Rozmowa

Zbigniew Gucwa planuje start w IRONMAN Lanzarote

Własnie ukończył zgrupowaniu w Hiszpanii. Jakiś czas temu zdecydował, że spróbuje wystartować na pełnym dystansie. Jednak wszystko może pokrzyżować niedawna kontuzja zerwania ścięgna Achillesa. Nie poddaje się. Walczy z czasem. 

Obecnie przygotowujesz się do startu w IM Lanzarote. Skąd decyzja o starcie?
Siedem lat temu stałem się stricte trenerem. Przez pierwsze trzy lata, udawało mi się utrzymywać dosyć dobrą kondycję fizyczną. Jednak przez kolejne cztery lata stosunek mojej wagi do formy fizycznej zaczął iść w bardzo złym kierunku. Wraz z rozwojem projektów, które prowadzę, czyli GVT i wszystko z nim powiązane, miałem coraz mniej czasu na własny trening. Wpadłem w pułapkę byłego sportowca, który jeżeli się za mało rusza, to szybko tyje. Niestety, dobiłem do 116 kilogramów, mając 191cm wzrostu. Do tego w pewnym momencie straciłem odpowiedni balans w życiu. Złapałem się nad problemem, z którym przychodzi do mnie większość zawodników, czyli brak odpowiedniego balansu w życiu pomiędzy treningami, pracą, a życiem rodzinnym. Dodatkowo w tym czasie urodził mi się synek Franek, który w maju skończy dwa lata. Tych wymówek mógłbym znaleźć jeszcze kilka. Dlatego stwierdziłem, że trzeba z tym skończyć. Jestem byłym sportowcem. Więc szukałem czegoś,  co mnie zmotywuje i się udało. Ponownie odnalazłem właściwy balans.

Kiedy narodziła się myśl o wystartowaniu w IM?
Od kilku lat miałem to z tyłu głowy. Dotychczas raz startowałem na pełnym dystansie w Barcelonie, 4,5 roku temu. Byłem naprawdę dobrze przygotowany i po bardzo udanym sezonie triathlonowym. Gdzie jako już trener, były sportowiec z 10-kilogramową nadwagą oraz z niewielką ilością czasu na trening, poczynałem sobie naprawdę dobrze. Triathlon był  dla mnie czymś nowym i dawał mi bardzo dużo satysfakcji. Więc pozytywnie się nakręcałem. Niestety, dwa dni przed startem mocno się rozchorowałem. Miałem intensywną gorączkę i infekcje górnych dróg oddechowych. Z tego powodu, że byłem już w Hiszpanii, to  spróbowałem startu.

Z jakim skutkiem?
Niestety, choroba mnie pokonała. W połowie dystansu kolarskiego podjąłem decyzję, żeby się wycofać, ponieważ czułem, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Nie warto, aż tak ryzykować.

Zobacz też:

Paulina Klimas: Chcę wrócić do startów w Pucharze Europy

Jak ogólnie wspominasz tamten start?
Generalnie, z dużym zażenowaniem, ponieważ wtedy po raz pierwszy spotkałem się z tak dużym problemem draftingu. Organizatorzy całkowicie stracili kontrolę nad wyścigiem podczas etapu kolarskiego. Byłem w ciężkim szoku, jak zawodnicy robili, co chcieli. Wówczas walczyłem na etapie nauki pływania i siłą rzeczy na trasę kolarską ruszyłem bardzo późno. Od samego początku roweru przechodziłem wszystkie osoby. Do 90 kilometra wyprzedzanie szło mi bardzo dobrze, ponieważ miałem średnią 41,5km/h. Niestety, moje osłabienie chorobą dało mi się mocno we znaki. Musiałem odpuścić. Jednak za nim to się stało, zauważyłem, że mam coraz większe problemy z wyprzedzaniem rosnących “pociągów”, w których jechało 200-300 zawodników. Napotkałem grupę, która jechała ze zbliżoną prędkością do mojej. Nie mogłem już im tak łatwo odjechać. Gdy choroba mnie pokonała i zszedłem z trasy, to dopiero wtedy zobaczyłem, że brałem udział w największej na świecie “olimpijce”.  Nadjeżdżały kolejne grupy, w których jechali sędziowie. Zawodnicy byli praktycznie niezmęczeni. Siła tych peletonów była przeogromna, ponieważ zawodnicy z przodu jechali po zmianach, a reszta zawodników “siedziała” na kole jak na normalnym wyścigu kolarskim. Obok nich jechali sędziowie na motorach, którzy kompletnie nie reagowali. Sami zawodnicy gaworzyli o przygotowaniach do pełnego dystansu.

