Rozmowa

Maciej Hawrylak: W cztery lata osiągnąłem wszystko, co chciałem

Został wicemistrzem świata na dystansie podwójnego IM w 1987 roku. Łączył triathlon z główną pasją, wyprawami górskimi. To mu nie przeszkodziło w osiągnięciu sukcesu. O treningach w latach 80-tych, MŚ w Alabamie oraz wyprawach górskich Maciej Hawrylak opowiada w rozmowie z portalem TriathlonLife.pl.

Jakimi sportami oprócz triathlonu zajmowałeś się w życiu?

Byłem aktywny sportowo. Dojeżdżałem rowerem w góry. Potem się wspinałem. Do tego zjeżdżałem na nartach. Na końcu przejeżdżałem 300 – 400 kilometrów do domu. Takie wycieczki trwały zazwyczaj 2-3 dni.

Kiedy pojawił się triathlon?

Pojawił się w moim życiu w 1984 roku. Od trzech lat byłem poza granicami kraju. Jeden z kolegów zapytał się, czy mogę wziąć udział w zawodach triathlonowych. Potrzebował zawodnika do klasyfikacji drużynowej. Postanowiłem mu pomóc. Pamiętam, że dotarłem na zawody, przejeżdżając 70 kilometrów na rowerze. Start był zaplanowany na 11, a ja dotarłem 30 minut przed rozpoczęciem. Sprawnie przygotowałem się do pływania. Wówczas nie mieliśmy żadnych pianek.

Jak poszło?

Pokonałem trzy etapy rywalizacji i zająłem trzecie miejsce. To były zawody, podczas których stanąłem na podium w dziurawych trampkach. Byłem tak ubrany, że się wstydziłem, patrząc na innych zawodników.

Maciej Hawrylak

Czytaj też:

Na sukcesy PRO jeszcze musimy poczekać!


Czy wtedy poczułeś, że triathlon jest tym, czym chcesz się zajmować?

Zafascynowałem się triathlonem. Mimo że wcześniej wiedziałem, co to za sport. Bo wówczas w Niemczech pojawiały się pierwsze tego typu zawody. Raz oglądałem w telewizji transmisję z jednej imprez.

Jak wyglądała wówczas organizacja zawodów triathlonowych?

Wyglądała podobnie do dzisiejszych zawodów. Choć wtedy łatwiejsza była kwestia zamknięcia dróg na czas trwania rywalizacji. Wówczas nie myślano o tym, jako o wielkim biznesie. Nie było też takich możliwości komunikacyjnych. Nie można było rozesłać zaproszeń na zawody za pomocą Internetu.  

Więc w jaki sposób dowiadywano się o zawodach?

Najczęściej dowiadywaliśmy się z rozmów między sobą. Potem na zawodach brało udział 300 – 500 osób.

Przygoda z triathlonem trwała cztery lata. Jaką rolę wówczas pełnił on w Twoim życiu?

W każdą rzecz, którą zajmuję się w danym momencie, wkładam 120 procent wysiłku oraz zaangażowania. Wówczas triathlon mnie pochłonął, choć, aby móc trenować musiałem też zarabiać. Do tego nie chciałem rezygnować z moich wypraw rowerowych oraz górskich. Łączyłem te wszystkie rzeczy ze sobą.

Maciej Hawrylak

Zobacz też:

Enea Bydgoszcz Triathlon prężnie się rozwija


Oprócz tej aktywności rowerowej oraz wypraw górskich, jakimi sportami zajmowałeś się przed triathlonem?

W dzieciństwie miałem predyspozycje do wielu dyscyplin sportowych. Lecz w regionie, w którym mieszkałem, nic nie przykuło mojej uwagi. Kiedy miałem 15 lat, poszedłem do trzyletniego technikum hodowlanego koło Kłodzka. Tam prężnie działała akrobatyka sportowa. Podczas mojej nauki w tamtej szkole osiągnąłem dobre wyniki w tym sporcie.

Z perspektywy czasu, czy żałujesz zakończenia aktywności triathlonowej?

Nie, w zasadzie wszystko osiągnąłem, co chciałem. Brałem udział w 1/2IM. Pokonałem pięciokrotnie dystans Ironmana. Do tego ukończyłem podwójnego IM. Mimo, że wtedy miałem szansę na zostanie profesjonalnym sportowcem, to wiedziałem, co mnie czeka.  

Twoją główną pasją były wyprawy górskie i rowerowe. Podczas tej krótkiej kariery triathlonowej, w jaki sposób łączyłeś obie te kwestie oraz sprawy rodzinne?

Wówczas ze sprawami rodzinnymi dałem sobie spokój. Bo byłem egoistyczny dla otoczenia oraz siebie. Zbytnio mocno z nikim się nie wiązałem, mając przy tym wielu przyjaciół znajomych i koleżanki.  Postawiłem na treningi. U mnie jedna jednostka treningowa trwała osiem godzin dziennie. Do tego musiałem to łączyć z pracą. Często „robiłem” po nocach oraz na dwie zmiany.    

