Rozmowa

Wolski przeszedł z triathlonu do quadrathlonu. I już ma medale ME

Podczas ostatnich ME w quadrathlonie na Węgrzech zdobył dwa medale. Obecnie przygotowuje się do MŚ w Niemczech. Jednak Krzysztof Wolski ma też za sobą starty triathlonowe oraz organizowanie zawodów.

Czy jeszcze trzymają się Ciebie emocje po starcie na ME w quadrathlonie?
Tak, szczerze przyznam, że jeszcze trzyma się człowieka to miłe uczucie wydarzeń sprzed kliku dni. Tym bardziej, że podczas spotkań z najbliższymi i znajomymi jest okazja do pokazania medali z mistrzostw i zdania relacji nt. wyjazdu oraz przebiegu rywalizacji.

Jak wspominasz ten start?
Start wspominam pozytywnie. Oczywiście to jest moje subiektywne odczucie, ale raczej nie da się negatywnie myśleć o rywalizacji, podczas której wywalczyło się miejsce na podium. Jednocześnie długo będę pamiętać, że to nie był łatwy wyścig ze względu na upał, jaki nam towarzyszył w trakcie całego pobytu na Węgrzech. Szczególnie odczułem go na etapie kolarskim. Trasa była stosunkowo trudna technicznie – liczne podjazdy, zjazdy, zakręty, nawrotki, ciągła ucieczka i gonitwa rywali. To wszystko sprawiało, że niewiele miałem czasu na spokojne sięgnięcie po bidon, nawodnienie organizmu i uzupełnienie energii.

Czy wszystko poszło po Twojej myśli, czy były jakieś problemy na trasie?
Do mistrzostw byłem przygotowany całkiem nieźle pod względem kondycyjnym. Cykl treningowy zaburzony został co prawda wiosną w związku z sytuacją, jaka zapanowała w kraju i na świecie. Miałem świadomość, że nie jestem w takiej formie, jaką planowałem na sezon startowy podczas jesienno – zimowych treningów. Mimo to podjąłem decyzję, żeby jechać na mistrzostwa i obudzić się z tego letargu, braku rywalizacji na imprezach sportowych. Podczas rywalizacji najważniejsze dla mnie było, aby nie zawiódł sprzęt kolarski, a na etapie kajakarskim nie zaliczyć wywrotki. Jeśli ktoś się nie orientuje w temacie, to dodam, że kajaki wyczynowe nie należą do stabilnych. Kwestia ewentualnej wywrotki na części kajakarskiej zaprzątała mi głowę też z innego powodu. Od lutego dzięki uprzejmości firmy PLASTEX zajmującą się produkcją światowej klasy kajaków, mam możliwość trenowania i startów na wyczynowym kajaku, który jest dużo mniej stabilny niż kajak, na którym startowałem w quadrathlonach w zeszłym roku. Dzięki nowemu kajakowi zmniejszyłem względem zeszłorocznych startów stratę do zawodnika z Węgier i Belgii o ponad trzy minuty tylko na samym etapie kajakarskim. Generalnie mogę powiedzieć, że wyścig odbył się bez problemów. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to, tak jak już wspomniałem, pogoda – pełne słońce, upał ponad 30 stopni. Jednak każdy miał takie same warunki. Więc szanse były pod tym względem wyrównane.

Zobacz też:

Mobilizacja kolarzy przeciwko agresji na drogach

Obecnie przygotowujesz się do MŚ w quadrathlonie w Niemczech 5 września. Jak przebiegają treningi?
Tak, kolejnym moim startem docelowym są wrześniowe Mistrzostwa Świata w quadrathlonie w Niemczech, na tym samym dystansie co w Kaposvar na Węgrzech. Ostatnich kilka dni przeznaczyłem na spokojniejsze treningi regeneracyjne, a za chwilę rozpoczynam kilkutygodniowy cykl treningowy pod zbliżające się mistrzostwa. Treningi pływackie realizuję głównie na wodzie otwartej. Wtedy też korzystam z okazji i doskonalę technikę i umiejętności kajakarskie. Kolarstwo głównie na szosie, ale wplatam raz w tygodniu, jako aktywną regenerację, jazdę na rowerze MTB w terenie. Podobnie bieg. Staram się urozmaicać teren i podłoże, po którym biegam.

