Rozmowa

Zatrzymała ich Islandia

Mieli tam zostać przez rok, dorabiając na wesele, a mieszkają na Islandii już od trzech lat. Niedawno oboje zadebiutowali w triathlonie.   Arek i Ewa Przybyła mają ambitne cele w tym sporcie.  

Od kiedy jesteście w triathlonie razem z mężem?
Ewa Przybyła: Przygodę rozpoczęliśmy wspólnie. Arek był pomysłodawcą i twórcą całego zamieszania. Pierwsze próby treningów odbyły się w czerwcu zeszłego roku.

Stresowaliście się przed debiutem w triathlonie?
EP: Na pewno było dużo stresu. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Startowaliśmy na dosyć nietypowym dystansie, a mianowicie 400 m / 10,5 km/ 3,5 km. Już tydzień przed startem bacznie obserwowaliśmy pogodę, bo jak wiadomo jest bardzo zmienna na Islandii. Na kilka dni przed samymi zawodami byłam już tak przerażona, że non stop studiowałam i tłumaczyłam regulamin, żeby nie było jakiś dodatkowych niespodzianek (śmiech). Martwiliśmy się też brakiem strojów triathlonowych i strefą zmian, ale ostatecznie w niczym nam to nie przeszkodziło. Pogoda dopisała. Stres minął z wejściem do wody. Atmosfera była przecudowna. Wydaje mi się, że lepszego debiutu nie mogliśmy sobie wymarzyć.
Arkadiusz Przybyła: Było to tydzień temu (śmiech). Więc emocje jeszcze nie opadły do końca. Ciekawym doświadczeniem było rozkładanie sprzętu zaraz obok islandzkiej czołówki, dzięki czemu mogliśmy podpatrzeć, jak przygotować własne stanowisko i to skopiować (śmiech). Kiedy usłyszałem gwizdek do startu, robiłem po prostu swoje. Pamiętam tylko, że po wybiegnięciu z basenu w głowie powtarzałem jak mantrę “buty, kurtka, pasek, kask”, żeby się nie pomylić. Dzięki temu strefa zmian poszła w miarę gładko (śmiech).

W jakich okolicznościach narodził się pomysł o triathlonie?
EP: Kiedy Arek oznajmił, że chce spróbować sił w triathlonie, nie zdziwiłam się. Wiedziałam, że ten moment kiedyś w końcu nastąpi. Zaczęłam oglądać filmiki, zdjęcia, filmy i towarzyszące emocje były tak wielkie, że chciałam sama zobaczyć, jak to jest przekroczyć linię mety. Był tylko jeden mały problem. Unosiłam się na wodzie, ale nie potrafiłam pływać.  
AP: Ogólnie to pomysł o triathlonie chodził mi po głowie od kilku lat, ale nie było czasu i możliwości. W Sylwestra 2018/2019 powiedziałem sobie, że zrobię Ironmana przed 30-stką. Po jakimś czasie kupiłem pierwszy rower, na którym jeździłem do pracy. Coś tam truchtałem.  Pływałem na treningach waterpolo i myślałem, że to wystarczy, ale bym się zdziwił na zawodach (śmiech). Prawdziwa zabawa zaczęła się w momencie rozpoczęcia współpracy z naszym trenerem Tomkiem Marcinkiem.

przybyła

Zobacz też:

