Wiadomości

#TriGwiazdka. Jak świętują triathloniści

Ola Jędrzejewska: Święta zawsze spędzam w gronie najbliższych we Wrocławiu. Mimo nieco szalonego trybu życia na co dzień, jest to dla mnie okres, kiedy mogę trochę przystopować i spędzić wartościowy czas z rodziną, nigdzie się nie spiesząc. Nie zapominam o treningach, ale to nigdy nie są mocne jednostki, raczej, żeby odpocząć między spotkaniami „przy stole”. Często jeździmy na szybki, jednodniowy wypad w góry, na spacer i deskę snowboardową. Jeśli chodzi o jedzenie, to jestem wielką fanką barszczu z uszkami mojej babci, a poza tym uwielbiam wszystkie potrawy na słodko i na pewno jest to czas, kiedy nie stosuję restrykcyjnej diety. Poza tym spotykam się z przyjaciółmi i nadrabiam towarzyskie zaległości.

 

 

Wspólny trening i babcina kuchnia
Julia Sanecka:
Święta w moim domu to przede wszystkim czas spędzony z rodziną. Zaczynając od wspólnego porannego treningu, poprzez przygotowanie wszystkich potraw, kończąc na wieczornej kolacji. Oczywiście świąteczne „wariactwo” zaczyna się już kilka dni wcześniej, bo trzeba ustroić dom, zapakować prezenty, zrobić zakupy. Jednak jak powszechnie wiadomo, jedzenie w święta to priorytet, a w naszym wigilijnym jadłospisie nie może zabraknąć babcinych pierogów i uszek, którym nic nie jest w stanie dorównać. Do gry wchodzą oczywiście śledzie, które są specjalnością cioci, bigos taty i makowiec, barszcz oraz zupa grzybowa mamy. Swoje miejsce na stole zawsze ma marynowana, własnoręcznie złowiona, ryba dziadka. Natomiast moją specjalnością są ciasteczka, więc każdy ma swoje zadanie. Kiedy wszyscy spróbują dwunastu potraw i pierwsza gwiazdka jest już widoczna, najmłodsza osoba z naszego grona rozdaje mikołajkowe prezenty. Na szczęście duch świąt czuwa, bo po takiej kolacji musi zdarzyć się świąteczny cud, żeby następnego dnia waga nie pokazała zbyt wielu „śnieżnych kul”.

 

 

Kto złapie karpia na treningu pływackim

Kacper Stępniak: Dzień Wigilii, od kiedy sięgam pamięcią, zaczynałem zawsze o godzinie 6-tej porannym pływaniem. Teraz, gdy już jestem dojrzałym zawodnikiem, jest to zwykły trening, natomiast dobrych parę lat wstecz, w ten wigilijny poranek oprócz pływania mogliśmy grać w piłkę wodną, a na koniec łapać karpia. Prawdziwego karpia, którego trener wrzucał do wody. Kto był najszybszy, dostawał go w nagrodę i mógł zabrać do domu. Dodatkowo sekcja Masters, która odbywała ćwiczenia na torach obok, składała sobie życzenia i wznosiła symboliczny toast kieliszkiem szampana za udany rok treningów. Wówczas wydawało mi się to dosyć dziwne, żeby o takiej porze pić szampana, ale z czasem patrzę na to z dystansem i chyba była to całkiem przyjemna tradycja. Teraz nie ma już piłki wodnej, karpia, szampana i pozostał tylko ciężki trening. Po pływaniu staram się już pomóc mamie i zapomnieć co najmniej na dobę o sporcie. Z racji tego, iż nie jestem najlepszym kucharzem, moja pomoc w kuchni sprowadza się do krojenia warzyw na sałatkę jarzynową. 24 grudnia do stołu nasza rodzina zasiada chyba jako jedna z pierwszych w Polsce, bo już około 16-tej. Wczesna godzina jest spowodowana tym, że dziadek Bogdan postanawia nic nie jeść tego dnia, aż do czasu uroczystej kolacji i po 15-tej jest już strasznie głodny. Tradycyjnie jak w większości domów chrześcijańskich na początku wieczerzy zostaje odczytana ewangelia, a potem dzielimy się opłatkiem i popuszczamy pasa, aby zasmakować jak najwięcej dań, które wszyscy już znają na pamięć. Osobiście nie jestem wielbicielem potraw wigilijnych, więc nie muszę się szczególnie pilnować z dietą w trakcie świąt. Gorzej jest w momencie, kiedy na stole zaczyna pojawiać się ciasto, szczególnie „snikers” wykonany przez ciocię Jolę. Po kolacji i deserze z kawą niektórzy zaczynają się już niecierpliwić i dopytywać o prezenty, chociaż małych dzieci u nas już nie ma, ale z pewnych rzeczy widocznie się nie wyrasta. Starszyzna rodzinna decyduje, że najpierw śpiewamy kolędy, a po nich wręczamy sobie upominki. Pozostały czas oczekiwania na pasterkę umila nam świąteczny film, planszówki lub kalambury. Wesołych Świąt!