Twój trening triathlonowy trwał osiem godzin dziennie. Jak on wyglądał w latach 80-tych?

Zazwyczaj wstawałem bez budzika o 4:30. Zaczynałem od biegania. Przebiegałem 20 – 25 kilometrów. To był taki rozruch. Do domu wracałem o 6:30, kiedy wielu ludzi szło do pracy. U mnie z pracą było różnie. Raz musiałem przez trzy miesiące dorabiać i pracować po nocach. Wówczas musiałem to pogodzić. Jednak starałem się zawsze odkładać odpowiednie fundusze, dzięki którym nie musiałbym pracować przez kolejne osiem miesięcy.

Maciej Hawrylak

Przeczytaj też:

Marcin Konieczny: Czuje niedosyt po Frankfurcie


W takim normalnym rytmie treningowych, to co robiłeś po tym porannym rozruchu?

W normalnym rytmie, to po tym porannym bieganiu miałem trochę przerwy na spokojne śniadanie i kąpiel. Potem szedłem pływać.

Ile spędzałeś czasu na basenie?

Było to około trzech godzin. Następnie po południu lub wieczorem jeździłem na rowerze. Najczęściej te treningi kolarskie odbywałem samotnie. Trwał 3-4 godziny. Jednak to nie był koniec. Po każdym treningu na rowerze zawsze robiłem krótki bieg wieczorny. To był dystans 3 – 10 kilometrów. Tak to wyglądało.

Czy kiedykolwiek współpracowałeś z trenerem?

Wszystkie treningi układałem sam. Nawet nie mogłem trenować z innymi ludźmi, bo mieli inny sposób myślenia. Umawiałem się z kimś na kilkudniowy trening, ale ta osoba nie potrafiła wstać o 4:30. Budził się o piątej, a ja byłem już na treningu. Wówczas też nie było komórek. Więc nie mieliśmy możliwości skontaktowania się ze sobą.

Skąd czerpałeś inspirację do układania programów treningowych?

Studiowałem na AWF. Kierowałem się wyczuciem przy układaniu planu. Trening był moim celem, a zawody traktowałem jako nagrodę.

Z jakimi czołowymi zawodnikami triathlonowymi miałeś okazję wówczas się spotkać?

Największą osobowością był Jurgen Zäck. Osiągnął czas 7:50 na Hawajach. Braliśmy udział w tych samych zawodach. To był geniusz w tym sporcie.

Jakim sprzętem dysponowałeś?

Na początku kupiłem rower na który było mnie stać. Zapłaciłem za niego 2000 marek. Kiedy stałem się rozpoznawalnym zawodnikiem, to jedna z firm zaczęła mnie sponsorować. Wtedy dostawałem wspaniały rower, który był bardzo dobrze wyposażony.   
 

Maciej Hawrylak

Sprawdź także:

Ksiądz na Rowerze: Można żyć bez sportu, ale po co?


A skąd wzięła się pasja do górskich wypraw?

Urodziłem się w Sudetach. Od zawsze fascynowały mnie góry. Nieraz szukała mnie cała okolica, bo gdzieś zawędrowałem. Dlatego ta fascynacja do wypraw wywodzi się z dziecięcych czasów. Jako dziecko często leżałem na łące i wpatrywałem się w gwiazdy. Wtedy wyobrażałem sobie, że przepycham się po chmurach, jakby to były wielkie góry.

Co dawały Ci te wyprawy?

Niesamowitą wytrzymałość, niezależnie od tego, czy chodziłem po górach lub przejeżdżałem tysiące kilometrów na rowerze. Jednak to hamowało technikę i szybkość. Dlatego musiałem to później nadrabiać na treningach. Te wyprawy pozwoliły mi bardzo dobrze poznać własny organizm i granice.

Pamiętasz rower, na którym zrobiłeś pierwszą wyprawę?

Pożyczyłem rower od mojego przyjaciela z Niemiec. W jeden dzień przejechałem 250 kilometrów. Drugiego dnia zdobyłem szczyt, a trzeciego wróciłem.

W czasie kariery triathlonowej startowałeś na różnych dystansach, od olimpijki do podwójnego. Na którym czułeś się najlepiej?

Czułem się najlepiej na podwójnym IM. Wtedy mogłem pokonywać długi dystans, zwłaszcza na rowerze. Teraz z perspektywy czasu myślę, że gdyby wtedy były takie dystanse, jak trzykrotny oraz pięciokrotny IM, to bym na nich wystartował. Jednak można powiedzieć, że dłuższe dystanse niż podwójne pokonywałem w ramach moich wypraw. Miałem różne sytuacje w życiu.