Prendki TRI: Triathlon częścią małżeńskiego życia

Jaką macie przeszłość z innymi dyscyplinami?
AP: Moja przygoda ze sportem zaczęła się bardzo wcześnie. Już od najmłodszych lat uczęszczałem do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Raciborzu. W szkole podstawowej uczęszczałem do klasy o profilu pływackim. W gimnazjum wybrałem klasę lekkoatletyczną.  Niestety zawsze byłem najmniejszy i najsłabszy, przez co moje wyniki też nie były za rewelacyjne. Na początku liceum zrobiłem sobie przerwę ze sportem, ale jednak czegoś mi brakowało. Więc zapisałem się na siłownię. Lubiłem zawsze aktywność fizyczną, która sprawiała mi wiele radości. Dlatego też ukończyłem studia na kierunku wychowanie fizyczne. Tutaj na Islandii rozpocząłem też treningi waterpolo, co dodało mi pewności siebie w wodzie.
EP: Ja mam też mam bardzo bogatą przeszłość sportową. Odkąd pamiętam, byłam zawsze rezerwową rezerwowych. Później znalazłam na to sposób. Prosiłam nauczyciela o możliwość biegania wokół stadionu, aby tylko nie musieć dotykać piłki (śmiech). Byłam jedynie “wytrzymała”. Mogłam długo wędrować (śmiech). Poznając Arka, musiałam przyjąć sport w takim pakiecie. Żeby móc spędzać z Arkiem więcej czasu, zaczęłam z nim chodzić na siłownie – podnoszenie ciężarów i takie tam, ale okazało się, że to nie moja bajka. W międzyczasie troszkę truchtałam i praktykowałam jogę. Próbowałam się też wcześniej nauczyć pływać. Tak naprawdę to całe pływanie zaczęło to wyglądać kilka tygodni temu (śmiech).

W jaki sposób pomaga uprawianie tego samego sportu?
EP: Spędzamy więcej czasu ze sobą, a trening wydaje się przyjemniejszy, nawet kiedy tylko się mijamy podczas biegu. Poznajemy się z innej strony. Dowiedziałam się np. Arek się stresuje. Myślałam zawsze, że podchodzi do wszystkiego na luzie, a jak dodatkowo jest zestresowany, to nie można do niego mówić (śmiech). Na pewno nie możemy narzekać na nudę. Nauczyliśmy się cieszyć z małych rzeczy np. takich jak dodatkowy punkcik na garminowskim zegarku. Do tego  jesteśmy bardziej zorganizowani. Pomagamy sobie wzajemnie w przygotowaniu posiłków między treningami, a kiedy sterta prania atakuje z każdej strony, odpieramy razem ofensywę. 

Jak motywujecie się wzajemnie na treningach oraz startach? 
EP: Wzajemnie się napędzamy. Jeżeli jedno zrobi trening, to w sumie wstyd odpuścić. Między nami jest taka zdrowa rywalizacja. My lubimy konkurować ze sobą. Wiadomo, że przychodzi taki dzień, że nie chce się wstać. Pogoda nie zachęca, ale sami zdecydowaliśmy się na ten sport. Ostatnio na topie było powiedzenie “przecież z cukru nie jesteś, idź biegać”. Przykładowo Arek  przed wyjściem do pracy przygotowuje rower z trenażerem, żebym nie miała wyjścia i z biegu zrobiła trening. Najgorszym momentem jest brak sił z obu stron. Biedny trenejro zostaje bombardowany wiadomościami. Załączamy filmy motywacyjne, programy o triathlonach ultra, przy których nasz godzinny, czy dwugodzinny trening już nie jest taki straszny (śmiech). Na pewno jeszcze muszę wspomnieć o jednym motywatorze, a mianowicie jedzenie (śmiech). Za dobrze wykonaną prace, pozwalamy sobie na małe co nieco.

Jak układa się współpraca z aktualnym trenerem Tomaszem Marcinkiem?
EP: Chyba nie mogliśmy lepiej trafić. Tym bardziej że mam ciężki charakter i jestem mega marudnym typem człowieka. On jednak wytrzymuje i motywuje do dalszego działania. Jest bardzo cierpliwy, ale też wymagający. Musimy mieć naprawdę dobre wymówki, kiedy nam coś nie wychodzi (śmiech).
AP: Z Tomkiem znamy się od najmłodszych lat. Więc wybór trenera był dla mnie oczywisty. Bo,  kto się lepiej zna na triathlonie, jak nie on (śmiech). Kontaktujemy się przy pomocy maila i Facebooka. Dodatkowo, kiedy jesteśmy w Raciborzu, oferuje nam wspólny trening i pomoc. Dzielą nas dwie godziny różnicy, ale to nie jest problem, bo o każdej porze możemy liczyć na jego odpowiedź, czy wsparcie. Dla nas nie ma lepszego trenera. Własną postawą motywuje. Podobnie jak my łączy prace z treningami, pokazując, że wszystko da się zrobić.  