 

 

Trening przed wigilijną kolacją
Paulina Klimas:
Święta to mój ulubiony okres w ciągu roku i choć nienawidzę zimy, to święta wszytko wynagradzają. Uwielbiam cały okres przygotowań, ozdoby, choinkę, świąteczne piosenki, kolędy i nie wyobrażam sobie, że w te szczególne dni mogłabym być poza domem i nie spędzać ich z rodziną. Moje święta, od kiedy jestem triathlonistką, różnią się od tych, kiedy trenowałam pływanie. Kiedy pływałam, święta zawsze wypadały od razu po głównych mistrzostwach Polski i był to czas luzu. Wówczas nie ćwiczyłam w ogóle od świąt aż do Nowego Roku. Odpoczywałam i nabierałam sił na następne przygotowania. W triathlonie jest trochę inaczej. 24 grudnia wykonuje wszystkie treningi przed kolacją, żeby zrobić sobie naprawdę spory zapas, bo pochłonąć potrafię naprawdę bardzo dużo. Następnego dnia nie trenuję. Jest to czas dla rodziny. Muszę przyznać, że za samymi potrawami, które podaje się na stół wigilijny, nie przepadam, ale przynajmniej mam więcej miejsca na słodką część kolacji. Cały rok czekam najbardziej na makówkę i w tym przypadku nie ma dla mnie limitów. Zagryzam to sernikiem i czekoladą i jestem wtedy po prostu szczęśliwa.

 

 

„Makówka” rządzi
Sabina Rzepka:
Święta Bożego Narodzenia to szczególny czas w roku, który staram się spędzać nie tylko zajadając się potrawami wigilijnymi i przesiadaniem się od jednego stołu, aby za chwilę usiąść przy kolejnym. Cała rodzina jest aktywna, lubiąca wysiłek fizyczny, więc poranek staramy się spędzić rodzinnie, najczęściej wyjeżdżając w pobliskie Beskidy na poranne szusowanie na nartach, o ile warunki na to pozwalają. Południe spędzamy na wspólnym przygotowywaniu potraw wigilijnych. Pochodzę z Górnego Śląska, który posiada głęboką tradycję, a więc mamy wiele nieznanych w innych częściach kraju potraw, wśród których na szczególną uwagę zasługują moje ulubione "makówki", czyli najprościej mówiąc, deser makowy na mleku i chałce z miodem oraz bakaliami. Na stole pojawiają się też zupy z piernika oraz grzybowa. Jest tradycyjny karp, kapusta z grzybami, kompot z suszu. Na próżno szukać pierogów, czy kutii. Wigilię zaczynamy z reguły wieczorem, około godziny 19-tej. Po wieczerzy przenosimy się pod choinkę, gdzie staramy się śpiewać kolędy, co w mojej rodzinie jest raczej komedią i kończy się wspólnym wybuchem śmiechu, bowiem talentu wokalnego to raczej nie mamy.