Jakie masz założenia oraz cele dotyczące tego startu?
Moim celem na zbliżające się mistrzostwa jest poprawa każdej z konkurencji względem ostatniego startu na Węgrzech. W tych najbliższych tygodniach chcę skupić się mocno na doskonaleniu techniki kajakarskiej tak, aby podczas etapu kajakarskiego na mistrzostwach świata zmniejszyć jeszcze bardziej przewagę, jaką mają zawodnicy z czołówki światowego quadrathlonu. Dodam w tym miejscu, że wielu z tych zawodników wywodzi się z kajakarstwa wyczynowego. To nie znaczy, że pod względem pływackim, kolarskim, czy biegowym pozostają w tyle.

Jak rozpoczęła się Twoja kariera ze sportem?
Pierwsze cztery lata szkoły podstawowej spędziłem w klasie pływackiej, gdzie pod okiem trenerki Grażynki Zbudniewek nauczyłem się pływać i brałem udział w zawodach pływackich. W liceum po czteroletniej przerwie od regularnych treningów na basenie, wróciłem do pływania. Kilka kolejnych lat zaangażowałem się w ratownictwo wodne. Lubiłem biegać. W ostatnich latach podstawówki osiągałem całkiem dobre wyniki w międzyszkolnych zawodach biegowych. A rower? Jako dzieciak śmigało się ze starszym bratem tu i tam, a za czasów liceum czasami dojeżdżało się do szkoły 20 kilometrów. Za czasów liceum na horyzoncie pojawił się triathlon, za chwilę maratony biegowe, rajdy przygodowe, bieg katorżnika.

W 2001 roku zadebiutowałeś w triathlonie. Jak trafiłeś do tego sportu?
Po raz pierwszy o triathlonie usłyszałem, a właściwie go zobaczyłem podczas transmisji mistrzostw świata Ironman w telewizji. To mi wystarczyło. Temat dość szybko dojrzał w głowie. W Łodzi w siedzibie Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej „Jedność” trafiłem na kilku pasjonatów triathlonu. Otrzymałem kalendarz startów i nie pozostało nic innego jak odczuć na własnej skórze, co to właściwie jest ten triathlon. Na pierwszy ogień poszedł duathlon w Łowiczu, następnie triathlon w Wąsoszy, Żywcu, Łodzi i Chodzieży.

Jak zapamiętałeś debiut?
To był właściwie debiut duathlonowy w Łowiczu. Rzuciłem się od razu na „głęboką wodę”,  stając do rywalizacji na dystansie standard (10 km I bieg – 40 km jazda rowerem – 5 km II bieg). Do tego mój „profesjonalny” strój – tenisówki, najzwyklejszy T-shirt i krótkie, letnie spodenki. Dość mocno odczułem, co to za dyscyplina sportu. Pamiętam, że na początku etapu kolarskiego dogoniło mnie dwóch zawodników z kategorii weteran. Udało mi się z nimi utrzymać w grupie do strefy zmian, wybiec przed nimi na drugi bieg, ale za chwilę przemknęli koło mnie, nie oglądając się na mnie i tyle ich widziałem. Zobaczyłem ich dopiero na mecie. Jednym z tych zawodników okazał się Zbyszek Ginalski, można powiedzieć legenda polskiego triathlonu, wspaniały człowiek, z którym do teraz utrzymuję kontakt. Ci zawodnicy, którzy startowali w tamtych latach w triathlonach, pewnie wiedzą, o którego Zbyszka chodzi.

wolski

Czytaj także:

Kacper Koszal kolarski podróżnik w triathlonie

Na kiedy przypadł Twój szczyt triathlonowej formy?
Największy postęp, jeśli chodzi o moją  triathlonową formę sportową, był w sezonie treningowym 2006 – 2007. On nie byłby możliwy, gdyby nie pomoc ze strony trenera Pawła Barszowskiego i rozpisywane przez niego plany treningowe, które skrupulatnie realizowałem i za które jestem trenerowi Barszowskiemu bardzo wdzięczny. Przez kilka miesięcy wykonałem kawał ciężkiej pracy. Efektem była całkiem fajna kondycja w sezonie startowym 2007.

