Rozmowa

Ukończyli Ironmana dla Bartusia

Edyta i Wojtek Litwiniuk od początku do końca razem. Na trasie dystansu długiego kiedy mieli kryzys wspierali się. Cieszyli, kiedy docierali do miejsca, w którym jeszcze nie byli. A wszystko to w ramach akcji charytatywnej #HeroMalbork.

Edyta, Wojtek przede wszystkim gratuluję, już nie tylko ukończenia dystansu długiego w Malborku, ale pomysłu. Tak więc powiedzcie skąd inicjatywa i o co w niej chodziło?
Edyta Litwiniuk: Bardzo dziękujemy. To były wspaniałe zawody i doskonała organizacja. Jak zawsze dzięki Labosport wszystko dograne na tip top. Start na pełnym dystansie chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Jak rozmawialiśmy w maju nagrywając podcast to byłam pewna, że wystartujemy dopiero za rok. Z racji pandemii większość zawodów była odwoływana i przez to nie ruszały zapisy na 2021 rok. Mój szwagier Piotrek planował start we wrześniu właśnie w Malborku, z resztą już po raz czwarty. Mówił, że zawody odbywają się w magicznej oprawie, że są cudowni ludzie, wspaniała organizacja, ciekawa trasa i że musimy spróbować, bo będziemy żałować 🙂 Po przejrzeniu dziennika treningowego stwierdziłam, że czemu nie. Jesteśmy tak przygotowani by nie zrobić sobie krzywdy, a w naszej sytuacji nie o czas chodziło, bo chcieliśmy to robić razem, a najważniejsze było to by ukończyć i zdobyć doświadczenie. Tym bardziej, że jak w czerwcu padła decyzja o starcie w Malborku chcieliśmy połączyć to z akcją charytatywną.

*

Posłuchaj także podcastu z Edytą Litwiniuk: Triathlon koloruje mój świat

*

Od początku chcieliśmy wesprzeć Bartusia Orzechowskiego (na zdjęciu z rodzicami i bohaterami tekstu), małego chłopca, który urodził się bez stopy. Bartuś porusza się za pomocą protezy i te protezy są strasznie drogie. Chłopiec szybko rośnie, więc protezy są wymieniane często. Tak jak rodzice kupują swoim rosnącym dzieciom buty, czasem co dwa/trzy miesiące tak rodzice Bartusia muszą mu kupować protezy, więc proszę sobie wyobrazić jakie to są koszty na przestrzeni roku. Są to kosmiczne sumy. Nie zastanawialiśmy się długo. Zapytaliśmy Rodziców Bartusia czy nie mają nic przeciwko byśmy uruchomili taką akcję i zaczęliśmy działać. Odezwaliśmy się do naszych znajomych czy zechcą wesprzeć akcję i przekazać gifty na nagrody i licytację. Uruchomiliśmy media i tak ruszyła cała machina 🙂 Na Facebooku trzeba było wytypować mój wynik, a dla osób które będą najbliżej przekażemy nagrody. Teraz będzie można licytować różne przedmioty. Akcję wsparli nasi długoletni znajomi i zaprzyjaźnione marki. Mogliśmy liczyć na pomoc m.in. Ani Lewandowskiej, Otylii Jędrzejczak, Justyny Święty-Ersetic, Pawła Korzeniowskiego, Marcina Chabowskiego, marki Abus, 4f czy Grycan. Odzywają się do nas też osoby prywatne by przekazać na licytacje swoje usługi czy kolekcjonerskie przedmioty. Bardzo jesteśmy szczęśliwi z tego powodu, bo tak naprawdę ta akcja sprawiła, że czuje się spełniona.

