Rozmowa

Zaczynała 10 lat temu od Ironmana, teraz otarła się o podium w Swissmanie

Olimpia Wojtyło wystartowała w Swissmanie, gdzie zajęła czwarte miejsce. To był dla niej najdłuższy wysiłek i jak przyznaje, taki ekstremalny triathlon uczy więcej niż “zwykły” Ironman. W ciągu dziesięciu lat diametralnie zmieniło się jej życie. Poznała męża, wielu przyjaciół, a także zaangażowała się w ciekawe projekty. I wierzy, że to dopiero początek przygody.

Na początku lipca startowałaś w Swissman Xtreme Triathlon. Skąd wziął się pomysł na takie wyzwanie?
Na to szaleństwo? (śmiech) Po tym jak mój mąż Michał zmagał się z tym wyzwaniem parę lat temu, obiecałam sobie, że muszę to zrobić! Mieliśmy w planach pojechać tam razem. Ja w roli supportu, ale okazało się, że jestem w ciąży i lekarz zabronił mi tego typu eskapad. Jest coś pociągającego w tym, że jest to tak ekstremalnie trudne, że trzeba radzić sobie ze wszystkim samemu. Myślę, że taki ekstremalny triathlon uczy o wiele więcej o sobie niż “zwykły” Ironman.

Czy to były najtrudniejsze zawody w Twojej dotychczasowej przygodzie ze sportem?
Na początku rzeczywiście tak mi się wydawało. Na pewno był to najdłuższy do tej pory wysiłek. Jednak z perspektywy czasu myślę, że dzięki supportowi przemyślanym realnym planem startu – nie był najtrudniejszy. Swissman to nie jest Ironman, gdzie punkty odżywcze masz na wyciągnięcie ręki. Musisz krok po kroku dokładnie ustalić z załogą plan działania, a nawet jego najbardziej pesymistyczny scenariusz i wymyślić rozwiązania. Potem gdy podczas wyścigu przytrafią Wam się problemy, możecie zachować spokój, bo są to rzeczy, których się spodziewaliście i wiecie, jak sobie z nimi poradzić.

To było dla Ciebie większe wyzwanie fizyczne, czy mentalne?
Myślę, że w zawodach typu Xtri nie chodzi o niewiarygodną wręcz siłę, a o podejmowanie mądrych decyzji, znajomość własnego ciała, zachowanie spokoju w trudnych sytuacjach i skupienie na tym by dobrze rozłożyć siły, a nie nadaniu piorunującego tempa od startu do mety. To nie znaczy oczywiście, że przygotowanie fizyczne i trening są nieistotne. Musisz doprowadzić ciało do poziomu, aby mogło wytrzymać od 11 do 20 godzin ścigania. Ale jeśli twój umysł nie jest wystarczająco mocny, jeśli brak Ci cierpliwości, czy nie potrafisz się skoncentrować na zadaniu lub jeśli za bardzo polegasz na gadżetach i watach – możesz przegrać.

Jak przebiegało samo wyzwanie?
Kiedy Twój wyścigi biegnie przez połowę Szwajcarii… trzy górskie przełęcze i kończy się na wysokości niewiele niższej, niż nasze Rysy, musisz być przygotowany na wszystko. Prawie pewne jest to, że coś pójdzie nie tak. Pobudka o 2:00 w nocy, aby zjeść, odstawić rower do pierwszej strefy zmian i zdążyć na prom. O 4:00 wszyscy sportowcy muszą stawić się na pokładzie łodzi, która płynie z Ascony na oddaloną o 4 km Wyspę Brissago, aby o 5:00 dać sygnał do startu. Jeśli spóźnisz się na łódź Swissman, jest dla Ciebie skończony! Jest ciemno, ale migające światło latarni prowadzi Nas do Ascony. Drogi podczas Swissman nie są zamykane na czas zawodów. Jest ciepły weekend, więc na trasie z godziny na godzinę przybywa samochodów. Trzeba dostosować się do przepisów ruchu drogowego i zachować 100% koncentracji, aby nie pogubić trasy.

