Rozmowa

Agnieszka Badyna chce zarażać kobiety triathlonem

W dzieciństwie wyróżniała się w tenisie stołowym i kolarstwie. Marzenia o sporcie wyczynowym przekreśliła choroba. Po 20 latach rozbratu ze sportem postanowiła wrócić i zająć się triathlonem.

Sport towarzyszył Ci od dziecka. Od czego się zaczęło?
Byłam zdecydowanie ruchliwym dzieckiem i było mnie wszędzie pełno. W podstawówce byłam typowana do różnych lekkoatletycznych dyscyplin od biegów na 400 metrów po skakanie w dal, a nawet pchnięcie kulą. Szkoła organizowała sporo lokalnych imprez sportowych. Nie pamiętam, żebym którąkolwiek przegapiła. Dorastałam we wsi. Tam dużo czasu spędzało się na zewnątrz. Więc bieganie, wspinaczki po drzewach, czy przedzieranie przez chaszcze było na porządku dziennym.

W dzieciństwie byłaś niepokonana w tenisie stołowym. Jak wspominasz przygodę z tym sportem?
Późna jesień i zima to były dla wiejskich dzieciaków spotkania w świetlicy lub bibliotece. Obie mieściły się w naszym lokalnym domu kultury. Tam były stoły do tenisa i tak się zaczęło. W domu ćwiczyłam ze starszym bratem na stole kuchennym, a w świetlicy mierzyliśmy się z innymi dzieciakami. Z dziewczynek nie miałam sobie równych. Nie pamiętam przegranych setów. Brałam udział w licznych turniejach tenisa stołowego i byłam niezwyciężona w rejonie. Odpadałam na szczeblu wojewódzkim, gdzie zaczynały się rozgrywki z dziewczynkami, które trenowały w klubach. Zdarzyło się jednak, że zaproponowano mi opiekę trenerską w tenisie. Jednak wówczas byłam już wkręcona w kolarstwo.

Właśnie, nie ten sport skradł Twoje serce. Dlaczego?
Lubię nowe wyzwania, a kolarstwo pokochałam z miejsca. Wydawało mi się znacznie atrakcyjniejsze.

badyna

Zobacz też:

Triathlonistka dbała o dietę himalaistów na K2

Jak rozpoczęła się przygoda z kolarstwem?
W naszej wsi odbywały się zawody kolarskie. Miałam 12 lat. Najpierw ściągały się dzieci, a później był start kolarzy zrzeszonych w klubach. Z młodzikami startowała dziewczynka, córka trenera  barczewskiego klubu kolarskiego, do którego dołączyłam nie wiele później. Strasznie podobały mi się rowery, na jakich startują, stroje, kaski cała oprawa no i prestiż. Bardzo zainspirowałam się tą dziewczynką i nie było odwrotu. Na pierwszy trening pojechałam starą „kozą” dziadka. Szczęśliwie się nie rozpadła (śmiech). Kolejnego dnia miałam już własny pierwszy, klubowy rower szosowy – totalny składak. Trener osobiście składał nam rowery z tego, co miał we własnych zasobach. Nie mieliśmy jeszcze sponsora klubowego, a rodziców nie było stać na nowy rower. Później to się zmieniło.

Byłaś związana z kolarstwem trzy lata. Jak wspominasz ten czas?
To były trzy cudowne lata. Nowe przyjaźnie, klub się rozrastał. Wspólne treningi, zgrupowania, zawody, pierwsze medale. Po roku treningów wystartowałam w mistrzostwach Polski, zajmując 14 lokatę na czasówce. To były czasy, gdzie dziewczyny bez względu na wiek ścigały się razem. Nie było podziału. Więc mając 13 lat, rywalizowałam z dużo starszymi od siebie dziewczynami. Możliwe, że byłam wówczas najmłodszą uczestniczką. Miałam również propozycję przejścia do innego klubu. Jednak ze względu na odległość było to możliwe dopiero w perspektywie kolejnych dwóch lat, kiedy poszłam do liceum.