Ile w sumie czasu przygotowywaliście się do startu?
Edyta: Cały czas jesteśmy aktywni fizycznie. Jestem m.in. trenerem lekkoatletyki, biegania, trenerem osobistym i dietetykiem. Kiedyś wyczynowo trenowałam biegi sprinterskie. Teraz sama przygotowuję podopiecznych, którzy startują w biegach, triathlonie czy po prostu chcą schudnąć. I z nimi często biegamy, pływamy, jeździmy rowerem, ćwiczymy siłowo, więc to nie było tak, że wstaliśmy z kanapy i nagle zapragnęliśmy „zrobić Ironmana”. Tak naprawdę po moim trzecim porodzie dwa lata temu robiłam wszystko po kolei (czyli zaczęłam od rehabilitacji po porodzie, wzmocnienia mięśni dna miednicy, ogarnięcia mięśni brzucha, bioder, itd.) by ze spokojem i w pełnym zdrowiu zacząć przygotowania do startu. Z tyłu głowy zawsze miałam ten start choć jeszcze bez konkretnej daty. Zaczęłam biegać dość późno po trzecim porodzie tak poważniej po roku, ale proszę mi wierzyć trzeci poród naturalny, to nie żarty i trzeba trochę więcej czasu, by ciało wróciło do stanu wyjściowego.

*

Czytaj także o niewidomym Andrzeju, który ukończył triathlon

*

Dlatego przy okazji mój apel do dziewczyn, by po porodzie nigdzie się nie spieszyły. Rehabilitacja po porodzie i powrót do zdrowia powinien być priorytetem. Ale wracając do pytania. Przygotowania pod Ironmana z konkretnym planem zaczęliśmy pod koniec września ze wstępną datą startu w 2020 roku. Później parę dziur treningowych spowodowanych pobytem z dziećmi w szpitalu, wzmożoną liczbą obowiązków zawodowych czy z pandemią spowodowało, że myślałam o tym by ten start jednak przesunąć o rok. Potem ciągle odwoływane zawody, brak pewności czy za rok nie będzie podobnie i uświadomienie sobie, że już nie jestem wyczynowym sportowcem i nie będę miała już tak komfortowej sytuacji do przygotowań jak 10 lat temu wpłynęły na to, że startujemy z tego co mamy i nie czekamy na idealny moment, bo może nie nadejść. I tak jak powiedziałam na początku szybkie przejrzenie dziennika treningowego, oszacowanie możliwości i decyzja o starcie. Także ostatecznie w czerwcu zdecydowaliśmy, że we wrześniu debiutujemy podczas Castle Triathlon w Malborku. I uważam, że to była jedna z najlepszych decyzji jaką podjęliśmy tym roku.

Wojtek: Na co dzień jesteśmy trenerami i prowadzimy Akademię Sportowo-Szkoleniową Extreme Academy organizując letnie i zimowe obozy sportowe czy fit weekendy więc praktycznie cały rok dbamy o odpowiednią formę. Ja byłem nawet zapisany na start na pełnym dystansie w Busselton w Australii w grudniu ubiegłego roku, ale ze względów logistycznych niestety, nie mogłem wystartować, natomiast dało nam to impuls do poszukania startu bliżej domu. 

Jak wyglądały Wasze treningi? Razem, czy jednak ze względu na dzieci osobno?
Edyta: Na naszą decyzję, by startować w tym roku wpłynął też fakt, że przez pandemię siedzieliśmy cały czas w domu z dziećmi, pracując przy tym zdalnie. Istne szaleństwo. Troje dzieci, praca, obowiązki szkolne i domowe i nasze treningi. I właśnie te treningi były czasem dla nas. Siedząc cały dzień w domu z dziewczynkami nie mieliśmy wyrzutów sumienia, że wychodzimy w ciągu dnia na trening na wietrzenie głowy. Przez cały czas z Wojtkiem trenowaliśmy osobno. Jedno trenowało drugie ogarniało dzieci, potem zamiana. Pobudka o 5, by o 6 już być na treningu zanim dziewczynki wstaną, potem zamiana. W międzyczasie robienie lekcji, praca i gotowanie i ogarnianie domu. Na szczęście najmłodsza córeczka ma jeszcze drzemkę w ciągu dnia to dużo pracy można było ogarnąć w ciągu tych dwóch godzin, a resztę wieczorem. Jedno usypiało dzieci drugie ogarniało pracę. Gdy mieliśmy trening pływacki szliśmy całą piątką. Jedno robiło trening na dużym basenie, a drugie ogarniało dzieci w mniejszym. Potem zamiana.

