Rozmowa

Bożena Jaskowska: Może kiedyś wrócę na Hawaje

Kiedy zadebiutowałaś w triathlonie?
Pierwszy raz wystartowałam w Malborku. Zdecydowałam się na dystans 1/4IM. To było już sześć lat temu. Niesamowite, jak ten czas leci.
 

Jakie masz wspomnienia związane z pierwszym startem w Malborku?
Same pozytywne wspomnienia. Ale też przepełnione niemałym strachem, a na koniec wielką dumą z siebie i pokonania własnych słabości. Doświadczyłam pierwszy raz pralki na części pływackiej. Niezdarne sięgałam po bidon na rowerze oraz miałam drewniane nogi na bieganiu. Zapamiętałam onieśmielający widok wszystkich wysportowanych triathlonistów! Dodatkowo pierwszy raz jechałam sama, jako kierowca w tak długą podróż samochodem. Musiałam przejechać trasę z Rzeszowa do Malborka. Więc emocji i ekscytacji było naprawdę bardzo dużo.
 

Czy po tych zawodach byłaś przekonana do tego sportu?
Tak. Wiedziałam, że tego szukałam. Tego czegoś nie do końca znajdowałam w bieganiu na asfalcie oraz w biegach ultra. 
 

Co Ciebie przekonało do triathlonu?

Patrząc z dzisiejszej perspektywy to myślę, że jego wszechstronność. Ważny jest fakt, że ciągle mogę się w nim rozwijać. Idealnie wpisał się też w moje cechy charakteru: systematyczność, pracowitość, ambicję. Uwielbiam triathlon za to, że nawet nie posiadając wielkiego talentu oraz przeszłości sportowej, można w nim sporo osiągnąć mrówczą pracą i cierpliwością. Jednak wciąż się uczę cierpliwości.
 

W jakich innych sportach próbowałaś sił?
W podstawówce i w liceum grałam w koszykówkę. Choć początki wspominam dramatycznie. Jako dziecko bardzo szybko rosłam. Miałam problemy z koordynacją ruchową i motoryką. Wywracałam się o własne nogi. Nie łapałam piłek. Nie ogarniałam dwutaktu. Byłam wybierana ostatnia do składu. Koszmar rodem z amerykańskiego filmu. Ale ten koszykarski epizod nauczył mnie bardzo dużo: sportowego uporu i niepoddawania się. Był też świetną lekcją gry zespołowej, wzajemnego wspierania się i mobilizowania. Ostatecznie wskoczyłam do pierwszego składu. Byłam nawet kapitanem drużyny przez dwa lata.
 

Jakie elementy z innych dyscyplin udało się przełożyć na triathlon?
Na pewno pracowitość i systematyczność. Także świadomość, że jednym pewne rzeczy i umiejętności przychodzą łatwiej. Inni muszą na to poświęcić znacznie więcej czasu i pracy. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy.
 

Jaką rolę w Twoim życiu odgrywa dziś triathlon?
Był czas, że triathlon był moim życiem. Odpływałam w nim totalnie. Wszystko potrafiłam podporządkować pod treningi i zawody. Dziś staram się, by triathlon był dodatkiem do życia. Świadomie dbam o life-work-sport balance. Choć nie zawsze wychodzi. Mimo to nie ustaję w próbach znalezienia tego mitycznego złotego środka.
 

Na jakim dystansie czujesz się najlepiej?
Na długim dystansie. Mam za sobą dopiero trzy starty na dystansie IM. Mimo to, on pociąga mnie najbardziej.
 

Dlaczego akurat ten dystans?
W sumie sama nie wiem. Jest takim moim małym wielkim świętem wieńczącym rok przygotowań. Wymaga pokory oraz odwagi. Jest dużym i konkretnym celem. Do niego prowadzi jeszcze większa i ciekawsza droga.
 

Które płaszczyzny są Twoja mocną stroną, a jakie elementy wymagają pracy na treningach?
Nad wszystkim pracujemy na treningach razem z moim trenerem Kubą Bieleckim. Wciąż jest mnóstwo do zrobienia w kwestii szybkości na pływaniu i w biegu. Ćwiczę też odżywianie. To jest przecież czwarta dyscyplina na IM. Dbam o trening uzupełniający. Dzięki niemu unikam w tym sezonie kontuzji. One były moją dotychczasową zmorą. Bardzo chcę też poprawić technikę jazdy na rowerze oraz zjazdy.
 

Czy masz sportowy autorytet?
Trudno wskazać tu jedno nazwisko. Jestem psychofanką, Lionela Sandersa, z którym nawet udało mnie się dwukrotnie porozmawiać. Poza tym szanuję i podziwiam dziewczyny z naszego rodzimego podwórka. One fantastycznie reprezentują nas na światowych arenach, m.in. na Hawajach oraz w tym roku w Nicei. Za wszystkie mocno trzymam kciuki!
 

