Rozmowa

Dawid Szot: Pogubiłem się, a triathlon wyprowadził mnie na prostą

Ma jedno “grube” marzenie. Pokonać w bezpośredniej walce Jana Frodeno… Dawid Szot to gość, który pokochał triathlon, doprowadzając mamę  do kilku stanów przed zawałowych…

Od czego zaczynałeś przygodę ze sportem?
Zaczynałem od piłki nożnej. Najpierw podwórko, potem lokalne kluby. Grałem także w seniorskiej lidze – popularnej „serie B”, czyli B-klasie, najniższym poziomie rozgrywkowym. To zdecydowanie świadczy o moim piłkarskim potencjale (śmiech). Później przez chwilę prowadziłem własny klub piłkarski, ale można powiedzieć, że go przebalowaliśmy. Jednak ten okres wspominam super. Kolarstwo szosowe pojawiło się w moim życiu w 2010 roku. Od  rodziców i sióstr dostałem pierwszą szosówkę. Wtedy się zakochałem. Jednak moja jazda ograniczała się raczej do rekreacji.

A kiedy przyszła pora na triathlon?
Triathlon pokazali mi Kuba Gebhardt i Leszek Wnuk – triathloniści, z którymi studiowałem. To oni nauczyli mnie wszystkiego. Pomogli w doborze sprzętu i opowiadali o metodyce treningu. Wszystko zaczęło się w listopadzie 2014 roku. Nie umiałem pływać. Zresztą ten problem  mam do dziś, ale uparłem się, że to zrobię. Wtedy byłem też na życiowym zakręcie. Trochę pogubiłem szlaki, a triathlon zaczął wyznaczać mi nowy, stabilny rytm. Bardzo duży wpływ na to miał również wybitny maratończyk, Krzysiek Garbowski, z którym przyjaźnię się od wielu lat. To też z nim przebalowałem nasz klub piłkarski (śmiech).

Kiedy debiutowałeś?
Na zawodach w Charzykowym w czerwcu 2015 roku. Startowałem na dystansie sprinterskim. To był też debiut tej imprezy. Nigdy tego nie zapomnę, mam wielki sentyment do tych zawodów. Pojechał ze mną mój wieloletni przyjaciel, Krystian Zdziennicki, a moja mama prosiła go przed startem o telefon, gdy ukończę etap pływacki. Tak! Moja rodzina była przerażona tym etapem i przekonana, że go nie ukończę (śmiech). Zrobiłem wszystkim psikusa i ukończyłem, a nawet nie wyszedłem ostatni z wody. Było za mną aż pięć osób!  Pamiętam z T1, że słyszałem, jak Krystian mówi do mojej mamy: „Pani Krysiu, Dawid wyszedł z wody i jest cały, zaraz jedzie na rower”. Na rowerze trochę podgoniłem. Na biegu utrzymałem i skończyło się na trzecim miejscu w AG. Na mecie wiedziałem, że tego szukałem. Zrozumiałem, że triathlon jest drogą, którą chcę dalej iść.

szot

Zobacz też:

Karolina Gorczyca: Może za pięć lat wystartuję w Ironmanie

Co było dalej?
Chwilę później, w lipcu, wystartowałem na 1/8 w Bydgoszczy, później była jeszcze 1/4 w Gdańsku, sprint w Gdyni i 1/2 w Malborku – tych zawodów też nigdy nie zapomnę. Nie spotkałem już później takich warunków atmosferycznych na zawodach. Wiatr, grad, 5 stopni, w T2 nie mogłem założyć butów, bo nie czułem dłoni. Na szczęście na wolontariuszy w zawodach organizowanych przez Wańka zawsze można liczyć. To są profesjonaliści. Później startowałem regularnie. Ogólnie jestem zawodnikiem, który startuje często. To bardzo dobrze na mnie działa.