Możesz podać przykład?

Musiałem raz przejechać na rowerze 800 kilometrów do granicy, bo kończyła mi się wiza. To był wyścig z czasem, żeby zdążyć do określonej godziny. Inaczej nie zostałbym wpuszczony do innego kraju.

Maciej Hawrylak

Czytaj też:

Maciej Chmura polski książe dystansów długich


Czy po latach żałujesz, że tylko raz wystartowałeś w podwójnym IM?

Od razu po tamtych zawodach w podwójnym IM miałem propozycje startu za rok. Wtedy miałem też sponsorów, którzy opłaciliby moje przygotowania do zawodów. Jednak stało się inaczej i tego nie żałuję.

Dlaczego?

Bo wiem, co by mnie potem czekało.

Co masz na myśli?

Musiałbym trenować cały rok. To spowodowałoby, że moje wyprawy musiałbym odłożyć na później. A tak kilka miesięcy po starcie na podwójnym IM przemierzałem już samotnie Islandię na rowerze i nartach. 

Co było powodem zakończenia przez Ciebie kariery triathlonowej, która mogłaby się jeszcze bardziej rozwinąć?

Chciałem spełniać się w podróżach górskich. Do tego osiągnąłem wszystko, co chciałem w triathlonie. Wówczas miałem 28 lat. Do tego przez te cztery lata kariery triathlonowej nie miałem żadnej kontuzji. To też można uznać za sukces.

Twoimi ostatnimi zawodami były Mistrzostwa Świata w 1987 roku w Alabamie, gdzie zdobyłeś wicemistrzostwo. Jak wspominasz tamten start?

Byłem bardzo dobrze przygotowany do tych zawodów. Trenowałem do nich rok. Byłem zadowolony z efektów treningowych. Popełniłem jednak błąd. Przed zawodami w Alabamie wystartowałem na podrzędnych zawodach. Na trasie rowerowej przewróciłem się. Poobcierałem porządnie skórę i byłem poobijany. Przez moment bałem się, że cały wysiłek pójdzie na marne. Ostatecznie jednak mam dobre wspomnienia z tamtych zawodów.

Maciej Hawrylak

Przeczytaj także:

Sportowe Love. Miłość do siebie i triathlonu <3


Twój support składał się ze szwagra. Z jakim sprzętem dotarliście na miejsce zawodów?

Przylecieliśmy samolotem. Każdy miał własną walizkę, a ja do tego rower. Firma, w której pracował szwagier częściowo sponsorowała mój wyjazd. Dostaliśmy pieniądze na wynajęcie samochodu. W samej Alabamie pomoc zadeklarował żołnierz, który tam stacjonował.  Mieszkaliśmy u niego. W dniu zawodów dostał od szefa wolne. Kierował samochodem, a szwagier zajął się płynami, posiłkami itd.

Wróćmy do samego startu. Jak było?

Podczas pływania nie piłem. To był wielki błąd. Do tego nie miałem okularów pływackich. Musiałem płynąć z częściowo zamkniętymi oczyma, bo mnie bolały. Na rowerze dałem z siebie wszystko. Może na biegu popełniłem błąd, że przyspieszałem w momentach, w których czułem się dobrze. W chwilach kryzysu nie wiedziałem jak się zachować. Nie miałem doświadczenia i nikt wcześniej mi nic na ten temat nie powiedział.

Maciej Hawrylak

Sprawdź też:

Kamil Kulik zadowolony z debiutanckiego sezonu ROZMOWA


Czy to wicemistrzostwo w Alabamie było Twoim największych triathlonowym sukcesem?

Chyba tak. Bo bez tego obecnie nie byłbym nigdzie znany. Ten tytuł wicemistrza na podwójnym IM powoduje, że jest zainteresowanie moją osobą.

Czy po zakończeniu kariery triathlonowej nie myślałeś o powrocie do tego sportu?

Nie, bo po tym zacząłem robić fantastyczne rzeczy. Wyjechałem w 14-miesięczną podróż po Dzikim Zachodzie. To były rzeczy, które mnie fascynowały. Pokonywałem wiele górskich szczytów. Realizowałem różne podróże m.in.: pływałem łódkami indiańskimi. Odwiedziłem Alaskę na trzy miesiące. Przeżyłem jedną zimę w Górach Skalistych w opuszczonej chacie traperskiej. Do tego powoli układałem własne życie.  

Żałujesz, że Twój szczytowy czas w triathlonie przypadł na lata 80, a nie obecnie?

Teraz, to bym się tym udławił. Przez tę presję oraz nacisk nie można być przeciętnym sportowcem. Gdybym w dzisiejszych czasach jako znany zawodnik skończył zawody na 80 miejscu, to byłby wstyd. Cieszę się, że startowałem w tamtych latach.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

 

Tagi
Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close