Jak Ty na to zareagowałeś?
Przecierałem oczy ze zdumienia. Śmiałem się sam do siebie, że przez gorączkę chyba mam omamy. Szczerze mówiąc oszustwo, które widziałem na własne oczy, tak bardzo mnie zdemotywowało do ścigania się w triathlonie, bo przyszedłem do triathlonu, żeby walczyć sam ze sobą, a nie peletonami kolarskimi. Od tego są wyścigi kolarskie. Wracając do Barcelony, bardzo byłem z siebie zadowolony, że przepłynąłem 3,800 kilometra. Dla osoby uczącej pływać się od zera to był duży wyczyn. Cieszyłem się tym faktem jak dziecko.

Dlaczego wybrałeś akurat zawody w Lanzarote jako kolejną próbę pokonania pełnego dystansu?
Już od kilku lat myślałem o tym konkretnym starcie. Wcześniej wystartowałem na Ironman 70.3 Lanzarote. Zobaczyłem, że to jest całkiem inny triathlon, niż te, w których dotychczas wystartowałem. Trasa kolaska jest bardzo ciężka, fizyczna oraz techniczna. Dzięki temu praktycznie nie występuje tutaj problem draftingu. Fakt, że najlepsi zawodowcy na świecie mają problem z uzyskaniem czasu poniżej pięciu godzin, pokazuje, jak bardzo ciężka jest trasa.

Kiedy rozpocząłeś przygotowania?
Z tego względu, że od kilka lat moja forma szła mocno w dół, podszedłem do tematu odpowiedzialnie. Mój start zaplanowałem na 23 maja 2020 roku. Zacząłem przygotowania na przełomie sierpnia i września 2019 roku. Zacząłem spokojnie wzmacniać organizm. Niestety, w grudniu nabawiłem się kontuzji zerwania ścięgna Achillesa.

gucwa

Zajrzyj do:

Wilkowiecki wyjechał do Hiszpanii, zmienił trenera…

Jak to się stało?
Podczas jednego treningu z moimi zawodnikami graliśmy w piłkę na sali. Źle stanąłem. Mając 33 lata, brutalnie dowiedziałem się, że zwapnienia na Achillesie mogą pojawić się już po 30 roku życia. Wcześniej mylnie myślałem, że po 40 roku życia. Nigdy nie miałem żadnych problemów z Achillesem. Jako były sprinter miałem kilkukrotnie poważne kraksy, kontuzje. Bycie wyczynowym sportowcem oznacza walkę z bólem. Niestety, przy tego typu kontuzji, dowiedziałem się, że bez żadnych objawów można w tak łatwy sposób zerwać Achillesa. Zrobiłem krok w przód do piłki i nagle poczułem, jakby w prawą nogę uderzył piorun. Był straszny huk, który tylko ja słyszałem. Tak głośny, że na chwilę mnie ogłuszyło. Bardzo szybko poczułem, że żarty się skończyły. Na szczęście profesor Artur Pupka skierował mnie do prywatnej kliniki, gdzie dzień później rano miałem operacje. To było 13 grudnia 2019 roku. Dziękuje profesorowi za wybranie skutecznej metody, operacji, która polegała na wczepieniu taśmy. Połączyła zerwane w całości ścięgno. Jest to mniej inwazyjna metoda od klasycznej, gdzie zszywa się rozerwane ścięgno. Dzięki czemu dużo szybciej wraca się do sprawności.

Jak ta kontuzja wpłynęła na przygotowania?
Całe przygotowania stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Jednak nie należę do osób, które łatwo się poddają. Gdy byłem wyczynowym kolarzem, to dwukrotnie miałem kontuzję po osiem miesięcy i zawsze wracałem silniejszy. Stwierdziłem, że tym razem również się nie poddam się i podejmę walkę. Jeżeli jednak mój Achilles nie będzie ponownie sprawny, niestety będę musiał zmienić  plany. Decyzję podejmę na miesiąc przed startem.