 

 

Prezenty od Dzieciątka
Symboliczne prezenty w domu na Górnym Śląsku przynosi Dzieciatko, któremu przed rozpoczęciem wieczerzy otwiera się okno, aby mogło je wnieść. Jest to ciekawe, bo nie ma ich wcześniej pod choinką. Jak się tam teleportują, tego nikt nie wie. Takie właśnie cuda i świąteczny klimat panują w moim domu rodzinnym. Na zakończenie magicznego dnia wybieramy się wspólnie na Pasterkę, po której w wesołej atmosferze spotykamy się z szeroką rodziną, z którą świętujemy aż do rana. Jeśli chodzi o trening, jaki realizuję w tym wyjątkowym czasie, to mogę powiedzieć, że nie ulega zmianie, jednak obowiązkowe jest długie wybieganie, które wplatam w plan ćwiczeń, aby zrobić miejsce na kolejną porcję makówek. W tym okresie zupełnie nie martwię się dodatkowymi kaloriami, gdyż to jedyny taki czas w roku, kiedy można się po prostu wyluzować. I tego też życzę wszystkim. Spokojnych, radosnych świąt.

 

Pobiegła na Jasną Górę
Roksana Słupek:
Może to oklepane stwierdzenie, ale rzeczywiście u mnie święta to wyjątkowy czas. Co roku dzieje się coś szczególnego. Teraz, gdy jestem z dala od domu, trochę inaczej to wygląda, ale wcześniej do codziennego trybu dnia sportowca dochodziła pomoc mamie w przygotowaniu świąt, więc dzień był maksymalnie zapełniony. W tym zabieganiu zawsze znajdowałam czas na refleksję. Te refleksje często sprowadzały się też do sportu, bo to w końcu moje życie, ale i nie tylko. Jest to wspaniały czas, bo wręcz wymusza odłożenie swoich spraw na później i zajęcie się naszymi najbliższymi, czy osobami potrzebującymi, o których w okresie świątecznym mówi się szczególnie często. Jeśli chodzi o treningi, to nie pamiętam, czy kiedykolwiek w Wigilię były odwołane ćwiczenia. W moim pływackim klubie na koniec wigilijnego treningu dzieliliśmy się słodyczami i składaliśmy sobie życzenia. Pamiętam, że w roku, kiedy stawiałam pierwsze kroki w triathlonie, pobiegłam na Jasną Górę i wróciłam tuż przed rozpoczęciem świątecznej kolacji, kiedy wszyscy byli już ładnie ubrani. Uwielbiam te dni również dlatego, że jest to okazja spotkania się z całą rodziną, za którą tęsknię cały rok i dla której często ciężko znaleźć mi czas. Mam dużą rodzinę i zawsze jest bardzo wesoło. Wchodząc do domu, gdzie przebywamy w danym roku, 24 grudnia zawsze śpiewamy kolędy. Żeby odebrać prezent od gwiazdora, trzeba wykonać jakieś zadanie.

Stół syto zastawiony
Zachowujemy też wigilijne tradycje, chociaż jedną zawsze łamiemy, gdyż nigdy nie było u nas na stole dwunastu potraw, zawsze jest ich więcej. Ulubionego dania nie mam. Moja mama i ciocie to świetne gospodynie i wszystko co zrobią, jest pyszne. Do głowy przychodzą mi jedynie pierożki z kaszą gryczaną mamy dobrego pływaka, które kiedyś posmakowałam i zawsze, gdy się widzimy, mi je przywozi.

 

 

Prezentów nie ma
Agnieszka Jerzyk:
Święta Bożego Narodzenia to dla mnie zawsze długo wyczekiwany czas. Bo wiem, że w tym okresie nie wyjadę na żadne zgrupowanie. Choć raz, w 2011 roku, przed igrzyskami olimpijskimi w Londynie, zdarzyło się, że święta spędziłam w Sierra Nevada. Po tamtym wybryku już więcej nie dam się na to namówić. Jak są święta, to musi być tradycja. Zawsze 24 grudnia mam zaplanowany bardzo mocny trening biegowy, po którym marzę o pierwszej gwiazdce, by zasiąść do wigilijnego stołu. Moją ulubioną potrawą zdecydowanie są „makiełki”, czyli kluski z makiem na słodko. Zawsze smakuje mi również tradycyjny karp, choć w ciągu roku bym go nie zjadła. Jeszcze dwa lata temu przebierałam się za gwiazdora i rozdawałam prezenty, ale od dwóch lat ich sobie nie robimy, dlatego jestem zwolniona z tej funkcji. Po wigilijnej kolacji z rodzicami wybieram się na pasterkę, po której wracamy do domu, robimy kawę i zajadamy się ciastami, oglądając świąteczne filmy. 25 grudnia to dla mnie dzień wolny od treningu. Zazwyczaj w tym czasie wybieramy się do kogoś z rodziny. Z kolei w drugi dzień świąt cała familia zjeżdża się do rodziców i tam dalej gościmy się na całego. W tym szczególnym okresie nie żałuję sobie niczego, bo przecież już za chwilę ruszę z corocznym noworocznym postanowieniem. Mam tu na myśli zrzucenie kilku kilogramów. Wesołych Świąt!

