Rozmowa

Dziennikarz, który złapał tri bakcyla i planuje debiut na pełnym dystansie

Znany dziennikarz sportowy, zwłaszcza w środowisku MMA – Maciej Turski, zadebiutował w triathlonie rok temu. Zdążył zaliczyć też poważny wypadek na rowerze. To go nie zniechęciło i w tym sezonie planuje debiut na Ironmanie.

W zeszłym roku zadebiutowałeś w triathlonie i to od razu na 1/2IM. Jak wspominasz pierwszy start w nowym dla siebie sporcie?
W dwóch słowach – poligon doświadczalny. Zawsze wolałem poprzeczkę zawiesić wysoko, niż jak zalecają inni metodą małych kroków. Podobnie w bieganiu zaczynałem od półmaratonu. Na takim dystansie wyjdzie zdecydowanie więcej mankamentów, a za błędy zapłaci się słono. Tak też było w moim przypadku. Zero doświadczenia w połączeniu ze słoneczną aurą przyniosło kilka przygód. Gleba na rowerze na ostatnich kilometrach, końcówka jazdy z uszkodzoną lemondką, brak doświadczenia po zmianie roweru na nogi i „odcinka” na bieganiu. Walkę z samym sobą o finisz cenię najbardziej. Było wesoło, ale Susz będę wspominał bardzo dobrze. Organizacyjnie do niewielu kwestii można było mieć zastrzeżenia.

Czy po tamtym starcie byłeś zdecydowany na dalsze starty?
O tak! I to jak! Właśnie dlatego, że zobaczyłem, jaki niezdarny w wielu kwestiach jestem i ile jeszcze jest do poprawy. To było pewne, że szybko powrócę na start i będę szukał wyzwań. Triathlon i mieszanka dyscyplin daje zupełnie inne doznania. Przygotowanie sprzętu, strefy zmian, przegląd trasy, a tak naprawdę trzech. To kapitalny rytuał. Tego trochę brakowało mi w samym bieganiu. Oczywiście, można bić się o czasy, można podkręcać kilometraż, ale… jednak to zdecydowanie bardziej monotonne. Triathlon nie jest dla każdego, pod wieloma względami. Jak wszystko ma plusy i minusy. Ja natomiast zauroczyłem się tym od pierwszego wejrzenia.

Ile razy udało Ci się wystartować w sezonie 2021?
Plany były ambitne, zdecydowanie bardziej niż efekt. Niestety, moja gorąca głowa szybko doprowadziła mnie… do rowu. Po debiucie w połówce w Suszu, udało się zrobić ¼ w Bełchatowie i pojawić na starcie w Chełmży. Tam niestety, przydarzył się solidny upadek na rowerze. Efekt piorunujący. Złamany obojczyk, czyli klasyka kolarska. Na szczęście nie zabiło ochoty do kontynuowania przygody, wręcz przeciwnie. W tym sezonie na rozpoczęcie zaliczyłem połówkę w Warszawie i udało się połowicznie wypełnić założenia. Finisz bezpieczny, czas zadowalający, lecz bez fajerwerków. Całe zdrowie zostawione, ale troszkę jest niedosyt.

Dlaczego zdecydowałeś się na rozpoczęcie przygody z triathlonem?
Zawsze zerkałem z podziwem na dystans Ironmana. Od początku zabawy chodziło głównie o ten sprawdzian. Nie wyobrażałem sobie, jak można uprawiać sport przez kilkanaście godzin bez przerwy… i to na takim krańcowym zmęczeniu. To z perspektywy osoby uprawiającej sport nawet półzawodowo wydaje się abstrakcyjne. I tu nie chodzi tylko o przygotowanie fizyczne, ale i psychiczne. Głowa niesamowicie może pomóc, a bez odpowiedniego nastawienia nie ma co ruszać w tę przygodę. Po bieganiu maratonu ulicznego, czy górskiego chciałem zażyć czegoś świeżego i posmakowało. Ale umówmy się, triathlon jest dla ludzi nie do końca normalnych.

Czy wcześniej miałeś styczność z którymś ze sportów, składających się na triathlon?
Jak już wcześniej wspominałem, w bieganie trochę się pobawiłem, ale też nie jakoś na poważnie. Kilka półmaratonów, maraton, trochę dziesiątek i spory kilometraż treningowy, ale bez nadzoru i planu. Kompletny samouk. Pływanie… w szkole podstawowej. Rozbrat z wodą i pływaniem dłuższych dystansów trwał pewnie prawie… 20 lat! Wody uczyłem się na nowo, ale z pływaniem jak z jazdą na rowerze. Coś niecoś potrafiłem, choć do szybkiego pływania to się miało nijak. Rower? Podobnie jak z pływaniem. Każdy na rowerze jeździł! Na szosie, z pedałami zatrzaskowymi do czynienia nie miałem żadnego, a każdy, kto tego spróbował, doskonale wie, że to zupełnie inna zabawa. I prędkość też robi swoje.