Ile trwała przerwa od treningów?
Jeden dzień, po wyjściu ze szpitala, kolejnego dnia poszedłem o kulach na siłownię. Akurat tak się złożyło, że w dniu operacji umówiłem się już wcześniej z Pawłem Brodziakiem na mój pierwszy trening na siłowni. Dlatego przełożyłem trening o jeden dzień. Czułem się fatalnie.  Ciągnęły mnie szwy. Nogę miałem w ortezie. Więc pozostały mi ćwiczenia mięśni od pasa w górę. Wiedziałem, że jestem w trudnej sytuacji, ale nawet przez chwilę nie straciłem wiary w siebie. Wiedziałem, że muszę walczyć i kontuzja jest wynikiem moich wcześniejszych zaniechań. A paradoksalnie wydarzyła się w momencie, gdy zacząłem ponownie dużo bardziej dbać o własny organizm. Dostałem takiego pozytywnego pstryczka ostrzegawczego, którego zamierzam wykorzystać.

Jak kontuzja wpłynęła na Twoje przygotowania?
Musiałem pozmieniać całe plany. Wiedziałem, że muszę działać z każdym dniem. Nagle mój pomysł start się bardziej szalony. Pomyślałem, że teraz wiem, jak bardzo mało czasu zostało i nie mogę go tracić, wykorzystując każdy dzień maksymalnie. To trudne zadanie, żeby pogodzić rehabilitację kontuzjowanej nogi i mądry trening.  Jak na razie udaje mnie się to bardzo dobrze. Mimo iż mój plan brzmi niezwykle szalenie, ja spokojnie z dnia na dzień go realizuje. Skupiam się na małych rzeczach.

Czy nadal odczuwasz skutki tej kontuzji?
Tak, mam zrosty w miejscu po operacji i przez miesięczne noszenie ortezy. Na nowo uczę się chodzić. Niestety, cały czas kuleje, ale każdego dnia jest lepiej.

Posłuchaj też:

IRONMAN w Polsce. Michał Drelich już wie. Podcast #6

Jak przebiega rehabilitacja?
Na szczęście z pomocą wielu specjalistów moja rehabilitacja idzie w dobrym kierunku. Bardzo szybko po operacji, po zaledwie po czterech tygodniach zacząłem pływać. Po  kolejnych dwóch tygodniach zacząłem jeździć na rowerze. Wspierają mnie moi zawodnicy oraz trenerzy GVT. Na co dzień wspierają mnie przy prowadzeniu moich zawodników. Sam jestem w szoku, jak szybko mój organizm reaguje na treningi, którym się poddaje. Mogę już jeździć i pływać. Szczególnie na pływaniu mogę pływać już bez ograniczeń, a na rowerze odczuwam bardzo duży dyskomfort w kontuzjowanej prawej nodze, ale robię treningi do granicy bólu. Na przykład po przejechanych 20 kilometrach robię sobie przerwę 10-20 minut i jadę dalej. Staram się stopniowo wzmacniać organizm. Niestety, nie mogę jeszcze biegać. Gdy chodzę, utykam i codziennie staram się robić ćwiczenia rehabilitacyjne,  żeby zniwelować zrosty po bliźnie oraz chodzić bez ograniczeń. Mam nadzieję, że do końca marca uda mi się wzmocnić nogę, że będę wstanie, normalnie chodzić i tym samym zacząć biegać. Podjąłem próby na bieżni. Jednak poczułem, że to za szybko i noga nie jest gotowa. Wspólnie z moimi rehabilitantami podjęliśmy decyzję, że najpierw muszę wzmocnić nogę ćwiczeniami ogólnymi, siłownią, rowerem, basenem. Wtedy zacznę biegać.

Kiedy ostatni raz stanąłeś na starcie zawodów jako zawodnik?
W zeszłym roku brałem udział w jednych zawodach triathlonowych podczas Memoriału Jasia Kmiecia w Sławie. Wystartowałem z małą Amelią i wspólnie ukończyliśmy zawody. To były  niesamowite zawody. Wynik był najlepszy na świecie, ponieważ tak bardzo cieszyłem się szczęściem Amelii i innych niepełnosprawnych dzieci, że płakałem ze szczęścia. Jednocześnie płakałem ze smutku, wspominając Jasia, czyli niezwykłego wojownika, który wspólnie z moim podopiecznym Łukaszem Malaczewskim, zmienili podejście do triathlonu w Polsce.  W poprzednim roku wystartowałem w jednych zawodach kolarskich w sierpniu. Poszło mi naprawdę dobrze mimo dużej nadwagi.

