też częste wątpliwości, czy utrzymam się w reżimie treningowym, bo było tego dużo, a różnie sytuacja wyglądała z moją konsekwencją treningową.

Jakie było Twoje dokładnie podejście do treningów?
Ok, nie będę ściemniał. Moje podejście do treningu było sinusoidą. Po prostu urodziłem się taki, że lubiłem sobie odpuszczać po osiągnięciu jakiegoś założonego celu. Rozmawiałem ze znajomym właśnie o moich wątpliwościach co do treningu. Wtedy kolega zaproponował mi założenie profilu na FB. Średnio przypadło mi to do gustu, ale rzucił argumentem, który zbił moje – „stary, pomyśl, jaki to będzie wstyd, kiedy będziesz pisał, że startujesz, a nie wystartujesz, bo odpuścisz”.

Przekonał Cię tymi słowami?
Tak, jestem też zwolennikiem hasła „jak chcesz osiągnąć cel, to go ogłoś”. Więc to się logicznie złożyło w całość. No i tak jakoś poszło. Wtedy w 2014 roku takich profili było raczej niewiele. Dzisiejsi giganci Facebooka mieli małe zasięgi. Od kilkuset do chyba 3000 lajków. To były inne czasy. Pamiętam, że szedłem łeb w łeb z jednym z dzisiejszych liderów. Tak czy inaczej to właśnie profil na FB bardzo motywował mnie do przygotowań. Poznałem wiele świetnych osób. Otrzymałem wiele słów otuchy, motywacji i dobrych rad. To było dla mnie bardzo ważne, bo lubię, jak ktoś mnie pcha do przodu, a takim motorem napędowym byli wtedy na pewno ludzie, którzy śledzili moje poczynania. Do tego doszła ekipa z Bydgoszcz Triathlon, gdzieś mnie zauważyła i dostawałem zawsze od nich zaproszenie do startu. Chociaż przecież aktualnie nie jestem cenny pod kątem marketingowym. Głupio by było z tego nie skorzystać i zmarnować tak wyciągniętą rękę. Więc staram się zawsze przygotować,  chociażby na Bydgoszcz, bo ci ludzie są naprawdę fachowcami w tym, co robią. Nie dziwię się, że tak szybko zawojowali polski rynek triathlonowy.

jasoń

Czytaj także:

Ewa Komander pływa w ogrodowym basenie

No i dochodzimy do Twojego debiutu w 2015 roku. Jakie wówczas miałeś przeżycia?
Tak, zadebiutowałem w Charzykowym na dystansie 1/8IM. To było kosmiczne uczucie. Dużo przygotowań, adrenalina, świetny wyjazd w piękne miejsce, do którego wracamy do dziś, nawet prywatnie, a nie sportowo. Bardzo podobał mi się klimat, dużo piątek, żadnej zawiści wśród startujących. Sporo śmiechu dzień wcześniej przy wstawianiu roweru do strefy zmian. Stres towarzyszył od rana, kiedy kilka godzin dzieliło nas wszystkich od wystrzału i rozpoczęcia pływania.

Atmosfera zawodów zrobiła na Tobie wielkie wrażenie. Jak było z samym wyścigiem?
Woda poszła ok, rower też całkiem nieźle. Pamiętam, jak po drugiej zmianie wybiegłem ze strefy i krzyknąłem do kumpla, że w końcu zacznę robić swoje. Szkoda, że ta pewność skończyła się po pierwszym kilometrze, w momencie, gdy zaczęły chwytać mnie olbrzymie skurcze łydek. Dosłownie wmurowało mnie w podłoże. Ledwo biegłem, a potem mogłem już tylko iść. Spaliłem wszystko na rowerze i nie zostawiłem sobie niczego na trzecią konkurencję. Trzeba było zapłacić frycowe. Pod koniec biegu puściło i mogłem wbiec na metę, a tam czułem naprawdę olbrzymią radość, że dałem radę i te wszystkie treningi były tego warte. Miałem też poczucie, że ja, chłopak, który kilka miesięcy wcześniej nie potrafił pływać, udowodnił, że jak się chce, to naprawdę można wejść w świat triathlonu. To nie jest jakieś elitarne grono, jak może się wydawać komuś, kto ze sportem ma mało wspólnego. Jeśli chodzi o treningi, to pewnie nie jestem jakimś dobrym przykładem do naśladowania, ale wiem, że udało mnie się tym wszystkim zarazić triathlonem kilka osób. To uważam za wielki sukces.