Jednak w ostatnim roku trenowania tego sportu rozpoczęły się różne problemy, które przekreśliły marzenie o sporcie wyczynowym. Co się działo?
Zachorowałam. Przeszłam dwie operacje, a regeneracja i kontrole trwały kolejne pięć lat.  Łącznie między 15-20 rokiem walczyłam o życie i powrót do zdrowia. Mimo, że ja nie postrzegam tak dramatycznie całej sytuacji, moi rodzice i bliscy nam ludzie przeżywali koszmar. I chyba trochę tak było. Wiele wsparcia otrzymaliśmy w tym trudnym dla rodziny okresie, za które jestem do dziś wdzięczna. Marzenie o sporcie wyczynowym odpłynęło na zawsze. Mimo, że powrót do kolarstwa był wówczas dla mnie największym motywatorem do walki i przywracał chęci do życia, nawet kiedy było ciężko.

Potem nadszedł okres nazwijmy to buntu i miałaś 20 lat przerwy od sportu. Nad czym wtedy się skupiałaś?
Głównie na nauce i rozwijaniu różnych zainteresowań. Podczas studiów tańczyłam taniec współczesny i ludowy. Później poszłam do pracy. Zmieniałam stanowiska i miejsca, realizowałam się zawodowo.

badyna

Czytaj także:

Jak się żyje i trenuje w Arabii Saudyjskiej?

Czy przez ten czas nie brakowało Ci sportu?
Nie bardzo. Żyłam bardzo aktywnie i miałam wystarczająco energii, pomimo regularnych ćwiczeń. Jednak kiedy miałam wybór pojechać, czy pójść, wybierałam zawsze drugą opcję.

Kiedy nastąpił punkt zwrotny i postanowiłaś wrócić do sportu?
W chwili pojawienia się dzieci. Z pierwszym przytyłam 28 kilogramów. Wtedy zrozumiałam, że nie potrafię i nie chcę być gruba. Pamiętam, że było mi strasznie ciężko fizycznie. Dodatkowo potrzebowałam znaleźć czas tylko dla siebie. Do ósmego miesiąca przebywałam non stop z maluszkiem. Musiałam gdzieś uwolnić energię. Zaczęłam chodzić na pole dance, był po przeciwnej stronie ulicy, na której mieszkałam. Miałam szansę wyrwać się z domu na półtorej godziny tylko dla siebie. To było coś. W międzyczasie kupiliśmy rowery i fotelik dla Remisia. W planach było wspólne, aktywne spędzanie czasu. Później zrobiło się ciepło i nieznośnie na sali ćwiczeń. Pomyślałam, że może zacznę biegać. Wtedy rozpoczął się mój @projekt_tri

Właśnie, ale po dwóch tygodniach treningów musiałaś go przerwać. Dlaczego?
Zaszłam w drugą ciążę i w szóstym tygodniu odcięło totalnie mi prąd. Bardzo dużo spałam i leżałam.

Jak narodziny pierwszego dziecka zmieniły Twoje myślenie?
Przewartościowały totalnie postrzeganie czasu. Nie wiarygodne, jak wiele go marnowałam przed założeniem rodziny. Mając dzieci, tracisz własną przestrzeń, autonomię, wszystko kręci się wokół nich. Z natury jestem bardzo niezależną jednostką. Musiałam wygospodarować chwilę tylko dla siebie, żeby zebrać myśli, złapać oddech, zrobić coś dla siebie samej.

Kiedy wróciłaś do aktywności?
Trzy miesiące po narodzinach drugiego dziecka wróciłam do biegania. Jednak od samego początku wiedziałam, że to jedynie składowa czegoś większego. Już, kiedy trenowałam kolarstwo, fascynował mnie triathlon. Mogłam godzinami oglądać relacje z zawodów,  odbywających się w Australii, czy na Hawajach. Mieliśmy antenę satelitarną. Więc to było  możliwe. Wiedziałam, że kiedyś chcę tam być i zmierzyć się z morderczym dystansem.

Jak doszło do Twojego debiutu?
Debiut okazał się dość niespodziewany, ale nie mogłam odpuścić okazji. Pojawiła się możliwość wystartowania podczas Super League Triathlon Poznań w zeszłym roku, kiedy zostałam wybrana do grona Ambasadorek Złotej Fali. To tak, jakby moje marzenie właśnie się urzeczywistniło. Ten program i cała idea strasznie mnie wciągnęły. Cały czas promuję triathlon wśród kobiet, bo uważam, że to najlepszy sport na świecie.

badyna

Zajrzyj do:

Ksiądz na Rowerze: Można żyć bez sportu, ale po co?