W trakcie trwania zawodów mamy do pokonania 3 legendarne przełęcze Gotthard, Furka i Grimsel. Łącznie na 180 km 6.000 metrów przewyższeń. Nigdy do tej pory nie mierzyłam się z takim zadaniem. Mimo to trasa rowerowa nie przestaje zachwycać. Jej fragment prowadzi wybrukowaną, jedną z najstarszych dróg na świecie – Tremola –  38 zakrętów z wjazdem na 2108 m n.p.m! W tym roku bieg odbywa się w warunkach przypominających raczej piekarnik.

Dla zawodów typu Xtri maraton to za mało, trzeba dorzucić jeszcze 1800 metrów wspinaczki. Droga pnie się stopniowo w górę, z czego duża część prowadzi wzdłuż jeziora. Zero drzew. Mało cienia. Ten ostatni etap ciągnie się chyba najdłużej, ale towarzyszy Ci już support, który zagłusza czarne myśli. 

Który moment rywalizacji był dla Ciebie najcięższy?
Zdecydowanie ostatnie 10 km trasy biegowej. Tutaj droga pnie się ostro 1000 metrów w górę. A biorąc pod uwagę kumulację zmęczenia, masz dość.

W jaki sposób udawało się przezwyciężać pojawiające się kryzysy?
NA PEWNO nie dokonałabym  tego sama. Wszystko zawdzięczam mojej Ekipie – Supportowi. Byli nieocenionym wsparciem na każdym kroku. Najpierw całą noc spędzili za kółkiem w drodze do Szwajcarii, podczas gdy ja spokojnie spałam. Perfekcyjnie przygotowali rower, ułożyli i podali posiłki na start. Wspierali na całej trasie, a ostatnie 10 km towarzyszyli mi podczas wspólnej wspinaczki na szczyt.

Byli energią i skupieniem, których potrzebowałam, kiedy moja słabła. Nie było dla nich rzeczy niemożliwych. Pobudka o 2:00 po nocy spędzonej na dmuchanym materacu, szampan na mecie, czy szwajcarski dzwonek pasterski? Żaden problem! A to tylko kilka rzeczy, które moja załoga zrobiła bez narzekania. Jestem im ogromnie wdzięczna. Cieszę się, że mogliśmy razem cieszyć się tą niesamowitą chwilą na mecie. To daje tylko wyścig z serii X-tri!

Co czułaś, wbiegając na metę Swissmana?
Poczułam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Warto marzyć i robić wszystko, aby to marzenie stało się prawdą.

Niedawno startowałaś też w wyjątkowym tandemie w Sycowie. Jak było?
Wszystko za sprawą Fundacji Follow Your Dream. Na linii startu stawałam już nie raz, ale jeszcze nigdy nie czułam na barkach tak dużej odpowiedzialności. Do pokonania dystansu 1/8 Garmin Iron Triathlon ale z nie byle kim, bo z Amelką podopieczną Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego dla dzieci im. Jana Pawła II w Jaszkotlu, dzięki której na pewno inaczej patrzę już na otaczający mnie świat.

Jak trafiłaś do triathlonu?
Pierwszy raz oglądałam zawody Ironman za namową instruktora spinningu, który kilkukrotnie brał w nich udział. Była to pamiętna relacja z 1982 roku, gdy Julie Moss upadła i na zakrwawionych dłoniach i kolanach czołgała się do linii mety. Byłam zauroczona… Kilka tygodni później, Michał usłyszał w Radiu Wrocław o projekcie Radiowej Akademii Triathlonu.

Zanim zdążyliśmy pomyśleć, w co się pakujemy, wzięliśmy udział w eliminacjach. Zostaliśmy wybrani do finałowej ósemki, która po półtora roku przygotowań miała stanąć na starcie IRONMANA. Zanosiło się na rewolucję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to niespodziewane zdarzenie zmieni nasze życie na dobre. Od tego momentu minęło 10 lat. Zawarliśmy masę przyjaźni. Treningi z dnia na dzień sprawiały nam coraz więcej przyjemności. I tak powoli podwyższaliśmy poziom. W 2013 roku w naszych głowach narodził się pomysł stworzenia Grupy Triathlonowej RAT.