Co było dalej po debiucie?
Dalej były jeszcze mocniejsze, już dobrze rozpisane treningi, dieta, zrzucanie wagi i podporządkowanie wszystkiego pod triathlon. W tym miejscu pozdrawiam serdecznie Weronikę Rybińską, która bardzo mi pomagała w tych tematach. Wszystko dobrze się układało. Wtedy miałem ambitne plany i z wielką nadzieją wchodziłem w sezon 2016. To miał być rok, w którym pokonam kolejny etap, i zacznę startować w dystansach ¼, dodatkowo w planach była połówka w Chodzieży. Nie wyszło.

Właśnie, w pewnym momencie musiałeś zmierzyć się z innym przeciwnikiem – boreliozą. Jak przebiegała walka z tą chorobą?
To był szok, bo tak naprawdę z dnia na dzień ścięło mnie dosłownie z nóg. To był cios. To  odbiło się na całym dotychczasowym życiu – rodzinnym, zawodowym, sportowym i społecznym. Borelioza to straszna choroba z dwóch powodów. Jej następstwa potrafią być okrutne dla człowieka. Nie miałem siły, by wstać z łóżka i normalnie funkcjonować. Jeszcze  kilka tygodni temu potrafiłem robić mocne treningi, teraz nie miałem sił i chęci, by iść do kuchni, czy na zakupy. Do tego dochodził straszny ból karku, stawów i mięśni, którego nie pokonywały popularne środki przeciwbólowe. Po drodze dołączyła frustracja całą sytuacją, siedzenie w domu i brak jakiejkolwiek poprawy.

Jak wytrzymywałeś tę sytuację psychicznie?
Uważam siebie za osobę mocną psychicznie, ale wtedy naprawdę to wszystko siadło. Tutaj dochodzimy do drugiego czynnika boreliozy, mianowicie – i piszę to z całą odpowiedzialnością, do niewiedzy lekarzy. Dysponowałem w tamtym czasie ubezpieczeniem medycznym. Więc badałem wszystko i wszędzie. Słyszałem mnóstwo diagnoz, dlaczego nie mam sił i wszystko mnie boli. Żadna nie była celna. Chyba bardziej niż sama choroba wkurzało mnie takie niepoważne traktowanie. No bo jak silnemu, postawnemu mężczyźnie nie chce się funkcjonować i łamie go w kościach, to pewnie zmęczenie, depresja albo po prostu udaje. Ostatnim lekarzem na liście był kardiolog, który oczywiście zbadał moje serce wzdłuż i wszerz. Ostatecznie rozłożył ręce, mówiąc  „jest Pan silny jak koń. Nie wiem, co Panu dolega”. Wypisał jeszcze skierowanie na ponowne badania krwi. Dorzucił te pod kątem boreliozy. Bingo.

jasoń

Zajrzyj do:

Mateusz Tylek startował ze złamaną stopą na Hawajach

Jak wtedy potoczyła się cała sytuacja?
Potem już ruszyło z kopyta leczenie. Zaliczyłem kilka pobytów w szpitalu, masa antybiotyków. Trwało to bardzo długo, ale myślę, że to miało jakiś głębszy sens. Zwolniłem w życiu. Zacząłem cieszyć się z małych rzeczy. Ostatecznie udało mi się wrócić do zdrowia i sportu. Jednak jestem duchowo mocniejszy i mądrzejszy życiowo. Mogę wszystko, ale już niczego nie muszę. Przed chorobą nie potrafiłem tego tak rozdzielić. Wszystko traktowałem zero jedynkowo. Wracając do lekarzy, to nikt nawet nie wypowiadał słowa borelioza. Jestem przekonany, że lekarze nie mają wiedzy na ten temat, standardowa gadka, jak znalazłeś kleszcza i nie było rumienia, to nie ma zagrożenia boreliozą. W moim przypadku nie wystąpił rumień. Nawet nie zauważyłem kleszcza. Później, już na oddziale zakaźnym dowiedziałem się, że trafia tam mnóstwo ludzi, którzy według innych lekarzy byli zdrowi. Bo jedni mogą mieć 100 kleszczy rocznie bez boreliozy, a ktoś może mieć jednego w życiu i akurat zakażonego. Szkoda, że nie mam takiego szczęścia w lotto.

