Rozmowa

W Barcelonie złapała triathlonowego bakcyla

Na co dzień mieszka i trenuje w Hiszpanii. Sezon rozpoczęła startem w Challenge Salou. Ewelina Tarnawa celuje w IM we Włoszech w tym sezonie oraz planuje długoterminowe cele.

Jak oceniasz rozpoczęcie sezonu w Challenge Salou?
Było zdecydowanie za zimno. Temperatura o poranku wynosiła jedynie dwa stopnie. Dlatego też organizatorzy odwołali pływanie i walczyliśmy w formie duathlonu. Z jednej strony, cieszyłam się z tej informacji, gdyż moje pływanie ciągle odbiega od oczekiwanego poziomu. To było trochę takie szczęście w nieszczęściu. Problem był w tym, że nie do końca wiedziałam, jak rozegrać pierwszy bieg. Koniec końców pobiegłam na jakieś 90 procent możliwości i wszystko wyszło świetnie. Choć powiem szczerze, na rowerze było ciekawie. Mówiono, że będzie płasko. Rzeczywistość okazała się inna.

Widziałam też całą masę „pociągów”. Chyba wiele osób zapomniało, że drafting był zakazany. Jeździli sędziowie, ale nie zauważyłam, aby ktoś za to dostał karę. Nie lubię jazdy na kolę, bo uważam, że każdy powinien pracować na siebie, a nie korzystać z tunelu innego rowerzysty. Niestety, zdarzają się takie przypadki. Choć tutaj wyjaśnieniem mogło być to, że wszyscy skumulowali się w jednym momencie, zawodnicy PRO i AG. Dlatego było nas bardzo dużo. Na drugim biegu założone tempo miało być dużo niższe, ale czułam się świetnie po rowerze. No i trochę mnie poniosło, za co zapłaciłam na końcówce trasy (śmiech). Stwierdziłam, że dam z siebie wszystko i najwyżej potem będę cierpieć. Wytrzymałam. Walczyłam ze sobą, aby się nie poddać i nie zejść z trasy. Udało się dobiec do mety z uśmiechem na twarzy. Pomocni byli znajomi, którzy kibicowali i dodawali energii. Było to dobre rozpoczęcie sezonu. Teraz czekam na więcej. Już pierwszego maja czeka mnie kolejna połówka, w Deltebre.

W czym odnajdywałaś motywację, aby nie zejść z trasy w kryzysowych momentach?
Prowadziłam rozmowę sama ze sobą. Wmawiałam sobie, że to jest przecież prawie tak samo jak na normalnym treningu i spokojnie dam radę. Jak te argumenty przestawały działać, myślałam już o kolejnych wyzwaniach, czyli m.in.: IM we Włoszech. Myślałam też o tym, że nie po to robię to wszystko, żeby teraz się poddawać. Uważam, że przy dłuższych dystansach „głowa” to podstawa, a przygotowanie mentalne jest równie ważne jak fizyczne.

Jak odnalazłaś się w tych trudnych warunkach atmosferycznych?
Na pierwszym biegu nie było problemu. Szybki rytm i adrenalina sprawiły, że nie odczuwałam zimna. Problem pojawił się na rowerze. Odczuwałam wielki chłód głównie na zjazdach, a przez wiatr łzy napływały mi do oczu. Dodatkowo to był mój pierwszy start na rowerze triathlonowym i prędkości były wyższe niż wcześniej, gdy startowałam na szosówce z doczepianymi lemondkami. Na zjazdach przy prędkości dochodzącej do 55 km/h uda mi przymarzały. To było niesamowite uczucie, jakby zamiast mięśni miała kamienie. Ratowały mnie podjazdy, na których organizm mógł się rozgrzać i dojść do siebie. Dzięki czemu nie było aż tak źle. Małym problemem była pierwsza pętla biegowa, bo po tak zimnym i wietrznym rowerze nie czułam stóp. Na szczęście już po pierwszym okrążeniu wszystko wróciło do normy.

Wywalczyłaś przepustkę do Samorin?
Tak, ale niestety nie byłam na ceremonii rozdania slotów. Nie wiedziałam, że sloty będą rozdawane na miejscu. Byłam przekonana, że ciągle wszystko odbywa się on-line. Udało się wywalczyć tę kwalifikację, ale podjęłam decyzję, że nie będę tam startować w tym roku. Mam trzy inne starty w najbliższych 2 miesiącach, a dodatkowo w lipcu czeka mnie też wielokrotnie przekładany ślub (śmiech). Mam nadzieję, że tym razem się uda.

Jakie masz główne cele na ten sezon?
Na pewno IM we Włoszech. Chciałabym ukończyć ten wyścig w TOP10 mojego AG z czasem poniżej 10 godzin. To luźne założenie do wykonania przy idealnych warunkach. W dniu startu nie zaprzątam sobie głowy założeniami bo trudno wszystko przewidzieć. Nigdy nie wiadomo, jakie będą warunki i jacy rywale staną na linii startu. Dlatego głównym celem dla mnie podczas każdego startu jest ukończyć go z uśmiechem na twarzy i chęcią na więcej. Przed startem we Włoszech mam zaplanowanych kilka startów na 1/2IM, w tym jeden w Skierniewicach.