przybyła

Zajrzyj do:

Paweł Kozowicz celuje w Norsemana

Jakie mieliście plany na tegoroczne starty?
EP: Na Islandii mieliśmy wystartować trzy razy, z czego dwa starty uda się zrealizować. W sumie jesteśmy po pierwszych zawodach. Oba starty odbywają się na basenie. Pierwszy bardzo krótki na Kopavogur 400 m /10,3km/3,5 km, drugi na Hafnarfjordur pół olimpijski. W Polsce miały też odbyć się trzy starty, ale wiadomo, co nam przeszkodziło. Możliwe, że uda nam się jeszcze wystartować na jakiś zawodach na wodach otwartych. Arek będzie brał udział w małym wyścigu o nazwie “Álmaðurinn”, co po przetłumaczeniu oznacza “człowieka z aluminium”. Tam trzeba wjechać na rowerze do połowy góry. Później wbiec na szczyt, wpisać się do pamiątkowej księgi, zbiec do roweru i jechać w stronę plaży. Tam zawody kończą się etapem pływackim w oceanie o temperaturze około 10-11 stopni Celsjusza. Będzie się działo.

Na co dzień trenujecie i mieszkacie na Islandii. Czy to miejsce sprzyja triathlonowym treningom?
EP: I tak i nie. Islandia charakteryzuje się dosyć chłodnym i wietrznym klimatem. To chyba jest największą trudnością. Czasem się zdarza, że podczas treningu występują wszystkie pory roku w ciągu 20 minut. Stąd też powiedzenie, że jeżeli Ci się nie podoba pogoda na Islandii, poczekaj 5 min. Do tego występują białe i polarne noce. Te drugie są cięższe. Niezależnie od pory dnia jest ciemno i zimno. Jedynie myśl, że może pojawić się zorza polarna, motywuje do wyjścia na trening na dworze. Jeżeli chodzi o białe noce, to śmiejemy się, że mamy 24 godziny na trening (śmiech). Na Islandii jest bardzo dużo ścieżek rowerowych i biegowych, a w każdym mieście, czy większej wiosce znajdziemy zawsze pływalnie, które są czynne cały rok. Mimo że przykładowo nie ma basenu krytego i niezwykłym przeżyciem jest pływanie podczas śnieżycy lub  sztormu (śmiech). Warto wspomnieć, że większość Islandczyków potrafi pływać. To jest  mocno zakorzenione w ich tradycji i kulturze.

Jak wyglądały początki w nowym miejscu?
EP: Minęły już trzy lata od przeprowadzenia się na Islandię. Przyjechaliśmy tutaj w okresie nocy polarnych. Pamiętam, jak obudziliśmy się, a za oknem było jeszcze bardzo ciemno. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, bo zegarek pokazywał godzinę dziewiątą rano. Znaleźliśmy pracę  przez agencje. Mieszkaliśmy w hotelu robotniczym, a wokół niego były tylko kamienie. Teren wyglądał jak na innej planecie (śmiech). Zaczynaliśmy w firmie sprzątającej, a język islandzki wydawał się najtrudniejszym językiem świata. Nie potrafiliśmy nawet wyłapać jednego słowa w trakcie rozmowy. Mieliśmy wracać po roku do Polski, ale jednak wyspa nas zatrzymała (śmiech).  Było ciężko, byliśmy w nowym miejscu. Musieliśmy się wiele nauczyć, ale sobie poradziliśmy i to całkiem nieźle. Jednak pieczona głowa owcy przy grilowanym kurczaku w sklepie dalej jest dla nas czymś dziwnym.