Jak to odbiło się na triathlonie?
Kiedy jeszcze nie wiedziałem, że to borelioza, tłumaczyłem sobie zły stan zdrowia właśnie triathlonem, że to było dla mnie za dużo. W głowie pojawiała się myśl, że może nie nadaję się do tego. To dokładnie wtedy triathlon spadł na sam koniec listy moich priorytetów. Nawet w pewnym momencie wyparłem go tak mocno, że miałem ochotę sprzedać cały sprzęt po kosztach, żeby tylko nie było go w domu. Gdy już czułem się trochę lepiej, spotkałem przypadkiem mojego kolegę, którego kiedyś poznałem na treningach MMA. Zachęcił mnie, by wrócić do treningów parterowych. To było jakieś urozmaicenie, które pozwalało mi zapomnieć o całej nieszczęsnej historii zdrowotnej. Od triathlonu po prostu musiałem odpocząć.

Czułeś się zmęczony triathlonem?
Miałem blokadę, żeby do niego wracać. Myśl o pływaniu skutecznie mnie odstraszała. Z drugiej strony  podczas choroby od środowiska triathlonowego dostałem bardzo duże wsparcie, które motywowało mnie do szybkiego powrotu do zdrowia. W pewnym momencie zaczęły do mnie pisać prawdziwe gwiazdy, np. Kacper Adam, Łukasz Grass czy Joanna Jabłczyńska ze słowami otuchy. To było szalone. Nie wiedziałem, co się dzieje. Okazało się, że koleżanka Kasia Borkowska zorganizowała taką akcję. To było bardzo miłe i dało mi dużo sił. Pamiętam też doskonale jeszcze jeden dzień. Nabierałem mocy po szpitalu na wsi u teściów.  Pewnego dnia moja żona stwierdziła, że musimy po coś pojechać do mieszkania w mieście. Wtedy nie byłem jeszcze w najlepszej formie, wychudzony, po urazie głowy widziałem podwójnie. Ogólnie nie było ze mną dobrze. Zaparkowaliśmy przed blokiem, a kilka miejsc od nas stało auto z rejestracją NO i jakimiś naklejkami triathlonowymi. Zaśmiałem się, że oho, jakiś sportowiec do kogoś przyjechał. Weszliśmy do mieszkania. Po kilku minutach do drzwi zapukała moja siostra z… Marcinem Koniecznym. To był niezły szok. Pamiętam, że mnie zamurowało. Potem trochę pogadaliśmy, pośmialiśmy się, to był fajny, ludzki i motywujący gest.

Kiedy powróciłeś do sportów walki?
Pod koniec 2016 roku poszedłem na trening brazylijskiego jiu-jitsu do Macaco Gold Team Samuraj i od tamtego czasu w miarę regularnie trenuję także na macie. Polecam wszystkim BJJ, ponieważ mocno uczy pokory, szacunku. Według mnie to jest sport dla ludzi myślących, bo technika i taktyka jest podstawą. Oczywiście ważna jest także siła fizyczna, ale często myślenie i „zimna głowa” jest górą. Zresztą koledzy, którzy są ode mnie lżejsi często o 20 i więcej kilogramów potrafią poddawać mnie w kilkanaście sekund. Wydolność, technika, spryt i inteligencja, to według mnie klucz w tym sporcie. Nie zawsze mogę trenować tyle, ile bym chciał, bo dzielę to aktualnie właśnie z triathlonem. W ubiegłym roku odstawiłem na bok matę, by w miarę możliwości dobrze przygotować się do startu w Bydgoszczy. Brazylijskie jiu-jitsu to obok triathlonu jedna z moich dwóch sportowych miłości, tylko że ta daje mi więcej sukcesów.