Jak wyglądały Twoje starty we wcześniejszych latach?
W 2018 roku dwukrotnie wystartowałem w sztafetach triathlonowych, w których wspólnie z moimi podopiecznymi wygraliśmy całe zawody w Warszawie i Mietkowie. Trzykrotnie stawałem na podium zawodów amatorskich kolarskich Via Dolny Śląsk. Byłem w szoku, że bez treningu i z nadwagą, jak na sportowca, ponieważ ważyłem wtedy ponad 110 kilogramów. Naprawdę szło mi dobrze. Rok wcześniej startowałem głównie na 1/8. Za każdym razem stawałem nawet na podium. Czułem już wtedy, że forma jest daleka od ideału. Jednak  moi zawodnicy sprawiali mi ogromną satysfakcję swoimi wynikami, do których przykładałem cegiełkę. Jako sportowiec amator trenowałem tylko jeden lub dwa razy w tygodniu. Jedynie czasami podczas obozów treningowych trenowałem więcej z moimi zawodnikami. Startowałem w kilku biegach, ale zawsze bardziej towarzysko.

gucwa

Zajrzyj do:

Łukasz Kalaszczyński: Cel Hawaje. To pozostaje bez zmian

Jak ta kilkuletnia przerwa od startów w roli zawodnika wpłynęła na Twój organizm?
Myślę, że wpłynęła dobrze na sferę mentalną. Nabrałem do wszystkiego dystansu. Jako trener na wszystko zacząłem patrzeć z innej perspektywy. Z kolei bardzo źle przerwa zadziałała mnie, jako sportowca amatora. Naturalnie jestem silny fizycznie i zawsze dużo rzeczy w sporcie przychodziło mi szybciej niż innym. Nagle zacząłem łapać się na tym, że pewne rzeczy same się nie zrobią.

Czy rozważasz udział w jakiś zawodach kontrolnych przed IM Lanzarote, żeby sprawdzić prezentowaną formę?
Tak, jeśli tylko Achilles mi na to pozwoli. Pewnie na początku, jeżeli z nogą będzie wszystko w porządku, będą to wyścigi kolarskie. Jeżeli rehabilitację będę przechodził sprawnie, na pewno na początku maja spróbuje wystartować w jakimś triathlonie.

Co będzie dla Ciebie największym wyzwaniem w trakcie przygotowań do tych zawodów?
Po operacji byłem niezwykle poirytowany faktem, że nie mogę się poruszać. Byłem przez chwile przywiązany do łóżka. Dla osoby aktywnej to chyba najgorsze, co może się w życiu przytrafić. Dlatego moim największym wyzwaniem jest przywrócenie sprawności, elastyczności, siły w kontuzjowanej nodze oraz uzyskania wagi, najlepiej poniżej 90 kilogramów. Gdy byłem wyczynowym sportowcem, ważyłem 80-83 kilogramy. Byłem sprinterem. Więc jak na kolarza taka waga była dosyć spora. Jednak gdy startowałem w triathlonach, szło mi całkiem przyzwoicie. Wtedy waga wahała się między 93-97 kilogramów. Dlatego moimi największymi wyzwaniami jest doprowadzenie nogi do pełnej sprawności  albo chociaż takiej, że będę mógł stanąć na starcie i nie zrobić sobie krzywdy oraz zejść w dół ze swoją wagą. Oczywiście ona pomoże mi mieć lepsze odczucia, ale przede wszystkim zwiększy moje bezpieczeństwo podczas biegania.

Przeczytaj też:

Ewa Matkowska: Razem z Kornelią wystartuję w Gdyni

W jaki sposób udaje się Tobie znaleźć obecnie czas na własne treningi i godzenie z tym wszystkich obowiązki zawodowe?
W ostatnim czasie wpadłem w typową pułapkę. Mając dużo pracy i innych obowiązków, odkładałem własną aktywność fizyczną, bo będę miał więcej czasu dla siebie i swoich zawodników. Wiedziałem to już wcześniej, że to mylne myślenie. Mimo wszystko nie byłem tutaj konsekwentny. Jednak fakt, że nie trenowałem, nie było tylko kwestią czasu. Przede wszystkim chodziło o motywacje do treningu, której przez okres ostatnich trzech lat nie odczuwałem. Bo jako sportowiec jestem zadowolony ze swojej kariery, a jako trener mam bardzo dużo sukcesów ze swoimi podopiecznymi. Naprawdę czuję się spełniony w sporcie. Przez to wpadłem w takie dziwne uśpienie. Co najważniejsze, doskonale wiem, jak ciężko jest być sportowcem. Nie zależnie od tego, czy jest się wyczynowym sportowcem albo amatorem. To jest cała masa wyrzeczeń, koncentracji, to wszystko samo się robi. Dodatkowo bardzo mnie motywuje mój syn Franek, który w maju skończy dwa lata. Chciałbym, żeby gdy podrośnie, pamiętał mnie, że nie jestem tylko kawałem chłopa. Dodatkowo bardzo motywuje mnie moja narzeczona Paulina Kotfica. Bardzo mnie wspiera i cały czas żartowała, że gdy się poznaliśmy, to byłem chudszy.

Obecnie przebywasz razem z GVT BMC Triathlon na zgrupowaniu w Fuertaventura (Hiszpania). Jak oceniasz dotychczasową pracę zawodników na obozie?
W tym roku organizuję dwa obozy klimatyczne, w Hiszpanii. Jesteśmy już po jednym 10-dniowym pobycie w Lloret de Mar, gdzie po raz pierwszy wsiadłem na rower po operacji. To  było super przeżycie, które naprawdę bardzo doceniłem. Gdy szykowaliśmy się już na kolejny obóz, czyli Giverola Camp w dniach 14-24 marca, to zadzwonił do mnie Michał Drelich. Zaprosił mnie i moich zawodników PRO na tygodniowy obóz na Feurcie. Myślałem, że sobie ze mnie żartuje. Jednak sprawa była poważna. Trzeba było szybko się zorganizować. Dostaliśmy ogromne wsparcie od Michała. Za to bardzo mu dziękuję. Jesteśmy na wyspie zaledwie kilka kilometrów od Lanzarote. Więc mogę trenować na rowerze w zbliżonych warunkach.

Ilu zawodników uczestniczy w tym zgrupowaniu?
Ostatecznie z moich wyczynowych zawodników Tomek, Ola i Siergiy mieli w tym czasie inne plany, więc jestem na obozie z Pauliną i młodym zawodnikiem Sebastianem Słomińskim, który w tym sezonie będzie młodzieżowcem. Tu jest grupa zawodników age-group, która tworzy fajną atmosferę.

Jakie są założenia treningowe dotyczące tego obozu względem zawodników?
Zawodnicy mają do zrobienia swoją robotę. Paulina w końcu wyeliminowała problemy z plecami. Dzięki temu nadrabia braki w pływaniu i bieganiu. Ma tutaj duże zaległości,  ponieważ przez ostatni rok trenowała na jakieś 50% przez problemy z plecami. Sebastian natomiast uczy się triathlonu. Pływa bardzo dobrze. W zeszłym roku na Pucharze Europy Juniorów w Olsztynie wyszedł z wody jako pierwszy z Polaków. Ma cały czas duże braki w treningu kolarskim i biegowym. Dlatego korzysta z super warunków, jakie tu mamy, za co jeszcze raz dziękujemy Michałowi Drelichowi i Sport Evolution.

Udaje się Tobie łączyć własne jednostki treningowe z resztą zawodników, czy skupiasz się na roli trenera?
Dla mnie bycie trenerem w zawodowym życiu jest priorytetem. Nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że nagle mi odbiło i staję się pseudo zawodnikiem, pseudo trenerem. Bardzo nie podoba mnie się taki miks u młodych polskich zawodników, którzy w bardzo młodym wieku stają się czynnymi zawodnikami i trenerami jednocześnie. To jest bardzo zła, niebezpieczna tendencja, która ma miejsce. Nie chciałbym wyjść na hipokrytę, ale ja od 14 do 26 roku życia byłem czynnym zawodnikiem. Przeszedłem dobrą szkołę, gdzie moje kluby we Francji wymagały ode mnie, żebym prowadził jakiś pojedyncze treningi dla młodszych zawodników. To była super praktyka i wprowadzenie w zawód trenera, ale wychodząc z takiego treningu,  miałem spokojną głowę. Dalej mogłem skupić się na sobie jako zawodniku. Bycie wyczynowym sportowcem to naprawdę bardzo ciężki kawałek chleba. Teoretycznie ma się dużo czasu, ale ten czas trzeba pożytkować na regeneracje, koncentracje. Wiadomo, że z czegoś trzeba żyć. Ciężko jest o sponsorów finansowych, ale niestety, żeby być wyczynowym zawodnikiem, trzeba się poświęcać latami. To bardzo ciężki kawałek chleba.