W sierpniu kiedy już mieliśmy dłuższe treningi trenowaliśmy razem. Na wakacjach byliśmy ze szwagrem i szwagierką i ich dziećmi. Kiedy dzieci spały wychodziliśmy o 5 na treningi i wracaliśmy jak one jadły śniadanko ogarniane przez Anię i Michała. Potem cały dzień razem. W ostatnich dwóch tygodniach przed startem pojechaliśmy już do dziadków, by tam spokojnie trenować, a w ostatnim tygodniu przyjechaliśmy sami do domu bez dzieci by się wyspać. Przy okazji ogromne podziękowania dla Babci i Dziadzia bo inaczej byłoby kiepsko 🙂 Otrzymaliśmy mega wsparcie od naszej całej Rodzinki i Przyjaciół i to jest najwspanialsze. 

Wojtek: Będąc trirodzicami trzeba przede wszystkim skupić się na odpowiedniej organizacji wszystkiego, bo nie wolno zapomnieć, że najważniejsza jest Rodzina. Same treningi, które przy długim dystansie nie dość, że zajmują dużo czasu, to jeszcze trzeba pomnożyć go razy dwa. Każda pasja potrafi pochłonąć bez reszty, a triathlon chyba w szczególności, więc potrzebna jest  odpowiednia gradacja priorytetów i wcześniejsze ustalenie zasad funkcjonowania rodziny w trybie “Rodzice robią Ironmana”.

Oczywiście wymaga to współpracy, kompromisów i wyrozumiałości, bo musimy pamiętać, że do codziennych obowiązków dochodzą godziny treningów i ich konsekwencje, co może różnie wpływać na nasze relacje. Kluczem do sukcesu w takiej sytuacji są niewątpliwie umiejętności interpersonalne takie jak skuteczna komunikacja, asertywność, umiejętność radzenia sobie ze stresem, czy zarządzanie czasem. Tu mieliśmy łatwiej, bo akurat z tych tematów na co dzień prowadzę szkolenia więc teraz wiele zagadnień intensywnie wdrażałem w życie.

Przejdźmy do samych zawodów? Na metę wbiegliście razem po 13 godzinach. A jak wyglądały poszczególne etapy zawodów? Płynęliście obok siebie? 
Edyta: Te zawody były epickie. Mieliśmy plan by skończyć i to w dodatku w komforcie. Wszystko na spokojnie, w tlenie, bez „pałowania” i „ugotowania” mięśni. Zaczęliśmy spokojnie, bo tydzień wcześniej podczas startu w Nieporęcie Wojtek doznał kontuzji barku i zagadką było jak będzie podczas pływania. Tym bardziej, że było strasznie zimno. Oddech podczas pływania bierzemy na inne strony więc po przepłynięciu kilkuset metrów Wojtek stwierdził, że z barkiem ok i płynęliśmy sobie spokojnie obok siebie widząc się praktycznie przy każdym oddechu. 4 pętle minęły szybko, choć trudno było się dogrzać. Ale uśmiechnięci wyszliśmy z wody. Potem strefa zmian i przebranie się do sucha by przejechać rower bez obtarć i nie zamarznąć. W strefie zmian na szczęście natarłam się maścią rozgrzewającą i chyba to mi pomogło przetrwać ten rower.

A rower? Przecież nie można draftować?
Edyta: No właśnie rower. Było strasznie zimno. Wiatr był dla mnie kosmiczny. Zakładaliśmy, że całość przejedziemy ze średnią 30 km/h, ale po pierwszych kilometrach stwierdziliśmy, że nie będę w stanie utrzymać takiej prędkości przez 180 km i nie ma co pałować. Ważne by ukończyć, bo potem jeszcze maraton. A to już generalnie zagadka, a tym bardziej po tylu godzinach wysiłku. Poza tym było mi strasznie zimno. Cieplej zrobiło mi się dopiero na 3 pętli jak słoneczko było trochę wyżej. Zależało mi też na tym, by Wojtek jechał cały czas za mną, by nikt nam nie zarzucił draftingu właśnie. Cały czas się mijaliśmy z tymi super dziewczynami na pętlach i głupio by mi było gdyby one widziały Wojtka przede mną. A tak mogłam je uśmiechem pozdrawiać co pętle. Wojtek czasem tylko mnie wyprzedzał i sobie przyspieszał jakieś odcinki, by zjechać na pobocze i ogarnąć jakieś swoje rzeczy i czekał na mnie 🙂