Więc w jaki sposób poradziliście sobie z barierą językową?
AP: Na początku porozumiewaliśmy się w języku angielskim. Banki, szpitale, urzędy oferują polskiego tłumacza. Z tego względu, że mieliśmy zostać na rok, żeby odpocząć, pozwiedzać i żeby dorobić się pieniędzy na wesele, dlatego nauka języka nie była na pierwszym miejscu. Jednak po weselu zostaliśmy i rozpoczęliśmy kurs językowy. Postanowiliśmy też spróbować sil w naszych zawodach, gdzie musieliśmy zacząć starać się mówić po islandzku. Teraz rozmawiamy w sumie w trzech językach jednocześnie (śmiech).

Czy przez właśnie problemy językowe dochodziło do jakichś nieporozumień z miejscowymi?
EP: Najczęściej dochodzi do śmiesznych sytuacji np. przez miesiąc pracy pisałam w raporcie, że moi pacjenci jedli krem, zamiast stosować go miejscowo. Dodanie jednej literki zmieniło cały sens zdania. Islandczycy cenią sobie próbę mówienia w ich języku. Jednak, gdy widzą, że sobie nie radzimy, bardzo nam pomagają, mówiąc łatwiej, czy przechodząc na angielski. 
AP: Największym problemem było i jest powtórzenie mojego imienia i nazwiska. Po próbie wypowiedzenia Arkadiusz Przybyła widzę przerażenie w ich oczach. Tak samo jest z islandzkimi imionami. Niektóre są nie do wypowiedzenia i na początku nie rozróżnialiśmy też imion męskich od żeńskich. 

Co Was najbardziej zaskoczyło w zachowaniu i obyczajach miejscowych?
EP: Na początku byłam w szoku, jak się dowiedziałam, że trzeba się kąpać nago przed wejściem na basen, gdzie prysznic nie ma osobnych kabin, a co najlepsze może zostać zwrócona Ci uwaga, że źle się umyłeś (śmiech). Dodatkowo dużym szokiem było podejście Islandczyków do Eurowizji. To jest bardzo duże wydarzenie na Islandii. Pracownicy zwalniają się szybciej do domu, żeby zorganizować wielką imprezę i móc kibicować artystom. Warto też wspomnieć, jak ważna jest natura. Mech jest świętością. Nawet się zamyka punkty widokowe, żeby natura mogła odetchnąć od turystów i się odbudować. Zamieszkujące w kamieniach elfy (to nie żart) potrafią nieźle namieszać i nawet wstrzymać budowę drogi (śmiech).
AP: Puree ziemniaczane z cukrem. 

Czy mieliście trudności do przystosowania się do panujących zwyczajów?
EP: Jeżeli chodzi o prysznic, trochę mi to zajęło. Obecnie to jest dla mnie oczywistością. Do kuchni chyba się nigdy nie przyzwyczaimy. 
AP: Ciężko nam było zwolnić tempo. Islandczycy mają na wszystko czas i rzadko się z czymś śpieszą. Dalej uważają, że pracujemy za szybko.

Jakie mieliście obawy przed zamieszkaniem na Islandii?
EP: Bardzo baliśmy się odległości i warunków atmosferycznych. Odległość już nie jest taka straszna, samoloty dają rade (śmiech). Jeżeli chodzi o pogodę, to ją zaakceptujesz albo Cię przytłoczy, a na Islandii może być naprawdę dołująca. Dlatego też zaczęliśmy trenować triathlon. Gdyby nie ten sport prawdopodobnie nie przetrwałabym zimy.
AP: Były obawy, to oczywiste. Nowy kraj, inny dziwny język, przeraźliwie czyste powietrze. Jednak potraktowałem to jako nowe doświadczenie.

Dlaczego zdecydowaliście się akurat na taki kierunek?
EP: To był impuls. Stres już wyjadał mi wnętrzności. Spędziliśmy tu krótkie wakacje i poczuliśmy, że to jest miejsce dla nas oraz znajdziemy tu spokój. To jest trochę, jak z tym powiedzeniem “rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady”. My tylko obraliśmy inny kierunek.