Co uważasz za największy sukces w dotychczasowej karierze w triathlonie?
Jedynym moim sukcesem, z którego jestem dumny, jest fakt, że zacząłem. Sukcesem także jest wsparcie mojego otoczenia. Ola jest na praktycznie każdych zawodach, a moi rodzice i siostry w miarę możliwości również starają się być ze mną. Zdarza się, że mogę liczyć także na obecność moich córeczek. Mama mocno to przeżywa. Pamiętam 1/2IM w Malborku w 2016 roku, okolice połowy biegu. Delikatnie mówiąc, nie wyglądałem najkorzystniej. Mama rozpłakała się na mój widok, krzyknęła „Kocham cię”, a ja oczywiście odpowiedziałem. Wolontariusze byli zachwyceni. Mój Tata to twardziel, więc nie zareagował na mój stan. Krzyknął tylko coś motywującego. Widzę w mojej triathlonowej drodze więcej porażek niż sukcesów, ale jak to mawia mój przyjaciel – co stracimy, odrobimy. Wyciągam wnioski i wiem, że sezony prawdziwych sukcesów, czyli w takich, w których wyeliminuję głupie błędy, są przede mną. Cieszę się, że w tej całej drodze nie jestem sam – bardzo mocno, już od kilku lat, wspiera mnie moje rodzinne miasto – Sztum i jego władze, Artneo, OdNova, Fundacja Tri NEGU, M – Serwis Marcin Żyhałko, Pan Józef Sarnowski, Regenervit, Agnes Fit oraz oczywiście najważniejsi – Rodzice i siostry, a w szczególności Karolina, której zawdzięczam bardzo dużo. Dzięki pomocy takiej ekipy mogę w spokoju przygotowywać się do realizacji kolejnych celów.

W jaki sposób godzisz czasowo obowiązki zawodowe oraz treningi i starty?
Aktualnie mam świetną pracę, a mój zespół jest bardzo wyrozumiały. Marcie i Maćkowi nie przeszkadzają buty biegowe pod biurkiem i ręcznik na kaloryferze, a dobry duch naszego biura, Ola mentalnie czuwa nad moim sportowym rozwojem. Naprawdę bardzo mnie wszyscy wspierają, więc pogodzenie pracy z triathlonem nie jest ciężkie. Moje dzieci są także wyrozumiałe. Dlatego opiekując się nimi, nie mam problemu wygospodarować godziny na trening – oczywiście przy wsparciu rodziców, czy Oli.

szot

Zajrzyj do:

MKON: Z oporami myślałem o powrocie do triathlonu

Skąd czerpiesz motywację do dalszych treningów oraz startów?
Tutaj wyznaję zasadę Marcina Koniecznego – robisz, nie płacz, płaczesz – nie rób. Wiem, że jest robota do zrobienia, to ją robię. Traktuję to zadaniowo.

Kto jest Twoim trenerem?
Od tego sezonu współpracuję z Tomkiem Marcinkiem w ramach Iron Triathlon Team. Nie jestem zawiedziony, robimy fajną robotę. Nie jest to trening nastawiony na objętość, ale na intensywność. Bardzo mocno pracujemy również nad aspektem siłowym. Świetnie z Tomkiem się dogadujemy. Mamy jasno określone cele, a do tego jesteśmy dobrymi kumplami. To wszystko działa, jak należy. Oczywiście, na niektórych bardzo ciężkich treningach powtórzeniowych zdarza mi się myśleć o nim „chu… pierd…” (śmiech), ale podświadomie wiem, że te treningi mocno mnie rozwijają.

Czym jest dla Ciebie triathlon?
Bardzo trudne pytanie. Triathlon jest pewną drogą, to nie tylko przygotowania i starty. Ten sport jest bardzo zaborczy, żeby być mocnym, trzeba grać na jego zasadach. Ja staram się dostosować.

Jak triathlon wpływa na życie prywatne?
Wiadomo, że ogranicza, ale zaakceptowałem tę regułę. Kiedy są ze mną córki, staram się ograniczyć treningi, ale to wszystko idzie dograć. Otaczam się też ludźmi, którzy albo sami sport uprawiają, albo go rozumieją. Na szczęście najważniejszy dla mnie „niesportowy” przyjaciel – Krystian Zdziennicki, który bardzo szybko zaczął mnie wspierać, a w pierwszym sezonie jeździł ze mną na każde zawody! Poza tym dzięki triathlonowi nawiązałem wspaniałe znajomości. Poznałem bardzo ważnych dla mnie ludzi – czcigodnego Prezesa – Wojtka Suchego (kocham Cię Preziu!), moich Sępów – Sergiusza Kulkę i Krzyśka Gawina oraz Marka Pałysę. Wymienieni chłopacy są dla mnie jak bracia, których brakowało w otoczeniu czterech sióstr. Wojtek wyciągnął do mnie rękę, kiedy byłem bliski porzucenia triathlonu, wyciąga ją do dziś, kiedy popadam w jakieś problemy.