Nadal trenujesz sam?
Pierwszy sezon bez żadnego wsparcia. Poczytałem i przejrzałem wiele materiałów z przykładowymi planami treningowymi i ułożyłem „na oko” coś pod siebie. Głównie rower i bieganie, o treningu pływackim miałem blade pojęcie. Z perspektywy czasu widzę, ile czasu zmarnowałem bezsensownie i że da się wykonać lepszą pracę, tracąc mniej ze swojego dnia. Nie lubię mieć bata nad sobą, bo sam potrafię się zmotywować. Więc trenera na co dzień nie potrzebuję. Od kilku miesięcy postawiłem próbnie na aplikację I’M Inspiration od Roberta Karasia. Dla mnie rozwiązanie optymalne. Nic więcej nie potrzebuję.

Co sprawiało Ci najwięcej problemów podczas pierwszych treningów?
Objętość. Pierwotnie planowałem i zakładałem dwanaście jednostek treningowych, ale szybko życie i praca zawodowa zweryfikowała moje plany. Zmodyfikowałem plan na dziewięć jednostek, a i tak to wymaga ode mnie poświęcenia praktycznie każdej wolnej chwili. Na szczęście – dla triathlonu – rodziny na głowie nie mam, więc mogę oddać się pasji. Choć nie ukrywam, sfera prywatna, towarzyska zaniedbana została mocno. Czasu wolnego brak.

Jak czujesz się w poszczególnych płaszczyznach składających się na triathlon?
Pływanie zdecydowanie najgorsze i tu do poprawy czasowo jest najwięcej. Nigdy nie dojdę do poziomu zawodowców i tu nawet się nie łudzę. Ze względu na przeszłość piłkarską nogi miałem zawsze mocne i to procentuje na rowerze. Na dwóch kółkach progres jest dostrzegalny z miesiąca na miesiąc i tu satysfakcji jest coraz więcej. Trzeba jednak nabrać znacznie więcej obycia w jeździe w terenie. Sama moc nie wystarczy. Bieganie było niezłe i rozwija się własnym rytmem. Ciało w treningu triathlonowym też ulega diametralnej przebudowie, a jak wiadomo – lżejsze ciało łatwiej się niesie.

Na co dzień jesteś dziennikarzem m.in.: Kanału Sportowego. W jaki sposób udaje Ci się łączyć pracę z treningami triathlonowymi?
Są dni trudniejsze i łatwiejsze do zaplanowania. Treningi dostosowuję oczywiście pod obowiązki w pracy, a niekiedy wymaga to sporej gimnastyki. Najgorsze paradoksalnie bywają… weekendy. Jednostki treningowe najczęściej w tych dnia są objętościowo spore, a zdarza mi się komentować np. dwie gale sportów walki, niekiedy w nocy. To kompletnie rozbija cykl dobowy i treningowy. Mógłbym pisać, jak mi ciężko, ale tak nie jest. Mam duży komfort, że praca pozwala mi realizować pasję. W wielu zawodach byłoby to niemożliwe, więc nie narzekam. Tylko kombinuję i staram się spinać całość.

Oprócz tego trenujesz sztuki walki. Na potrzeby przygotowań do triathlonu zrezygnowałeś czasowo z treningów np. MMA, czy starasz się to wszystko pogodzić?
W zeszłym roku jeszcze próbowałem łączyć. Niekiedy chodziłem na rzęsach ze zmęczenia, ale plan pod triathlon układałem sam. Po kontuzji obojczyka naturalnie powrót na salę sportów walki nieco się opóźnił, dodatkowo przygotowania do pełnego triathlonu wymagają masy czasu, a i obowiązków w pracy tylko przybywa. Na razie sporty walki tylko w zawodzie, w teorii, a praktyka nieco zaniedbana. Niestety, ale sporadycznie korzystam, jak tylko jest okazja! To tylko chwilowe zawieszenie, bo sporty walki to sport numer 1.

W tym roku przygotowujesz się do debiutu na pełnym dystansie. Skąd taka decyzja, aby po debiutanckim sezonie spróbować sił w Ironmanie?
To jest nierozsądne. Każdy to odradza i… to w sumie główne przyczyny. Od małego robiłem rzeczy, które inni zakazywali robić. Musiałem się sparzyć, spróbować, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Podobnie jest z triathlonem. Wydaje się to nierozsądne, ale to nie jest tak, że Maciek sobie pójdzie na trasę i z marszu zrobi pełny dystans. Poświęcam na to wiele czasu. Dużą część życia oddałem na te kilka miesięcy i staram się zrobić, ile tylko w mojej mocy. Zaznaczę, że nie chodzi tylko o ukończenie. Oczywiście bez wyzwania czasowego to nie miałoby sensu, bo ukończyć… zrobiłbym to pewnie bez takich poświęceń.