Jak zapamiętałeś wywalczenie brązowego medalu MP w brazylijskim jiu-jitsu w kategorii wiekowej?
Miało to miejsce w Gnieźnie w 2018 roku. To był mój pierwszy wyjazd na zawody sportów walki. Muszę przyznać, że takiego stresu nigdy nie czułem, to wręcz zakrawało o strach. Bo w triathlonie walczy się ze sobą samym, a w brazylijskim jiu-jitsu staje się naprzeciw człowieka, który chce cię jak najszybciej zneutralizować. Wtedy to bardzo na mnie zadziałało. Podczas walki dosłownie mnie paraliżowało. Nie słyszałem podpowiedzi kolegów, dopingu znajomych, całego zgiełku wielkiej imprezy, a te kilka minut walki mijało jak długie godziny. Oczywiście tu także przyszło mi uczyć się na błędach. Mimo że wygrałem walkę w ćwierćfinale, to w półfinale przegrałem z późniejszym Mistrzem Polski. Nie miałem sił, bo całą moc w rękach wykorzystałem w pierwszej walce i momentalnie mnie zakwasiło. Przedramiona miałem twarde jak kamienie. Pamiętam, że wyłapałem przeciwnika za kołnierz i trzymałem się jak tonący brzytwy. Trener krzyczał, by puścić i próbować przeprowadzić jakąś akcję. Kiedy już puściłem, to był koniec dla mnie. Do tego przeciwnik miał sporo krzepy i ostro mnie zdominował. Jednak dla mnie to był wielki sukces, brązowy medal mistrzostw Polski, który został uczciwie wywalczony w debiucie na zawodach. W 2019 roku w Katowicach nie poszło już tak dobrze, bo odpadłem w ćwierćfinale, ale to były moje najlepsze zawody, już z chłodną głową, bez zbędnej ekscytacji. Walka w 1/16 była naprawdę dobra i pod pełną kontrolą. Jestem z tego bardzo zadowolony. Warto było jechać te kilkaset kilometrów właśnie po takie uczucie i dużą naukę. Jestem zodiakalnym lwem, więc taka kontrolowana agresja i adrenalina po prostu mnie kręci.

jasoń

Przeczytaj też:

Wojciech Łachut: Chcę otworzyć klub triathlonowy w Szklarskiej Porębie

Czy zaliczasz ten medal do największych sportowych osiągnięć?
Tak, ponieważ to były mistrzostwa Polski. W żadnym sporcie nie ma w kraju ważniejszej imprezy niż ta. Oczywiście w brazylijskim jiu-jitsu działa to trochę inaczej, bo tam są kategorie pasowe (stopień zaawansowania) + wagowe + wiekowe. Akurat moja kategoria była dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę ze sportami walki. Jednak najważniejsze jest podjęcie wyzwania, przygotowanie się oraz utrzymanie odpowiedniej wagi. W przeciwieństwie do np. MMA ważenie następuje tego samego dnia co zawody. Więc trzeba się mocno pilnować. Mam już swoje lata, życie zawodowe, rodzinne i jestem dumny z tego, że potrafię to połączyć ze sportem na całkiem fajnym poziomie.

Wróćmy do triathlonu. Co uważasz dotychczas za najlepszy wynik w tym sporcie?
Zdecydowanie Bydgoszcz w 2019 roku. Tam pokonałem 1/8 IM w czasie 1:23, ale z powodów prywatnych nie trenowałem tyle, ile powinienem. Dzisiaj wiem, że stać mnie na wiele lepszy rezultat. Jednak jestem też bardzo dumny, że namówiłem kilka osób do startu w triathlonie. Pomogłem się przygotować i mogłem dopingować ich na zawodach, gdzie niektórzy osiągnęli dobre wyniki np.  w debiucie szóste miejsce w kategorii wiekowej w Charzykowach. Agnieszka Szwedowicz, o której mowa, według mnie, gdyby chciała, to spokojnie mogłaby walczyć o miejsca na podium w każdych zawodach, bo jest mega sportowcem z olbrzymimi możliwościami. W Pile jest jeszcze bardzo mocna Ewa Mączyńska, która trenuje z mężem Dominikiem i te dwie Panie mogłyby siać postrach.