Czym się zajmujesz na co dzień poza sportem?
Pracuję na uczelni wyższej. Jestem dyrektorką biblioteki akademickiej. Z zawodu i pasji jestem bibliotekarką.
 

Czego nauczył Ciebie triathlon?
Triathlon świetnie nauczył mnie organizacji, logistyki i planowania. Wyrozumiały trener potrafi poukładać wszystkie klocki, by wpasowały się one w moje życie zawodowe i osobiste. Choć nie ma co ukrywać, że przygotowania pod długi dystans są bardzo czasochłonne. Zajmują sporą część doby. Zwłaszcza ostatni miesiąc lub dwa przed startem.
 

Czy miałaś chwile zniechęcenia do treningów oraz zawodów?
Zawsze znajdzie się trening, na który nie chce się wychodzić. Wówczas realizujemy go tylko siłą woli. Ale generalnie lubię trenować. Bardzo fascynuje mnie droga, którą należy pokonać, aby osiągnąć postawiony cel startowy. O wiele trudniejszy jest dla mnie czas, gdy nie mogę trenować z powodu kontuzji czy choroby.
 

Czy chciałaś całkowicie zrezygnować z triathlonu?
Był taki czas. Miałam trudniejszy okres w życiu. Chciałam całkiem zrezygnować z triathlonu. Ale wtedy też dzięki trenerowi odkryłam, że to właśnie treningi pozwalają mi uporać się z rzeczywistością oraz ostatecznie wyjść na prostą.
 

Które zawody są dla Ciebie najważniejsze w tym sezonie?
Ten sezon jest luźniejszy od poprzedniego. Wywalczyłam w nim slota i wzięłam udział w Mistrzostwach Świata Ironman na Hawajach. Trenuję bez presji. Bawię się sportem. Zdobywam nowe doświadczenia m.in. startując w swimrunie oraz w maratonach pływackich. Potrzebowałam takiego luzu dla ciała i głowy. Mimo to osiągam fajne i satysfakcjonujące wyniki. We wrześniu startuję w IM Cervia. Do Włoch jadę po kolejne doświadczenia oraz nauki od długiego dystansu. Mam zamiar dobrze się bawić i nie zaliczyć żadnej bomby na trasie.
 

Jak wspominasz ubiegłoroczny start na Hawajach?

Mam w głowie mnóstwo fantastycznych wspomnień z Big Island. Trzeba przyznać, że marka IM potrafi odpowiednio kultywować legendę, skutecznie budować magię i mityczność tego miejsca. Najlepsi sportowcy w jednym miejscu, przyprawiająca o ciarki na plecach oprawa, fantastyczni wolontariusze oraz wielka skala trudności zawodów. To sprawia, że Mistrzostwa Świata na Hawajach to wydarzenie niepowtarzalne. Po prostu ma w sobie to COŚ. Poza tym zachwyca sama wyspa. Jej przyroda, klimat, roślinność, krajobrazy, cudowne zachody słońca są niesamowite. Długo będę mieć to wszystko w pamięci.
 

Co wyróżniało tamte zawody na tle pozostałych?
Oczywiście temperatura i warunki panujące na trasie oraz liczba wybitnych sportowców w jednym miejscu. Koszty uczestnictwa i eskapady na drugi koniec świata też się wybijają. Poza tym: rozmiar całego przedsięwzięcia, wielkie expo, liczba wolontariuszy i ogromny poziom ich zaangażowania wyróżnia od innych zawodów. Także pojawiająca się na każdym kroku komercja oraz… piękne żółwie wodne w oceanie oraz delfiny.
 

Czy osiągnięty wynik spełnił Pani ówczesne oczekiwania?
Slota na Hawaje zdobyłam w IM Kalmar, na 7 tygodni przed mistrzostwami. To był mój drugi start na dystansie Ironmana. Biorąc pod uwagę konieczność regeneracji, na dobre przygotowania pod ten start, nie mogło być już miejsca. W moim przypadku proces dojścia do pełni sił trwa miesiąc. Dla mnie wielkim sukcesem i niemałym zaskoczeniem było już samo uzyskanie kwalifikacji. W Konie nie walczyłam już o wynik. Chciałam po prostu przeżyć wspaniałą przygodę, doświadczyć tej hawajskiej legendy i w zdrowiu dotrzeć do mety. Wszystko to się udało wyśmienicie. Na metę wbiegłam z uśmiechem na ustach. Uplasowałam się w połowie stawki mojej kategorii wiekowej.

 

Co chciałabyś osiągnąć w triathlonie?
Chciałabym być zdrowa i móc się w nim jeszcze nadal rozwijać. Marzą mi się też zawody IM w jakiś fajnych i nieoczywistych miejscach, zwłaszcza xtri. Być może kiedyś wrócę też na Hawaje.
 

Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne
 

Czytaj także:

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close