Jakie wówczas osiągałeś wyniki?
Efektem sumiennie przepracowanego sezonu treningowego 2006 – 2007 było zajmowanie miejsc w pierwszej dziesiątce zawodników na mecie. Warto tutaj wspomnieć, że 15  lat temu triathlon w Polsce wyglądał trochę inaczej niż obecnie. Nie było wówczas podziału na elitę i age group. Wszyscy startowaliśmy razem. Podczas mistrzostw Polski w triathlonie na dystansie olimpijskim w Górznie zająłem 11 miejsce z czasem 1:54:36. Sezon startowy zwieńczyłem 10 miejscem w Klasyfikacji Generalnej Pucharu Polski 2007. Dla mnie to był  spory postęp.

W latach 2005-2009 byłeś współorganizatorem zawodów triathlonowych w Łodzi. Dlaczego postanowiłeś wcielić się w tę rolę?
W latach 2005 – 2009 razem z Łódzkim Wodnym Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym organizowaliśmy w Łodzi zawody triathlonowe. W 2005 roku z powodu niedopuszczenia przez sanepid zbiornika wodnego do kąpieli zorganizowaliśmy duathlon. Dzięki wielkiemu zaangażowaniu niewielkiej grupy ratowników łódzkiego WOPR i kilku ludzi spoza tego środowiska przez pięć lat z rzędu byliśmy w stanie zorganizować i przeprowadzić jak na owe czasy naprawdę fajne imprezy. Niezastąpione wsparcie mieliśmy ze strony pana Jerzego Augustyniaka, wielkiego sympatyka, działacza, sędziego triathlonu. To Pan Jurek podpowiadał nam i pomagał załatwić wszystkie formalności związane z przygotowaniem i przeprowadzeniem zawodów triathlonowych zgodnie z wszelkimi przepisami, wytycznymi, pozwoleniami. Jeśli chodzi o mnie, to postanowiłem wcielić się w rolę współorganizatora zawodów triathlonowych w celu rozpropagowania tej dyscypliny w Łodzi, ale i nie tylko. Chciałem zachęcić zarówno młodzież oraz osoby  dorosłe do uprawiania tego pięknego sportu.

Jak wspominasz ten epizod?
Ten okres czasu, kiedy co roku organizowaliśmy zawody triathlonowe w Łodzi, wspominam bardzo miło. Pomimo tego, że nie były to tak duże imprezy sportowe, jakie organizuje się i przeprowadza w dzisiejszych czasach to i tak było sporo pracy, biegania i załatwiania mnóstwa spraw. Jednak człowiek był nakręcony, pełen pasji i zaangażowania, otoczony podobnie myślącymi i działającymi ludźmi.

Dlaczego skończyłeś współorganizować zawody po pięciu latach?
Na kilka kolejnych sezonów właściwie zniknąłem z triathlonu. Pojawiły się inne priorytety. Zabrakło mi może zapału do tego, żeby pełnić rolę jednego z tak zwanych koni pociągowych, które kontynuowałyby temat łódzkiego triathlonu. Jednak nadal czynnie trenowałem. W tych latach zaliczyłem kilka maratonów biegowych i nie tylko. Stałem się posiadaczem dwóch podków zdobytych na Biegu Katorżnika. Bardzo miło wspominam te starty.

Kiedy wróciłeś do organizowania zawodów?
Temat powrócił w 2017 roku. Wtedy miałem przyjemność pracować przy organizacji Triathlonu Stryków z Kubą Stefankiewiczem, ekipą ze Stowarzyszenia Klub Biegowy Powstaniec oraz  firmą InesSport organizującą i przeprowadzającą pomiar czasu na wielu imprezach biegowych i nie tylko.

Jaka obecnie jest sytuacja z Triathlonem Stryków?
Niestety w związku z niepewną sytuacją epidemiologiczną w kraju organizatorzy Triathlon Stryków zmuszeni byli podjąć decyzję o nieprzeprowadzeniu imprezy w tym roku. Miejmy nadzieję, że największa impreza triathlonowa w województwie łódzkim powróci do kalendarza startów w przyszłym roku.