 

 

Gotują wszyscy
Ewa Rokicka i Marcin Konieczny:
W naszej rodzinie święta spędza się tradycyjnie. Nie wyjeżdżamy na wycieczki, do sanatorium, czy na wczasy. Spędzamy je całą rodziną. A że rodzinka jest dość liczna, to zorganizowanie ich jest nie lada wyzwaniem. W związku z tym, że w ubiegłym roku Boże Narodzenie "odbyło się" w Kieźlinach, w tym roku gościmy u mojego brata. Do stołu zasiada od 15 do 20 osób. Choinka ubrana tradycyjnie, potrawy tradycyjne.  Oczywiście gotowaniem dzielimy się, ale są pewne potrawy "zarezerwowane". Kulki rybne w galarecie robi moja bratowa, śledź w oleju z cebulką tata, a sałatka jarzynowa to specjalność MKONa i Kasi.

Wspólne bieganie, a MKON ucieka
Od kilku lat tradycją świąteczną jest także wspólne bieganie, którym zaraziliśmy całą rodzinę jednego z moich braci. I tak, po świątecznym śniadaniu, zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia, 8 osób wychodzi na wspólne bieganie. Wspólne jest tylko wyjście, bo po chwili mkona nie ma już w zasięgu oczu 🙂 

 

 

Szok! Trzy treningi w Wigilię
Kamil Damentka:
Święta Bożego Narodzenia jest to okres, który jak co roku spędzę z moją rodziną w Warszawie. Mój powrót do domu poprzedza zgrupowanie. Niedawno, bo we wrześniu przeprowadziłem się do Rumii, gdzie trenuję w klubie UKS-Tri Team, więc cieszę się podwójnie, że wrócę do domu po długiej nieobecności. W wigilijny poranek lubię zrobić sobie trzy krótkie treningi, które nawiążą do triathlonu, ponieważ jaka wigilia, taki cały rok. Później oczywiście odrywam się od sportu. Rodzinę mam dość dużą i 24 grudnia tym razem spotkają się cztery pokolenia, będzie nas zatem ponad 20 osób. Miło jest na chwilę zwolnić i bezkarnie spróbować wszystkich potraw, nie zważając na dietę. Już nie mogę się doczekać rozmów z bliskimi i śpiewania kolęd, aby „wykupić” prezenty, jakie dla siebie przygotowaliśmy. Moją ulubioną wigilijną potrawą jest barszcz czerwony z uszkami oraz kutia z prawdziwej pszenicy, bakalii i miodu. Pozdrawiam i życzę wszystkiego co najlepsze oraz pomyślnego Nowego Roku.

 

 

Ryba po grecku faworytem
Jacek Krawczyk:
Święta planuję spędzić w domu z rodziną. Jakiś szczególnych zwyczajów nie posiadamy. Tradycyjne będą na pewno potrawy, takie jak barszcz, piwoszki (a’la pierożki z ciasta francuskiego z nadzieniem z pieczarek), makiełki, czy ryba po grecku. To ostatnie to zdecydowanie mój największy faworyt. Będą i prezenty, każdy z rodziny coś w tajemnicy szykuje. Oczywiście na trening też znajdzie się miejsce, bo jakoś trzeba spalić zjedzone kalorie. Mijający 2018 rok był dobry, na mistrzostwach Polski zawsze plasowałem się tuż za podium, ale to tylko wielka motywacja do dalszej pracy. Jestem bogatszy o kolejne doświadczenie, które mam nadzieję, przyda się w następnych latach. Poza tym nieźle radzę sobie również na uczelni, co też uznaję za swój sukces.