Jak wspominasz tamte zawody?
Świetnie, mimo braku doświadczenia to chyba były najlepiej zorganizowane zawody, w których wzięłam dotychczas udział. Wszystko zagrało. Cudowne dziewczyny, mega wsparcie organizatorów, opieka przedstawicieli i-sport. Poza małym epizodem z kolką udało mi się złamać trzy godziny na ¼ IM, po dwóch miesiącach treningów. To chyba całkiem nieźle. Byłam szczęśliwa. Wszystko opisałam na blogu agnieszkabadyna.blogspot.com.

Sezon 2020 miał być Twoim drugim w tri. Jakie miałaś założenia?
Cały czas systematycznie trenuję pod okiem trenera z i-sport, z którym współpracuję od samego początku. Ten rok, a tym samym mój drugi sezon triathlonowy miał upłynąć pod znakiem dystansu olimpijskiego. Dopóki mogłam, skupiałam się najbardziej na pływaniu i oswajaniu głowy z wydłużonym do 1500 metrów dystansem startowym. Miałam zaplanowane dwa zagraniczne starty Niemcy – Kraichgau 5150 oraz Włochy – Cervia 5150, ale też Bydgoszcz 1/4, Szczytno 1/8, olimpijkę w Białymstoku oraz Malbork 1/4. Strasznie czekałam na ten sezon i towarzyszące mu życiówki. Miałam też zadebiutować na dystansie półmaratonu w Gdyni. Tymczasem kolejne zawody stają pod znakiem zapytania. Mimo wszystko realizuję nadal założenia w drodze do pełnego dystansu Ironmana. W tym roku chcę zejść w biegu na 10 kilometrów poniżej 50 minut. To byłby dla mnie duży sukces i ogromna radość. Chyba progres biegowy daje mi największą radość, bo wymaga ode mnie najwięcej wysiłku.

Jak w tym wszystkim odnajduje się rodzina?
Bardzo mi dopingują i z wyrozumiałością patrzą na czas, który poświęcam treningom. Staram się tak zarządzać czasem, żeby przy minimalnych nakładach osiągnąć maksimum efektów.  Obecnie nie jestem w stanie poświęcić więcej niż maksymalnie dziewięć godzin tygodniowo  na treningi. Jednak w większości poświęcam na nie jedynie 6,5 godziny. Moje cele i rozwój sportowy jest całkowicie podporządkowany rodzinie i możliwościom czasowym, jakimi dysponuję. Dlatego o dłuższych dystansach startowych pomyśle za rok może dwa, jak dzieci troszkę podrosną.

Czy ktoś z rodziny też ma kontakt z tym sportem?
Jestem jedyna. To ma plusy i minusy. Plusy, bo nie muszę dzielić czasu na treningi  z moim mężem, a minusy, bo fajnie byłoby robić wspólne wyjeżdżenia i gadać bez końca o triathlonie. No i łatwiej byłoby mieć wspólnych znajomych w tym obszarze, a tak mój triathlon i sportowe znajomości jesteśmy w lekkim odosobnieniu.

W jaki sposób udaje Ci się godzić obowiązki rodzinne, zawodowe z triatlonem?
Lepiej lub gorzej. Dziękuję Bogu za wrodzony brak perfekcjonizmu i umiejętność szybkiej adaptacji do wszelkich nieprzewidzianych sytuacji. Planuję dzień na podstawie domowych  obowiązków, tak żeby każdemu starczyło atencji, miał pełny brzuszek i był czas na pracę oraz trening. Obecnie nie pracuję na etacie. Natomiast piszę bloga, rozwijam social media, co również wymaga ogromnych nakładów czasu. Cieszę się, że mam taką możliwość. Szukam pomysłu, jak połączyć triatlon z pracą zawodową. Jakieś pomysły kiełkują mi w głowie. Małymi krokami próbuję je rozwijać.

Jaką rolę w Twoim życiu pełni triathlon?
Ogromną, chciałabym, żeby towarzyszył mi do końca życia.

