Rozmowa

Jacek Tyczyński: Mistrzostwo na długim dystansie największym sukcesem w karierze

W debiucie na Ironmanie zdobył mistrzostwo Polski w Malborku. Jacek Tyczyński przed zawodami mógł liczyć na wskazówki ze strony poprzednich mistrzów. Zdradza także co działo się na trasie i z czym miał największe problemy, a także jak się czuje jako mistrz. 

Jak czujesz się jako Mistrz Polski na dystansie długim?
Dumny i szczęśliwy.

Czy spodziewałeś się przed zawodami tak udanego debiutu na tym dystansie?
Wiedziałem, że stać mnie na dobry wynik, ale też nie zajmowałem się prognozowaniem danego miejsca, czy czasu. To jest bardzo długi wyścig. Naprawdę dużo może się wydarzyć zarówno mi jak rywalom. Chciałem w każdej dyscyplinie móc zrealizować założenia.

Przed zawodami byłeś uważany za czarnego konia tego wyścigu. Czy widziałeś się w podobnej roli, patrząc na rywali, z którymi mierzyłeś się w Malborku?
Prawda jest taka, że żaden z moich rywali w Malborku nie pokonał mnie w tym sezonie. Czułem się mocny i wiedziałem, że jestem przygotowany świetnie zarówno merytorycznie, pod kątem co i jak zrobić, jak i fizycznie. Nie myślałem o jakiejś własnej roli w tym wyścigu, chciałem po prostu dać z siebie maksa tego dnia, bez pecha i wymówek. Wiedziałem, na co się piszę. Wiedziałem, że trasa jest płaska i wymaga wciskania dużych watów. Wiedziałem, że przez pierwsze 2-3 godziny wyścigu będzie bardzo zimno, co przy mojej wadze będzie wyzwaniem. Ale na to wszystko się przygotowywałem.

Wahałeś się na start między Poznaniem a Malborkiem. Co zadecydowało o tym, że zdecydowałeś się na MP na pełnym dystansie?
Od początku sezonu rozważałem debiut na pełnym dystansie w tym roku. Po tym, co wydarzyło się z imprezą w Poznaniu w lipcu, gdzie miały się odbyć mistrzostwa Polski na połówce, potrzebowałem nowej motywacji i celu sportowego, który zmotywuje mnie do ciężkiej pracy. Malbork był idealny pod tym kątem.

Jakie miałeś nastawienie przed tymi zawodami?
Bardzo spokojnie podchodziłem do tego wyścigu. Byłem podekscytowany samym wyzwaniem i w pewnym sensie ciekawy tego, co się wydarzy. Ironman był i jest dla mnie czymś wyjątkowym. Bardzo chciałem się z tym zmierzyć.

Jaki miałeś plan na wyścig?
Chciałem go zrobić po swojemu. Wyjść z wody solidnie, a potem jechać swoje, niezależnie co będzie się działo dookoła. Na moich social mediach dokładniej podzielę się tym, jak wyglądały poszczególne dyscypliny w kontekście planowanego tempa i tego, jak to wyszło. Dziś lub jutro planuję tam sesję Q&A. Także serdecznie zapraszam na mojego IG.

Jak przebiegał sam wyścig z Twojej perspektywy?
W dużym skrócie – pływanie było spokojne, ale jak zaczęliśmy dublować zawodników gdzieś w połowie dystansu, zgubiłem nogi rywali. Dlatego drugą połowę pokonywałem samotnie. Rower to na pierwszej pętli walka z głową, żeby wytrzymać zimno. O 7 było jakieś 6 stopni. Im dalej tym bardziej się rozgrzewałem i jechałem swoje, doganiając kolejnych zawodników. Na pewno były lepsze i gorsze momenty. Spadł mi łańcuch. Miałem problem z pęcherzem, więc musiałem się zatrzymywać, żeby oddać mocz. Większość pokarmów przyjmowanych na trasie miałem w formie płynnej, więc pod tym kątem było to problematyczne. Zgubiłem też dwa bidony, ale punkty odżywcze były bogate. Udało mi się stamtąd wziąć izo i dwa batony. Schodziłem z roweru na drugiej pozycji, z 4’ stratą do Marcina Ławickiego. Zacząłem spokojnie, bo bolały mnie plecy i lewa łydka. Jak po paru kilometrach przywykłem do biegu i ból minął, zacząłem biec żwawo. I kolejne 15-20 km przebiegłem po 3:50/km. Dobrze jadłem i piłem, czując się świetnie. W okolicach 25 km zaczęły się delikatne skurcze. Wiedząc, że mam solidną przewagę i czuję się dobrze, zwolniłem. Biegłem już z kontrolą, bez zbędnego naciskania i ryzyka.

Na której części trasy czułeś się najlepiej?
Jak zawsze na biegu, te kilometry gdzie biegłem nawet szybciej niż 3:50 z uśmiechem na ustach i świetnym samopoczuciem, przy zyskiwaniu przewagi i dopingu kibiców to coś co zapamiętam do końca życia.

Czy podczas wyścigu pojawiały się jakieś kryzysy?
Pojawiały się wątpliwości, ale nie czułem potężnych kryzysów. Wiedziałem, co i jak chcę zrobić w danej sytuacji. Wiadomo, że są lepsze i gorsze momenty. Ale ani przez moment nie miałem w głowie jakiś niepokojących myśli. Cały czas pchałem do przodu.

Co czułeś, wbiegając na metę jako mistrz Polski na długim dystansie i to w debiucie?
Ogromną ulgę i spełnienie. Jestem w tym sporcie już jakiś czas i czekałem na TEN dzień. Wiedziałem, że stać mnie na dobre wyniki, ale często czegoś brakowało. Tego dnia od rana czułem się świetnie. Wbiegając na metę, gdzie czekała moja dziewczyna, rodzice, przyjaciele byłem niesamowicie szczęśliwy.

Tomasz Szala w zeszłym roku też został mistrzem Polski na długim dystansie, debiutując wówczas na IM. Czy jego historia z tego startu był pewnego rodzaju dla Ciebie inspiracją przed wyścigiem?
To może być zaskakujące, ale Tomek dzwonił do mnie w czwartek. Powiedział, że wygram i zdradził mi kilka trików, jak to zrobić. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Własnymi radami podzielił się ze mną też Miłosz Sowiński, który triumfował rok wcześniej. To są wspaniali zawodnicy, którzy zawsze służą radą. Ścigamy się od lat i każdy wkłada w to wszystko, co ma. Dla mnie to ogromna wartość mieć takich kumpli i rywali.

Czy to największe Twoje osiągnięcie w tym sezonie?
To największe osiągnięcie w karierze. Bez dwóch zdań.

Czy czekają Cię w tym sezonie jeszcze jakieś wyzwania?
Wiele wskazuje na to, że czeka mnie jeszcze jeden start na długim dystansie w tym roku.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X