Jak to jest być trenerem zawodników PRO i AG?
Będąc natomiast trenerem zawodników i PRO i age-group, to jest bardzo duża odpowiedzialność. Chcąc nie chcąc, cały czas się o nich myśli. Cały czas się kombinuje, co zmienić, co zrobić lepiej. Ja czuję taką presję. Sam na siebie ją wywieram, że moje treningi nie mogą wpłynąć negatywnie na moich zawodników. Mam całą masę obowiązków. Muszę  się z nich wzorowo wywiązywać. Dlatego cały czas skupiam się przede wszystkim na swoich zawodnikach. Moje treningi traktuję jako hobby. Mimo że mam inne pasje, jakimi są: historia i geografia, to sport jest największym hobby. Dlatego na rowerze udaję mnie się jechać momentami z moimi zawodnikami, ale gdy moja noga mnie spowalnia, nie chcę, żeby na mnie czekali. Wtedy sam kontynuuje swój trening. Pozostałe jednostki robię wolnym czasie w samotności. Liczę, że za jakiś czas będę mógł wspólnie z nimi pobiegać, ale jeszcze długa droga przede mną.

Czytaj także:

MKON: Z oporami myślałem o powrocie do triathlonu

Do kiedy potrwa ten obóz w Hiszpanii?
Do 9 marca. Potem 14 marca do 24 będę na obozie ze swoimi zawodnikami w Hiszpanii.  Później zamierzam trenować w Polsce. Już nie mogę doczekać się środowych treningów kolarskich ze zawodnikami, z którymi ruszamy od kwietnia.

Planowane są jeszcze jakieś zgrupowania przed sezonem 2020?
Oprócz zgrupowania w Giverolii będziemy robić krótkie 3-4 dniowe konsultacje w Polsce. Później w lipcu planujemy obóz w Livigno.

Na których zawodach w tym sezonie będzie można obserwować zawodników GVT BMC?
W Polsce staniemy na starcie zawodów Ironman 5150 w Warszawie i Enea Ironman 70.3 Gdynia. Te zawody są zawsze dla nas priorytetem, ponieważ przyjeżdżają mocni zawodnicy z zagranicy. To są zawody na bardzo wysokim poziomie. Na pewno pojawimy się na różnych mistrzostwach Polski oraz dużych zawodach jak np. Enea Bydgoszcz Triathlon. Mamy zaplanowane kilka startów zagranicznych. Nasz kalendarz oraz nowego partnera strategicznego przedstawimy na początku kwietnia. Jednak już teraz mogę zdradzić, że naszym pierwszym poważnym startem będzie Challenge Salou, w którym wystartuje Tomek Brembor.

Jaki masz cel wynikowy na IM Lanzarote?
Chcę dobrze się bawić i być zdrowym. Już udało mnie się schudnąć, z czego jestem bardzo zadowolony. Odzyskałem motywację do treningów. Dzięki temu pracuję jeszcze bardziej efektywnie. Wiem, że kilka osób udało mnie się zainspirować i zmotywować własną historią.  Bardzo się z tego cieszę. Sam start tutaj będzie najmniej ważny, dla mnie liczy się droga,  którą muszę pokonać. Zostało mi 2,5 miesiąca. Chciałbym być zdrowy i szczupły na starcie. To, że stanę na starcie przygotowany, będzie dla mnie największym sukcesem. To wszystko   jest dla mnie zabawą.

To jest taka jednorazowa inicjatywa, czy planujesz częściej pojawiać się na zawodach w roli zawodnika?
Myślę, że w tym roku pojawię się na kilku zawodach w Polsce, nie tylko w roli trenera. Jednak zamierzam się bawić tymi startami. Nie wywieram na siebie żadnej presji. Skoro tak ciężko trenuję, warto wykorzystać te przygotowania i wypracowaną formę. Warunek jest jeden. Muszę być zdrowy. Ze względu na to, że sam do końca nie wiem, jak zachowa się kontuzjowana noga za 2,5 miesiąca, to zachowuje spokój. Skupiam się na rzeczach, które zależą ode mnie.

Rozmawiał: Przemysław Schenk,
przemek@triathlonlife.pl
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X