W jaki sposób godzisz czasowo obowiązki zawodowe oraz treningi i starty?
Szczerze powiem, że czasami ciężko przychodzi mi godzenie własnych treningów i obowiązków zawodowych. Jestem bardzo dużo w ruchu. Cztery dyscypliny, nad którymi muszę na bieżąco pracować i doskonalić, pochłaniają sporo czasu i energii. Do tego indywidualne zajęcia ruchowe z klientami, którzy też chcą bawić się w sport i dbać o własne  zdrowie i kondycję fizyczną wymagają ode mnie kolejnej dawki energii. Muszę znaleźć  jeszcze  czas na to, żeby usiąść przed komputerem, przeanalizować zrealizowane treningi zarówno moje, jak i klientów i ułożyć sensowny plan treningowy na kolejny tydzień. Staram się zwracać uwagę na odpowiednią ilość snu i odpoczynku/regeneracji, ponieważ zdaję sobie sprawę, że zaniedbując tę sferę, daleko nie zajadę w sporcie.

wolski

Zajrzyj do:

Aleksandra Rzeszutko przełamała strach przed wodą

Trenujesz sam, czy pod okiem trenera?
Aktualnie trenuję głównie sam. Korzystam z własnego wieloletniego doświadczenia jako czynny zawodnik, a także z wiedzy, jaką zdobyłem w trakcie studiów na kierunku wychowanie fizyczne i zdrowotne na Uniwersytecie Łódzkim oraz kursach, które ukończyłem – instruktorskim i trenerskim dyscypliny triathlon. Na początku zabawy w quadrathlon niezastąpioną pomoc otrzymałem ze strony Ryszarda Mielnika, swego czasu kajakarza wyczynowego, obecnie nadal biorącego udział w Mistrzostwach Kajakarzy Master. To Rysiek wprowadził mnie w arkana kajakarstwa wyczynowego. Podpowiedział mi, na jakim sprzęcie pływać, pomagał w opanowaniu techniki pływania kajakiem. Jeśli chodzi o układanie i realizowanie moich planów treningowych, to tworzę je i kontroluję w oparciu o cykliczne badania wydolnościowe, które wykonuję w Uczelnianym Laboratorium Ruchu i Wydolności Fizycznej Człowieka Uniwersytetu Medycznego w Łodzi – DynamoLab.

Czym jest dla Ciebie triathlon?
Triathlon jest dla mnie kawałkiem fajnej przygody, nieodłącznym elementem życia oraz jego sensem. Jadąc ostatnio z Romkiem Pietrzakiem na Węgry i rozmawiając o naszych przygodach ze sportem, uświadomiłem sobie, że triathlon to już ponad połowa mojego życia.
Romek podczas ostatnich mistrzostw Europy w Quadrathlonie na Węgrzech reprezentował Polskę w kategorii Masters 50.

Jak odnalazłeś się w obecnej sytuacji w roli zawodnika, trenera oraz organizatora?
Jestem w swoim żywiole. Uczucie pozytywnego zmęczenia po treningach, spotykanie się z ludźmi myślącymi podobnymi kategoriami, pozytywnie zakręconych sportowo, możliwość pracy przy organizacji imprez, na których biegacze, czy triathloniści mają możliwość sprawdzenia formy i rywalizować ze znajomymi. To wszystko sprawia, że człowiek czuje się spełniony, ma cel i kolejne plany na przyszłość.

Nadal planujesz starty w triathlonie, czy raczej w innych dyscyplinach?
Generalnie od zeszłego sezonu skupiłem się na przygotowaniach i startach głównie w quadrathlonach. Oczywiście nie wykluczam udziału w triathlonach na dystansach sprinterskich i olimpijskich oraz zawodach biegowych, które traktuję jako starty kontrolne i formę treningu. Jednak najbliższe lata chciałbym poświęcić na zabawę w quadrathlon.

Jakie obecnie masz cele oraz marzenia związane z triathlonem?
Obecnie chcę traktować triathlon jako dodatkową aktywność i co jakiś czas wziąć udział w zawodach triathlonowych. Takim triathlonowym celem i marzeniem jest to, żeby móc bawić się tym sportem w taki sposób, aby jak to powtarzam moim podopiecznym, móc w przyszłości stanąć w pełni sprawnym na linii startu w kategorii M60, M70.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
X