Co Cię zafascynowało w tym sporcie?
Wszechstronność, ale najważniejsze jest to, że triathlon dał mi najlepszych przyjaciół, jakich mogłam sobie wymarzyć. Zabrał mnie w nowe, cudowne miejsca. To nieustannie rozwijająca się przygoda.

Czy przed triathlonem miałaś styczność ze sportem?
Nigdy nie byłam wyczynowym sportowcem, choć jako dziecko uwielbiałam sport, ale nigdy nie przejawiałam jakiś szczególnych talentów. Parę lat po studiach, za namową przyjaciół, wystartowałam w pierwszym Bike Maratonie na rowerze kompletnie nie nadającym się do tego typu przygód. I tak przepadłam na prawie dwa lata.

Na jednym z wyścigów poznałam męża. To były czasy, kiedy gdy tylko nadarzyła się okazja, braliśmy bułki do plecaka i na rowerach przemierzaliśmy nieznane nam szlaki. Po wielu godzinach jazdy docieraliśmy do celu naszej podróży kompletnie wyczerpani, spoceni i głodni, ale szczęśliwi. Nie mieliśmy pojęcia, jaki dystans pokonaliśmy, ile spaliliśmy kalorii, jakie mieliśmy maksymalne tętno. Bazowaliśmy na naszych odczuciach. Wszystko miało spontaniczny charakter, dokładnie taki, jaki sport i przygoda mieć powinny. Stopniowo odkrywałam tam prawdziwą siebie…

Jak wspominasz triathlonowy debiut?
Był to start na dystansie olimpijski w Radkowie dokładnie 10 lat temu. Już wtedy ciągnęło mnie w góry (śmiech). Towarzyszyło mi to samo uczucie, kiedy będąc mała, spływałam  tratwą wartkim nurtem Dunajca, że porwał mnie prąd i rzucił w wir wydarzeń, których nie mogę cofnąć i za chwilę na pewno będzie po mnie (śmiech).

Czym się zajmujesz poza triathlonem?
Z zawodu jestem fizjoterapeutką, ukończyłam Akademię Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Jednym z najzabawniejszych obrotów spraw w moim życiu jest ten, że po latach leczenia sportowców, sama zaczęłam nim być amatorsko. Od kuchni obserwowałam np. narodziny naszej kadry lekkoatletycznej i jej rozwój. Od dekady sympatyzuję z tenisistami, piłkarkami ręcznymi, judokami czy biegami na orientację. Sama przeszłam niejedną kontuzję.

Obecnie prowadzę własną działalność i zajmuję się m. in. powrotem do zdrowia swoich podopiecznych, gdyż od paru lat zajmuje się organizacją w Grupie Triathlonowej RAT. Wśród naszych zawodników znajdują się uczestnicy Mistrzostw Świata Ironman na Hawajach, mistrzowie kraju, triumfatorzy serii Xtrii, ale dużą większość stanowią osoby, które dopiero rozpoczynają przygodę z triathlonem, czy długim dystansem. GT RAT to przede wszystkim wspólne treningi, starty, kibicowanie i wspieranie się nawzajem, wspólne wyjazdy, obozy, imprezy integracyjne, rozmowy, żarty, nowe wyzwania!

Co byś powiedziała innym amatorom, którzy mają problem z pogodzeniem treningów z innymi rzeczami?
Jeśli musisz każdego ranka wstać bardzo wcześnie, aby popływać, potem cały dzień spędzasz w pracy, a wieczorem idziesz pobiegać to tak jak w ekstremalnym triathlonie! Prawdopodobnie jesteś do niego doskonale przygotowany, jeśli masz pracę (śmiech).  Triathlon jak nikt inny nauczył mnie organizacji, zarządzania czasem, konsekwencji i wytrwałości.