Jaką popularnością cieszy się sport, a w szczególności triathlon na Islandii?
AP: Dla Islandczyka aktywność jest bardzo ważna. Wielu z nich przed pracą chodzi na siłownię,  czy pływalnię. Oczywiście najpopularniejsza jest piłka nożna i piłka ręczna. Następny jest crossfit. Triathlon sam w sobie nie jest już tak bardzo popularny. W sumie nie wiadomo, dlaczego, ponieważ bardzo dużo osób jeździ na rowerze nawet cały rok. W zimę zakładają opony z kolcami, a w pracy mają specjalne suszarki na stroje kolarskie. Można spotkać biegacza o każdej porze dnia i nocy niezależnie od warunków atmosferycznych, a pływanie jest częścią islandzkiej tradycji i kultury. 

przybyła

Czytaj także:

Ewa Papla: Triathlon jest kwintesencją sportu

Z jakimi reakcjami spotykacie się, kiedy znajomi dowiadują się Waszym startach w zawodach?
EP: Są w szoku i wielu z nich sceptycznie do tego podchodzi. Śmieją się “Ty i triathlon”, ale wielu mnie dopinguje. Ciekawi ich sam proces przygotowania i progresu. W pracy uważają mnie za troszkę szaloną osobę, ale już się do mnie przyzwyczaili (śmiech). 
AP: Jeżeli o mnie chodzi, to chyba się nawet nie zdziwili. W pracy to już nawet nie zwracają uwagi, jak trenuję przed lub od razu po zmianie.

Jak obecnie wygląda sytuacja z koronawirusem na Islandii?
AP: Na ten moment sytuacja wydaje się opanowana. Zobaczymy, jak to się rozwinie po otwarciu granic. Trzeba przyznać, że Islandia bardzo dobrze poradziła sobie z wirusem. Tylko niestety gospodarka bardzo ucierpiała na tym.

Czy na Islandii tez jest stopniowe znoszenie restrykcji jak w Polsce?
EP: Jest stopniowe znoszenie restrykcji, ale nie były takie duże jak w Polsce. Nie było obowiązku noszenia masek. Dzieci chodziły do szkol i przedszkoli normalnie, ale była też możliwość nauki zdalnej. Państwo namawiało do wychodzenia i uprawiania sportów na świeżym powietrzu. Jednak baseny i siłownie były zamknięte przez sześć tygodni, a w sklepie mogło być maksymalnie 100 osób. Oczywiście trzeba było zachować odstęp dwóch metrów. Z zawodu jestem pielęgniarką. W mojej pracy miałam troszkę więcej restrykcji, ale to jak wszędzie.

Jak sytuacja z pandemią skomplikowała Wasze plany startowe na ten sezon?
AP: Pierwszy nasz debiutancki start miał się odbyć w Opolu. Niestety został odwołany, jak kilka innych imprez. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku będziemy mogli pokazać, na co nas stać. 

Czy rozważaliście powrót do Polski w obliczu pandemii?
EP: Nie. Nie ukrywam, że na początku byłam w szoku, kiedy poinformowano o niewprowadzaniu takich restrykcji na Islandii, jak w innych krajach. Jednak z czasem widząc, że to działa, szok szybko minął. Oczywiście też baliśmy się kryzysu, o którym aż huczało. Niestety wiele osób  straciło pracę. My na szczęście tego nie odczuliśmy.

Czy planujecie na Islandii osiedlić się na stałe?
AP: W tym momencie tak, ale nigdy nie wiadomo, co przyniesie życie.

Jakie macie cele w triathlonie?
EP: Jak mówię, że chcę ukończyć Norsemana, to wszyscy się śmieją, ale jeszcze pokażę (śmiech).  Chciałabym też zakosztować biegów ultra.
AP: Na pewno chciałbym ukończyć pełnego Ironmana, ale fajnie byłoby móc się kiedyś pościągać z czołówką.

Rozmawiał: Przemysław Schenk

foto: materiały prywatne

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
X