Wiadomości

Zwycięstwo w Diablaku najlepszym prezentem urodzinowym

Kilka dni temu wygrał w niezwykle trudnym wyścigu, jakim był Diablak. Bartosz Grubka specjalnie dla TriathlonLife.pl opisał całe wyzwanie z własnej perspektywy.

Zawodnik trenujący w klubie TRiO Team Oświęcim pokonał trasę z czasem 12:47:22. Tym samym sprawił sobie prezent urodzinowy.

Ostatnie przygotowania do startu

Dzień rozpoczął się dla mnie o drugiej w nocy. Pobudka, szybkie ubieranie w kombinezon, zabranie przygotowanych wcześniej rzeczy i w drogę. 3:15 jesteśmy na zaporze w Tresnej. Ostatnie przygotowania i wskakuję w piankę. Noc była piękna i spokojna, ale w powietrzu czuć emocje wśród wszystkich uczestników. Robimy coś extra. W końcu wybiła 3:59. Wszyscy na kamienistym brzegu Jeziora Żywieckiego zaczynają odliczanie. 10, 9,…3, 2, 1. No to się zaczęło!

Przebieg startu

Płynę spokojnie własnym tempem. Kontroluję oddech i nawigację. O 4:30 był wschód słońca, my wtedy byliśmy na środku jeziora. Biorę oddech na lewą stronę. Widzę piękne jezioro otoczone górami i podświetlone na czerwono niebo i chmury wschodzącym słońcem, a w oddali, daleko widać Babią Górę. Tak, to moja meta, będę tam za 12 godzin. Niesamowite! Wychodzę z wody po 58 minutach jako drugi. Lekki delay w stosunku do planu, ale spowodowany prądem wody. Spokojna przebierka i zaplanowany szybki ciepły bufet przed rowerem.

Jadę. Spokojnie, ale solidnie i równo. Trzymam się planu. Po godzinie na Salmopolu łapię pierwszego zawodnika. Życzę mu powodzenia i zaczynam liderowanie. Zjazd z Ochodzitej o letnim poranku, przy pustej drodze z obłędnym widokiem na Tatry zostaje w pamięci. Pierwsze runda za mną. Kolejna będzie cięższa, bo pierwsze zmęczenie będzie się dawać we znaki i temperatura powietrza, która rosła. Na Ochodzitej czuję już sześciogodzinny wysiłek. Kończę drugą pętle i wpadam do strefy zmian. Wskakuję w buty i ubieram plecak. Wybija 7 godzina wysiłku.

Kolejny planowany przeze mnie ciepły bufet. Kilka minut na posiłek i uspokojenie organizmu. Jeszcze szybkie siku i ruszam. Jak będzie? Jest okey. Nogi super, tętno okey. Biegnę sprawnie, ale pod kontrolą. Jest ciepło. Bardzo. Dalej wręcz gorąco, ale nie narzekam. Pierwszy półmaraton do Korbielowa mija sprawnie i całkiem szybko. W Korbielowie, czeka na mnie mój ostatni zaplanowany ciepły bufet. Wciskam parę łyżek ciepłej zupy. Zmieniam buty i plecak. Przede mną ostatnie trzy godziny sam na sam w szlaku bez jakiejkolwiek pomocy. Wstaję i czuję, że w żołądku nie jest najlepiej.

Drobne problemy na biegu

Puszczam pawia pod płotem. Wstaję, jest okey. Biorę colę i znikam w lesie. Pierwsza godzina idzie super. Wbiegam niemal wszystko, aż do czerwonego szlaku. Zaczynam czuć, że żołądek przestaję pracować. Liczę na colę na bufecie na Głuchaczkach. I? Nie ma, tylko woda, która mi nie wchodzi. Zabieram rodzynki w rękę i lecę dalej. Zmęczenie i brak sił przez problemy z żołądkiem powodują, że biegnę wolniej. Podejścia muszę pokonywać z trudem. Na Mednralowej otrzymuję od kogoś colę (teraz już wiem, kto to! dziękuję!). Pomaga. Ostatnie 5km. Wdrapuję się na Małą Babią i jest i on – DIABLAK.

Zmęczenie teraz się już spotęgowało. Zbiegam do przełęczy, gdzie czeka na mnie Biesu. Ostatnie 2 km na szczyt pokonujemy razem. Zatrzymuję się na chwilę w moim ulubionym miejscu przed szczytem i już wtedy wiem – udało się! Wchodzę na szczyt spokojnie, na mecie szampan i moi bliscy czekają z powitaniem. To najlepszy prezent na urodziny, jaki mogłem sobie sprawić. Jest bajecznie, nieziemsko i szczęśliwie. Spoglądam w dół, patrząc daleko na Jezioro Żywieckie, z którego ponad 12 godzin wcześniej patrzyłem na miejsce, w którym teraz stoję i przechodzi mi myśl – jak wiele człowiek może!

Na koniec dziękuje mojemu Tacie za ogromne wsparcie, który jako mój suport był niemal każdym miejscu na trasie!

Bartosz Grubka
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X