W czym odnajdujesz motywację do dalszego uprawiania triathlonu i podejmowaniu się takich wyzwań jak Swissman?
Łatwiej jest ciężko trenować jeśli nie robi się tego samemu. Rozwój pod okiem trenera, analiza postępów, trening w grupie wzajemna motywacja mają kolosalne znaczenie. Wiadomo, jak to jest, jeśli na pływanie o 6 rano jest się umówionym z samym sobą – tysiące wymówek i włączonych drzemek. W grupie nie ma już na to miejsca. Czuje się pewien respekt przed trenerem i innymi. Jest jakiś wyczuwalny duch zespołu, dzięki czemu wzajemnie się nakręcamy. Jeśli wiem, że na stadionie mogę spotkać przyjaciół z  drużyny i wspólnie ostro pobiegać- czuję, że dam radę. 

Dzięki koleżankom, które zapisały mnie do sztafety pływackiej, nauczyłam się nawrotów koziołkowych. Grupowe starty,  treningi czy obozy napędzają do dalszej pracy. Dzielimy się doświadczeniami, dzięki czemu każdy trening jest ciekawszy. Motywujemy się, wspieramy. Czasem rywalizujemy (śmiech).  Choć przede wszystkim się przyjaźnimy. Świetną motywacją jest też dobry plan treningowy. Trenuję już wiele lat i pewnie umiałabym sama sobie ustawić trening, ale jednak lepiej, żeby robił to ktoś z zewnątrz, bo gdybym zrobiła to sama, to trenowałabym za dużo w momentach, gdy czuję się dobrze i za mało, w sytuacjach, gdy mam dołek formy i gorsze samopoczucie.

Obiektywny plan napisany przez dobrego trenera pozwala uniknąć kontuzji, gwarantuje lepsze efekty i dodatkową motywację. Mając plan, ufam trenerowi i robię to, co jest zapisane, specjalnie się nad tym nie zastanawiając. Odpada główkowanie co lepiej, jak lepiej, kiedy itd.

Jakie masz jeszcze plany na ten sezon?
Niestety nasz grupowy start, 31 lipca w IRONMAN 70.3 Drezno odwołano na 3 dni przed planowaną imprezą. Zamiast tego chciałabym wystartować z przyjaciółmi na długim dystansie we wrześniu. Nigdy też  nie próbowałam sił w cross triathlonie, w weekend będzie ku temu okazja! Wystartuję w Bielawie. Oprócz tego może jakiś lokalny start w cyklu GreatMan.

Co chciałabyś jeszcze osiągnąć w triathlonie?
10 lat temu, kiedy stawiałam pierwsze kroki w triathlonie, po prostu chciałam ukończyć IRONMANA. Potem chciałam zrobić to lepiej. Potem marzyłam, by pojawiał się ktoś z kim będzie można – grupa. Następnie chciałam mieć synka, by pokazać mu świat naszymi oczami. Potem chciałam zobaczyć, czy dam radę połączyć to wszystko. Marzyłam, by pojechać na mistrzostwa świata. Żadnego z tego kroku nie rozpisałam na kartce 10 lat temu.

Nie wymyśliłabym tego, bo zwyczajnie nie umiałam, nie mieściłoby mi się to głowie. Myślę sobie, że wyznaczanie sobie celów długoterminowych jest przereklamowane i tak wiele może się nie udać. Po drodze tak dużo się zmienia, a okoliczności podsuwają nowe możliwości albo podkładają kłody pod nogi.

Robienie codziennie jednej rzeczy, którą jesteśmy w stanie, a która sprawia nam przyjemność – kiedyś stanie się całością jakiejś historii, bo czas i tak minie. I nie ma bata, by poszło to w próżnię. Wystarczy robić coś wystarczająco długo, po swojemu i w swoim tempie. Czy 10 lat to długo? Mam, a raczej mamy nadzieję, że to dopiero początek jakiejś dużo większej całości, widzianej z przyszłości, na którą składają się nasze obecne cele i działania.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne, Olimpia Wojtyło FB

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X