Lekki kryzys miałam na ostatniej pętli na pierwszym odcinku. Miałam wrażenie, że on się nigdy nie skończy i że wiatr wieje jeszcze mocniej. Czekałam na nawrotkę. Rower przejechałam komfortowo. Nie czułam zmęczenia. Cieszę się, że się nie podpaliliśmy. Bardzo pilnowaliśmy jedzenia. To było dla nas najważniejsze dobrze jeść. Na rowerze spożywaliśmy żele, batony, bułki, banany, sól, izo i wodę. Nie mieliśmy żadnych problemów.

Przynajmniej biec mogliście razem. Jak było?
Edyta: W ogóle nie myślałam o tym, że jeszcze maraton. Ustawiliśmy tak swoje głowy, że wiedzieliśmy, że to wszystko ma trwać, więc na spokojnie. Początek biegło nam się nieźle.

Wojtek: Po zejściu z roweru czułem się tak dobrze, że na pierwszej pętli nie skorzystałem z punktów odżywczych, za co zapłaciłem na kolejnym okrążeniu. W momencie gdy Edi prawiła mi wyliczenia o złamaniu 13 godzin spotkałem się z ostrym cieniem mgły i zacząłem lekko odpływać 🙂 Początkowo myślałem, że to pot zalał mi oczy, ale niestety musieliśmy zwolnić. Zjadłem żel i wypiłem dużo wody. Po 2-3 km kryzys minął i już do mety jadłem i piłem na każdym punkcie, a biegło mi się lekko i swobodnie. 

Edyta: Ja z kolei około 30 kilometra nie mogłam już patrzeć na słodkie przekąski. Nic już mi nie wchodziło. Na jednym punkcie były kabanosy i one mnie uratowały. Na kolejnym zjadłam orzeszki ziemne i to chyba nie było najlepsze posunięcie. Po nich strasznie chciało mi się wymiotować. Musiałam iść. Walczyłam i mówiłam do Wojtka dobra już mogę biec po czym po trzech krokach znowu chciało mi się wymiotować. Robiłam co mogłam by odwrócić uwagę od chęci wymiotowania. Zrobiłam dłuższą przerwę na wizytę w toalecie by trochę uspokoić mój organizm, ale niestety nie pomogło to za bardzo. Potem zobaczyłam, że spuchła mi lewa dłoń. Wyglądała prawie jak balon. Żadnych kości nie było widać ani żyłek. Trochę się wystraszyłam i pomyślałam, że organizm zaczyna wariować, więc spokojnie. Już tylko kilka kilometrów do mety i choćbym miała się turlać, to do niej dojdę. Przeszło mi na ostatnim kilometrze. Generalnie mega doświadczenie, bo to są takie rzeczy których się nie przewidzi. Nie wiem czy to była jakaś reakcja uczuleniowa na te orzeszki, czy co się tam wydarzyło. Teraz będę to sprawdzać. Ale było meeeeega. Myślałam tylko o moich Córeczkach i o tym by zdrowiu dotrzeć do mety.

Czy mieliście jeszcze inne kryzysy?
Edyta: Mieliśmy generalnie po jednym kryzysie właśnie na biegu. Niestety, nie w tym samym momencie co z pewnością wydłużyło ten bieg, a może to dobrze, bo mogliśmy się wspierać kiedy jedno cierpiało. W każdym razie cudownie, że mogliśmy to robić razem. Ten debiut zapamiętam do końca życia bo i dystans niesamowity i to że razem, to robiliśmy i przede wszystkim fakt, że robiliśmy to dla Bartusia. 