Jak zmieniło się życie po pojawieniu się w nim triathlonu?
Od kiedy trenuję, mój rytm dnia stał się prostszy. Bez żadnego problemu wyrzekłem się alkoholu, pilnuję też diety. Nie wychodzę także na imprezy i ograniczyłem spotkania towarzyskie. Jednak nie jest to dla mnie problemem.

Jaki miał być sezon 2020?
Miał być przełomowy, ale jak dla wszystkich, będzie niepewny. Tak musi być, nie mamy wpływu. Wyleczę kontuzję i wracam do treningów. Nie płaczę nad rzeczami, których zmienić nie mogę.

Które zawody były pierwotnymi celami przed wybuchem pandemii koronawirusa?
Chciałbym utrzymać solidną formę przez cały sezon moich startów – a to zależne jest od tego, na co pozwoli kontuzja. Jednak nadal liczę na mocny finisz triathlonowego sezonu na 1/2 w Malborku, mocny półmaraton w Gdyni. Możliwe, że dojdzie do tego dystans maratoński – bardzo ważny w mojej rodzinie. Życiówka mojego Wujka, 2:14, czeka na pobicie już 30 lat. (śmiech)

szot

Czytaj także:

“Kobietarakieta” sprzeciwia się stereotypom

Jak przebiegały przygotowania do sezonu?
Wszystko szło doskonale do 21 lutego. Wtedy poczułem ból w łydce, który z czasem się nasilał. Długo nie mogłem uzyskać jednoznacznej diagnozy. Teraz już wiem, co mi dolega. Dużo ćwiczę, rozciągam, przyjmuję leki. Walczę aktywnie z kontuzją i się nie poddaję. Jestem już w takim momencie kontuzji, że lada dzień wrócę do regularnego treningu. Cały czas wykonuję ćwiczenia na wszystkie górne partie ciała, dużo „pływam” również na gumach. Wierzę, że moja fizjoterapeuta, Magda Głód – FizjoGood nie pozwoli, żeby sytuacja w najbliższym czasie się powtórzyła (śmiech).

Gdzie wyjeżdżałeś na zgrupowania?
W tym roku pojechałem z Olą i całą ekipą mocnych kolarzy do Marbelli, piękne miejsce. Jednak kontuzja wykluczyła mnie z treningów już po trzech dniach. Postanowiliśmy z Tomkiem nie forsować, tylko kontynuować leczenie. Ogólnie trenuję na miejscu, a 90 procent treningu kolarskiego jeżdżę na trenażerze, który lubię i mega doceniam. Mieszkam 200 metrów od basenu, który niestety teraz jest zamknięty. Wkoło mam ścieżki biegowe pozwalające na każdy rodzaj treningu, więc nie narzekam. Cisnę.

Kiedy rozpoczynasz sezon 2020?
Sezon miałem zacząć walką o medal Mistrzostw Polski w duathlonie, jednak w obecnej sytuacji zawody się nie odbędą, a poza tym kontuzja wykluczyła mnie i tak z medalowej gry. Wszystko więc jest zależne od sytuacji epidemiologicznej oraz tego kiedy wrócę do właściwego treningu.

Jakie masz marzenia związane z triathlonem?
Marzenie mam jedno, mianowicie chcę wygrać w bezpośredniej walce z Janem Frodeno (śmiech). A co, można marzyć! Mam wiele planów, krótko i długoterminowych, które czekają na realizację. To takie moje marzenia, które przy sprzyjających okolicznościach, będę chciał zrealizować. Wtedy dopiero o nich opowiem.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X