Jednak oprócz samego trenowania i startowania, zorganizowałeś Pilski Triathlon Koleżeński. Skąd pomysł na takie zawody?
W 2016 roku z powodów zdrowotnych nie mogłem startować, a byłem tak nakręcony na triathlon, że postanowiłem zorganizować coś u nas w mieście, bo warunki mamy do tego bardzo dobre. Szybka decyzja, no i poszło, ścigaliśmy się w Pile.

Jak przebiegały przygotowania do pierwszej edycji?
Wzorem był dla nas Więcbork, gdzie miałem okazję startować razem z moją żoną. Bardzo nam się podobało. Tak więc skontaktowałem się z Łukaszem Sosnowskim, świetnym triathlonistą, który właśnie był organizatorem koleżeńskich zawodów w Więcborku. Nakreślił, jak on to robił. Wskazówki przełożyliśmy na Piłę i wyszła z tego całkiem fajna, kameralna impreza triathlonowa. Dobre ściganie, świetna, właśnie koleżeńska atmosfera – czego chcieć więcej? Przy okazji zapraszam do obserwowania profilu Łukasza – Road to Taupo – Łuki to świetny sportowiec!

Kto Tobie pomagał w organizacji?
Pomagała mi przede wszystkim moja żona Iwona, która wspierała mnie, jeśli chodzi o triathlon od samego początku. Do tego doszła rodzina i przyjaciele, bez których ten projekt na pewno by nie doszedł do skutku. No i oczywiście sami zawodnicy, ponieważ każdy z nich dorzucił swoją cegiełkę do organizacji. Ktoś przywiózł napoje, owoc, ktoś sałatkę. Inna osoba przywiozła kiełbasy na ognisko i było ekstra.

jasoń

Zobacz także:

Aleksandra Sypniewska – Lewandowska: Jestem trenerem, a nie sportowcem

Jak wypadły same zawody?
Według mnie dobrze oczywiście były potknięcia, ale uważam, że jak na tak szybko zorganizowaną imprezę, to było naprawdę godnie. Na starcie pojawili się nie tylko mieszkańcy Piły. W związku z tym wierzę, że zrobiliśmy naszemu miastu dobrą reklamę.

Planowałeś drugą edycję, lecz na ostatniej prostej nie doszła do skutku. Dlaczego?
Tak, w planach była druga, już większa impreza. W 2017 roku znów pechowo przeszkodziły mi problemy zdrowotne związane z boreliozą. Jednak mieliśmy to sobie odbić rok później. Mieliśmy sponsorów, zabezpieczenie medyczne, opłacony teren, nagrody, gotowe medale i numery. Zawodnicy zarezerwowali sobie termin. Wszystko było dopięte niemal na ostatni guzik, ale w ostatniej chwili Urząd Miasta wypowiedział nam opłacone miejsce przeznaczone na strefę zmian i trzeba było wszystko odwoływać. Tak naprawdę do dzisiaj nie znam powodu, dla którego tak się stało. Nikt z UM nie potrafił mi tego wytłumaczyć. Sprawa została zamieciona pod dywan. Szkoda tylko zawodników, którzy chcieli wystartować i sponsorów, którzy chcieli wesprzeć pilski triathlon. Co najlepsze, 90 procent sponsorów było spoza naszego miasta, bo w Pile triathlon jest sportem niszowym i niemal nikt nie chciał nam pomóc. No ale tak bywa, może 2020 rok to dobry czas, by spróbować to reaktywować. Pojawił się taki pomysł, pomyślimy.

Jesteś ojcem trójki dzieci. Jak udaje się Tobie znaleźć czas na triathlon, biorąc pod uwagę, że jeszcze normalnie pracujesz?
Bywa trudno, bo gdzieś wewnątrz człowiek porównuje się z młodszymi zawodnikami, którzy mają pod tym kątem luz i mogą trenować więcej. Dzieci są jeszcze w takim wieku, że trzeba poświęcać im dużo czasu. Więc automatycznie ma to przełożenie na możliwość treningu, a do tego dochodzi jeszcze brazylijskie jiu jitsu. Staram się wszystko uczciwie dzielić i przyznaję szczerze, że to mocna gimnastyka. Czasami dzień jest za krótki, ale z drugiej strony naprawdę da się to wszystko pogodzić. To jest kwestia organizacji, wsparcia najbliższych i przede wszystkim postawienia sprawy jasno, czyli na razie nie będę ścigał się o jakieś potężne wyniki. Na to przyjdzie czas, gdy dzieci będą wolały spędzać wolny czas z kolegami i koleżankami, niż z rodzicami. Wtedy tata będzie mógł swobodnie pływać, biegać i jeździć na rowerze.  Jednak – broń Boże! – nie narzekam. Moja rodzina jest naprawdę wyrozumiała.