Jak się mobilizowaliście? 
Edyta: Szczerze mówiąc chyba nie musieliśmy się jakoś szczególnie mobilizować w trakcie wyścigu. Wiedzieliśmy po co to robimy. Chcieliśmy się cieszyć każdą chwilą, każdym krokiem. Jak przekraczaliśmy jakieś odcinki których nigdy na treningu nie robiliśmy typu 130 km na rowerze czy 30 km na biegu to mówiliśmy „ale fajnie, jeszcze tu nigdy nie byliśmy”. Cieszyliśmy się tym startem, każdym krokiem i serio pilnowaliśmy tego by się ciągle uśmiechać. I to było widać, bo każdy kto nas śledził czy na żywo czy w sieci to właśnie te uśmiechy widział. Byłam szczęśliwa, że to robię i że nadszedł dzień startu.

Jakie emocje towarzyszyły Wam na mecie?
Edyta: Byliśmy w głębokim szoku jak organizatorzy nas powitali i powiedzieli o naszej akcji. To było niesamowite. Bardzo za to dziękujemy. Zrobiło mi się baaaardzo miło. Popłakałam się ze wzruszenia. Czułam się taka szczęśliwa i spełniona. Cieszę się, bo nie byłam jakoś strasznie zmęczona. Kiedyś myślałam, że jak będę kończyć Ironamana to padnę na mecie, a tu taka niespodzianka. Super znieśliśmy tak długi wysiłek. Następny raz będzie na maksa, więc pewnie padniemy na mecie. Ale jak na pierwszy raz to mamy cudowne wspomnienia, dobrze zrealizowaliśmy plan ukończenia w komforcie, bez żadnych kontuzji czy wygrzebywania się z tego tygodniami. Dobrze byliśmy przygotowani fizycznie, psychicznie i logistycznie. Ja zadbałam o trening kolarski i biegowy oraz odżywianie, a Wojtek o trening mentalny. Nasza przyjaciółka Karina Zreda, która jest trenerką pływania ogarnęła nas pływacko. Szacun dla niej co zrobiła ze mną od czerwca w te 3 miesiące. Jeszcze raz dziękuję Kochana. Może to przeczyta. Wszystkie puzzle tego dnia idealnie się poukładały. Już się nie mogę doczekać kolejnego startu.

Wojtek: Wielka radość z ukończenia i zrobienia akcji dla Bartka, no i przede wszystkim wielka duma z Edi i tego czego dokonała, jak radziła sobie nie tylko w trakcie zawodów, ale też na treningach, jak dawała przez ten cały czas radę jako mama i żona. Kocham Cię Żabko i podziwiam, moja Ty IronWoman.

Dobiegliście na metę, ale cały czas można pomóc Bartkowi? W jaki sposób?
Edyta: Tak Bartusia można wspierać przez cały czas kupując cegiełki na stronie fundacji https://naszmaraton.pl/produkt/cegielki-mocy/. Liczy się każda złotówka, więc jeśli mogę poprosić Państwa o wsparcie to byłoby cudownie. Oprócz tego na swoim Instagramie będę niebawem komunikować o licytacjach na rzecz Bartusia. Dołączają też osoby prywatne ze swoimi usługami, więc będą się działy fajne rzeczy a wszystkie pieniążki trafią na nową protezę dla Bartusia.

Co dalej? Jakie plany?
Edyta: Jak to mówią apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc z pewnością chcę startować więcej i więcej. Mam więc nadzieję, że przyszły rok będzie bardziej obfitował w imprezy sportowe. Mam również nadzieję, że uda mi się wystartować za tydzień w Płocku ale wszystko zależy od mojej podkręconej na maratonie stopy. A w zimie zamierzam bawić się nadal aktywnością ruchową biegając, pływając, jeżdżąc na trenażerze i ćwicząc siłowo oraz zachęcając przede wszystkim kobiety, młode mamy do tego by znajdowały czas dla siebie.

Wojtek: Na pewno chcemy kontynuować treningi, żeby nie stracić formy i planujemy starty w biegowych imprezach na jesieni i w zimie. W ferie robimy też obozy narciarsko-snowboardowe więc forma będzie potrzebna. Ja chcę postawić przede wszystkim na bieganie, bo tu mam najwięcej do zyskania jeśli chodzi o wyniki. 

Marcin Dybuk
Foto welcomephoto.pl , LaboSport

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
X