Z jaką częstotliwością obecnie trenujesz w skali tygodnia?
Trenuję codziennie. Jeśli nie są to jednostki pod triathlon, a takich w skali tygodnia jest dziewięć, to staram się uzupełniać zajęcia o stretching, jogę, ćwiczenia oddechowe, czy siłownię. Lubię też medytować, to niezwykle ułatwia koncentrację, wyłączenie myślenia o sprawach nieistotnych i skupienie się na celu. Regenerację też zaliczam do treningu. Odpoczynek daje nam paliwo. Uwielbiam zimne kąpiele!

Gdzie planujesz wystartować na pełnym dystansie?
Tu sprawa jest otwarta. Czekam na propozycję. Oczywiście żartuję. Interesuje mnie okres jesienny – wrzesień, październik. W tych miesiącach chciałbym pojawić się na starcie. Niezależnie, czy Polska, czy zagranica. Mam już dwie pozycje na celowniku, ale nic pewnego.

Uznany kickboxer i zawodnik KSW – Radek Paczuski przyznał niedawno w Twoim programie Octagon Live, że w triathlonowym debiucie od razu na Ironmanie, pokonał trasę w ponad 12 h. W jakim czasie chciałbyś pokonać swojego pierwszego IM?
Nie chcę pisać dokładnie, bo nie chcę zapeszać. Plany jak na debiut są ambitne, pewnie w opinii wielu zdecydowanie za ambitne. Mogę tylko zdradzić, że czas Radka planuje pobić z nawiązką. Po finiszu zdążyłbym zjeść i pizzę i wypić kawkę. Ale żebyśmy się źle nie zrozumieli, nie chodzi mi o bicie czasu Radka. Zupełnie. W triathlonie rywalizujesz sam ze sobą, własnymi celami, słabościami i demonami. Jeśli nie zrealizuję czasu, a będę miał poczucie, że zrobiłem w tym momencie wszystko, co byłem w stanie zrobić, to będzie duża satysfakcja.

Niedawno też pojawiła się informacja, że przygodę z triathlonem zaczyna były zawodnik UFC – Paul Felder. Kogo Ty z polskiego środowiska MMA i sportów walki widziałbyś w triathlonie?
I ta informacja bardzo mi się spodobała! Paul Felder jest niezwykle pozytywną postacią, z otwartą głową. Poza tym, że był świetnym i widowiskowym zawodnikiem, to również pracował i nadal pracuje, jako komentator i ekspert na galach UFC. Kłopoty zdrowotne zmusiły go do zawieszenia kariery sportowej, ale pandemia przyniosła nową pasję. Chciał pozostać przy sporcie i znalazł triathlon. Co ciekawe, już po starcie przygody z nową pasją, kiedy już miał zaplanowany debiutancki start, otrzymał propozycję walki na pięć dni przed galą! Zaakceptował ją. Walkę przegrał, ale wytrzymał pięć rund. Co ciekawe, zwrócił uwagę, że dobra kondycja była efektem treningów triathlonowych. Dodatkowo Felder współpracuję z Lionelem Sandersem, którego historia jest niesamowitą inspiracją i… jest jedną z moich ulubionych postaci z triathlonowego świata.

Jakie masz cele w tej triathlonowej przygodzie?
Skupiam się na małych, bo kompletnie nie znam możliwości własnego organizmu w tej materii. Raczkuję, a im więcej wiem, tym zdaję sobie sprawę, jak dużo jeszcze nie wiem. Każdy dzień, każda jednostka uczy pokory. Ale właśnie dlatego tak łatwo się w tym zadurzyć! Oczywiście, oglądałem filmy z najbardziej ekstremalnych imprez na świecie – Norseman, Icon Livigno, The Brutal w Walii. Nie ukrywam, że kuszą…

Czy są jeszcze jakieś sporty, w których chciałbyś spróbować sił?
Nie ma sensu łapać kilka srok za ogon. Nie w tym momencie. Na razie cel jest dość precyzyjny na kolejne kilka miesięcy, a co dalej? Zobaczymy. Nie będę ściemniał, ale kusi też wejść do klatki MMA, ale na to też jest już zarysowany pomysł w głowie. Pewne rozmowy już były, ale bez konkretów. Pełny dystans ma priorytet w tej rywalizacji. Kości zostały rzucone.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X