Jakimi wartościami kierujesz się w życiu?
Rodzina, pasja, niezależność, szacunek,

Jak one się mogą przełożyć na triathlon?
Przekładają się bezpośrednio. Mimo różnych zainteresowań patrzymy z mężem w tę samą  stronę. Mamy podobne wartości i tego samego oczekujemy od życia. Rozwijamy, każdy swoją pasją. Szanujemy własną przestrzeń i potrzebę autonomii. Uczymy dzieci, że przede wszystkim mają być szczęśliwe i szukać tego, co im daje radość. Przy tym zachęcamy, żeby rozwijali i pracowali nad tym, co sprawia im radość i byli w tym coraz lepsi. Na razie się udaje. Stawiamy sobie zawsze wspólne i indywidualne cele. Rozwijamy się jako jednostki, ale również jako rodzina. Wspieramy się w tym wszystkim. Jesteśmy szczęśliwi, a to jest najważniejsze w życiu.

Co chcesz osiągnąć poprzez starty w triathlonie oraz w innych sportach?
Chciałabym zostać kobietą z żelaza, mierząc się z dystansem Ironman. Chcę cieszyć się sportem tak długo, jak to możliwe i bawić się tym. Chcę brać udział w zawodach w ciekawych miejscach, połączyć sport z drugą pasją, jaką są podróże. Zarażać innych takim stylem życia.

badyna

Czym zajmowałaś się zawodowo?
Przez 15 lat byłam związana z branżą hotelarską. Przez ostatnie lata pracowałam w hotelu Novotel Warszawa Centrum na stanowisku Starszego Kierownika Sprzedaży. Zarządzałam 10 osobowym zespołem ds. Konferencji i Turystyki Grupowej. Obecnie prowadzę bloga o triathlonie, gdzie dzielę się doświadczeniami z początkującymi triathlonistami. Rozwijam social media. Chciałabym znaleźć złoty środek, żeby móc pomóc innym sportowcom w efektywnym zarządzaniu social mediami, tak, aby nie musieli spędzać dużej ilości czasu, a zasięgi się zgadzały. Wiem, jak wielu z nich cierpi na brak czasu, a z kolei marki sportowe najchętniej sponsorują tych, co mają wyniki, ale również zgadzają się im zasięgi.

Dlaczego nie zdecydowałaś się wrócić do pracy na pełny etat?
Zdaję sobie sprawę, że gdybym wróciła teraz na etat, to prawdopodobnie mogłabym jedynie rekreacyjnie podchodzić do tematu triathlonu. Z wielkim podziwem patrzę na kobiety, matki, które trenują pływanie o godzinie 6 rano, a wieczorem kręcą na rowerze, albo biegają. Ja przy obecnym poziomie wytrenowania plus totalnym brakiem odpowiedniej regeneracji i dwójce małych dzieci i pracy zawodowej. Po prostu nie dałabym rady. Dzieci w wieku 5 i 2 lata i powoli zaczynamy miewać w miarę normalne noce. Więc wszystko idzie w dobrym kierunku.

Obecnie zmagamy się z pandemią koronawirusa. Jak wygląda ta sytuacja w Luksemburgu, gdzie mieszkasz od 2018 roku?
Jest bardzo zbliżona do tego, co widzimy w Polsce. Poza tym, że nie mieliśmy zamkniętych lasów. Dlatego mogliśmy biegać poza domem z zachowaniem odstępu od innych ludzi. Jazda na rowerze też była dozwolona. Więc niektórzy korzystają z tego przywileju. Ja natomiast chomikuję w domu.

Z jakimi restrykcjami musisz się zmagać?
Maseczki, dystans, izolacja. Dość poważnie podchodzimy do tematu. Zakupy robimy raz w tygodniu. Mamy zapasy i staramy się nie narażać siebie ani innych.

Jak obecnie wyglądają treningi?
Biegam na dworze, a jeżdżę w domu, korzystając ze Zwifta.

Jakie masz triathlonowe marzenia?
Ironman Hawaje

Czy chciałabyś jeszcze po triathlonie zadebiutować w innych sportach?
Oczywiście, ale na razie w perspektywie kolejnych czterech lat mam w głowie pełen dystans Ironmana. Nie wykluczone, że inne starty, głównie mam tu na myśli wyzwania biegowe, będą towarzyszyć przygotowaniom do realizacji głównego celu.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X