Jak oni Cię wspierają w tej triathlonowej przygodzie?
Przede wszystkim od samego początku są ze mną. Gdy powiedziałem, że chcę wystartować w triathlonie, nie było zdziwienia. Tylko pytali, gdzie jedziemy na pierwsze zawody. Żona cierpliwie znosiła i wciąż znosi moje treningi, diety, wzloty i upadki. Jestem jej za to bardzo wdzięczny i każdemu życzę takiego suportu wśród najbliższych. Cieszę się, że sama wkręciła się w triathlon i startowała. Właśnie jej starty cieszyły mnie bardziej niż moje. To były dla mnie olbrzymie emocje! Byłem i jestem z niej bardzo dumny.

Większości zawodnikom panującą pandemia pokrzyżowała sportowe plany, ale Tobie pomogła. W jaki sposób?
Tak, to prawda, faktycznie mi pomogła. Przez czas pandemii pracowałem w trybie home office. Powiedziałem sobie jasno: stary, jeśli teraz będziesz mówił, że nie masz czasu na trening, to co powiesz sobie, gdy wrócisz do normalnego trybu pracy? Tak więc wydrukowałem sobie plan treningowy do Bydgoszcz Triathlon i zacząłem naprawdę regularnie i sumiennie pracować nad formą. Początki były trudne, bo szedłem torem dla zaawansowanych, ale z dnia na dzień było coraz lepiej. Obecnie po tych prawie dwóch miesiącach jest naprawdę dobrze. Mam nadzieję, że po uruchomieniu „mojego” etapu przez rząd, nic się nie zmieni i w 2021 roku pójdzie mi naprawdę dobrze na zawodach. No i profil na Facebooku odżył, na razie skromnie, ale będzie coraz lepiej.

Jak się prezentują obecnie Twoje cele na ten sezon oraz na dalszą perspektywę, jeśli chodzi o triathlon?
Moim celem była tradycyjnie Bydgoszcz i myślałem o Chodzieży. Jednak jak wiemy Chodzież już odpadła i nie wiadomo co z Bydgoszczą. Nie będę ukrywał, że chciałem się także odgryźć zawodom w Tucznie, gdzie w zeszłym roku pierwszy raz w życiu spanikowałem w wodzie, a na trasie rowerowej złapałem gumę. Jednak chyba raczej nie będzie mi to dane. Tak więc moim celem jest dobrze przepracować ten rok, by w przyszłym dać z siebie wszystko. Chcę  każde zawody kończyć w dobrej formie i nie powtórzyć błędu właśnie z Tuczna. Wtedy za mało pływałem i trochę przykozaczyłem z tempem na etapie pływackim. Oj sporo wody wypiłem (śmiech). Dziś się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi wesoło.

Czy są sporty, którymi chciałbyś się zająć po triathlonie?  
Nie ma takich sportów, którymi chciałbym zająć się po triathlonie. Jednak są takie dyscypliny,  którymi chciałbym się zajmować równolegle z triathlonem. Niestety mam taki żywiołowy charakter, że lubię robić wiele rzeczy naraz. Mam w głowie parę pomysłów, ale na wszystko przyjdzie czas.
Przy tej okazji chciałbym przekazać wszystkim myślącym o triathlonie, że warto spróbować, bo triathlon jest dla każdego, czego jestem najlepszym przykładem. To nie jest sport dla prawdziwych twardzieli, bo ten człowiek z żelaza siedzi w każdym z nas. Trzeba tylko otrzepać rdzę, pohartować tę stal i postawić pierwszy krok. Później jest już tylko łatwiej. Jeśli pozwala Ci na to zdrowie, to warto podjąć wyzwanie i w 2021 roku stanąć na starcie dowolnych zawodów. Naprawdę warto żyć dla tego uczucia.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: Od zera do Ironmana FB

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X