Na co dzień mieszkasz, pracujesz oraz trenujesz w Hiszpanii. Dlaczego tak rzadko udaje Ci się startować w Polsce?
Głównym problemem jest logistyka i ryzyko związane z transportem roweru do Polski, na zawody. Uwielbiam startować w Polsce, ale jeśli w Barcelonie mamy mnóstwo zawodów pod nosem, to wybieramy tę opcję. Chcielibyśmy więcej startować w Ojczyźnie, ale do tej pory, jedynie co roku udaje nam się startować w Kaliszu. To super impreza, dlatego też i w tym sezonie będę tam z narzeczonym, tym razem prawdopodobnie jako kibic. Nasz start w Kaliszu (rodzinne miasto narzeczonego) jest rodzinnym wydarzeniem. Wszyscy się zjeżdżają i kibicują. Kocham atmosferę, która panuje na zawodach w Polsce. Dzięki kibicom zawsze udawało mi się kończyć zawody w Kaliszu z uśmiechem i na podium. Chcielibyśmy częściej tu startować. Może w tym roku się uda i jeszcze o nas usłyszycie.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z triathlonem?
Po przeprowadzce do słonecznej Barcelony zobaczyłam, że tutaj każdy uprawia jakiś sport i też chciałam zacząć coś robić. Dodatkowo poznałam Mateusza, mojego obecnego narzeczonego, on już wtedy sporo biegał. Wystarczyło raz pojechać na zawody, w których startował i od razu złapałam bakcyla. W pewnym momencie postanowiłam, że chcę ukończyć maraton. To był mój cel. Niestety za szybko zaczęłam biegać długie dystanse i doznałam kontuzji kolana. Wszyscy lekarze mówili, że nie mogę biegać więcej niż 5km. Miałam naderwane ścięgno i inne komplikacje. Nie poddawałam się!

Przez ponad rok poszukiwałam pomocy, aż w końcu znalazłam fizjoterapeutę, który powiedział mi, że mnie wyleczy, ale dobrze byłoby, gdybym zaczęła też np. jeździć na rowerze oraz pływać. Dodałam wszystko do siebie i to złożyło się na triathlon. W Barcelonie co roku organizowany jest Santander Triathlon. Stwierdziłam, że wystartuję na dystansie sprint. Zaopatrzyłam się jedynie w podstawowy rower, kask i trisuit. Nie miałam nawet butów na rower, okularów, ani zegarka.  Wystartowałam, mając za sobą może dwa miesiące treningów. Ukończyłam na 20 miejscu z 220 kobiet. Byłam bardzo nakręcona i chciałam dalej startować. Z biegiem czasu kolano dochodziło do siebie, a ja częściej startowałam i wydłużałam pokonywany dystans na zawodach. Doszłam aż do Ironmana (śmiech), a mówili, że mogę biegać tylko 5 km. Taka rada do wszystkich – nigdy się nie poddawajcie!

Czy przed triathlonem miałaś styczność ze sportem?
Jestem z gór. Więc trochę jeździłam na rowerze górskim. W dzieciństwie próbowałam różnych dyscyplin, bo to były inne czasy. Większość dnia spędzało się poza domem i komputerem. Jednak bieganie było dla mnie karą. Bardzo nie lubiłam biegać i zawsze znajdywałam jakąś wymówkę, by tego nie robić. Nawet jak dorosłam, wydawało mi się to okropnie nudne. Na studiach też byłam sportowym leniem. Studiowałam na Akademii Górniczo Hutniczej w Krakowie i poza uczeniem się na kolokwia i pracowaniem, raczej bardziej interesowały mnie imprezy i podróże niż sport. Dopiero po Erasmusie w Lizbonie, gdzie poznałam moja współlokatorkę Dominikę, zaczęłam interesować się sportem i dietetyką. Zarówno ona, jak i jej brat Mateusz Gawełczyk, są w tym świecie już od dawna. Dominika jako sportowiec i była profesjonalna pływaczka zaraziła mnie zdrowym stylem życia, ale ja sama dopiero w 2018 roku naprawdę wkręciłam się w sport.

Czym zajmujesz się poza triathlonem?
Pracuję w GE Renewable Energy. Jestem odpowiedzialna za stronę informatyczną i technologiczną regionu Europy i Azji. Taki mały mix trochę IT i trochę odnawialne źródła energii.

Jak udaje się łączyć triathlon z innymi obowiązkami?
Nie zawsze jest łatwo ale jak to mówią: jak się chce to się da. Podstawą jest dobra organizacja i priorytetyzacja. W weekendy staram się wstawać wcześniej i robić trening rano. Podczas dnia roboczego czasami wplatam trening w przerwie, gdyż mamy w Hiszpanii słynną sieste. Zazwyczaj staram się wkomponować trening przed lub po pracy, aby potem mieć czas dla siebie, rodziny, czy przyjaciół.

Jakie masz marzenia związane z triathlonem?
Kiedyś moim marzeniem była Kona. Chciałam zakwalifikować się, wygrywając w moim AG lub po 12 startach. Planuję startować w przynajmniej jednym IM, każdego roku. Jednak patrząc na to, co dzieje się z Ironmanem, jak zmienia się ich podejście do tego wydarzenia, to mam wahania, czy to jest moim głównym celem. Od początku tego roku powoli kreuję sobie nowy cel. Nie wiem jeszcze, co to będzie dokładnie. Myślałam o np. organizacji kempingów triatlonowych w okolicach Barcelony, takich zjazdów dla triathlonistów. Chciałabym za kilka lub kilkanaście lat przekierować trochę życie w tym kierunku. Wtedy byłoby łatwiej połączyć pasję z pracą. Poza tym oboje z narzeczonym uprawiamy ten sport. Jesteśmy w to bardzo wkręceni. Fajnie byłoby kiedyś prowadzić mały hotelik lub camping dla sportowców, ale to wszystko czas pokaże. Jak mówił Walt Disney: Jeśli potrafisz o czymś marzyć, to potrafisz także tego dokonać.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne, Calisia Triathlon

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X