 

 

Motopasterka
Tomasz Brembor:
Co roku w okresie świątecznym staram się trochę zwolnić, zluzować z treningami i spożytkować czas w inny sposób. Czasami wpadnie mi do głowy jakiś ciekawy pomysł na prezent dla bliskich. Oprócz całej świątecznej magii jest to również dla mnie moment, w którym stawiam kreskę, robię podsumowanie minionego roku i stawiam sobie cele na kolejny. W tym roku razem z siostrą 24 grudnia spędzamy poza domem, w gronie najbliższych. Jest to jeden z nielicznych wieczorów, który możemy spędzić razem przy jednym stole. Po uroczystej wieczerzy, na której króluje karp i zupa rybna, mam trochę czasu dla siebie. Wsiadam wtedy do samochodu, przekręcam kluczyk i jadę na MotoPasterkę. Tam spotykam przyjaciół, znajomych i ludzi, takich jak ja, lubiących motoryzację.

 

 

Magiczny czas
Alicja Ulatowska:
Czas świąteczny jest dla mnie bardzo przyjemny. W zasadzie już od początku grudnia wypływa powoli ta magia. Mieniące się od kolorowych świateł ulice, przyozdobione choinki, świąteczne piosenki z rozgłośni radiowych, czasem śnieg. Dla mnie to są składowe klimatu świątecznego. Wtedy jak maszeruję rano na basen, od razu odpalam na słuchawkach świąteczną playlistę i zaczynam sobie śpiewać. Potem całe pięć kilometrów w wodzie chodzi mi po głowie przebój „I don’t want a lot for Christmas”. Co roku też obiecuję sobie, że prezenty kupię z dużym wyprzedzeniem. I za każdym razem dołączam do rzeszy ludzi biegających na ostatnią chwilę po galeriach handlowych. Wybieram upominek, płacę i w podskokach ruszam do kolejnego sklepu. Taki Christmas triathlon. Lubię to chyba dlatego, że mój układ nerwowy reaguje niezwykle szybko na wszystkie bodźce i zawsze sprawnie mi to idzie. Wigilijny dzień od rana jest szalony. Trwają intensywne przygotowania do kolacji. Wszyscy są zaangażowani. Ja w międzyczasie wykonuję treningi. Nie ukrywam, że robi się też trochę nerwowo, gdyż wydaje mi się, że prawie każdy członek mojej rodziny jest perfekcjonistą i wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. To dobrze, bo ostatecznie wszystko wychodzi znakomicie. Wieczorem, już totalnie rozluźnieni, rozpoczynamy spokojną wieczerzę. Robi się przyjemnie, radośnie. W tle słychać kolędy. Wspólnie delektujemy się dwunastoma potrawami.

Mocno się kochamy
Jakby popatrzeć tak na nas z lotu ptaka, to gołym okiem widać, że się mocno kochamy. Uwielbiam wszystkie dwanaście potraw. Bardzo ważny jest dla mnie barszcz z uszkami oraz standardowo karp, ale na największy aplauz zasługuje Moczka. Przygotowywana jest ze specjalnego rodzaju piernika oraz wszystkiego co słodkie: czekolada, owoce świeże i z puszek, orzechy z różnych parafii, rodzynki, czyli wielki mix, powodujący, że na samą myśl ślinianki wariują. Po kolacji jest czas odpakowywania prezentów. Kiedy byłam dzieckiem, zawsze popędzałam wszystkich, żeby przyspieszyli tempo jedzenia. Tak bardzo chciałam wiedzieć, co aniołek przyniósł mi pod choinkę. W drugiej dekadzie życia zmieniło mi się. Obecnie lubię, gdy wszystko odbywa się powoli. Całe święta trenuję normalnie, nie odpuszczam w ogóle. Dwa lata temu w dzień Bożego Narodzenia rano robiłam długi bieg po lesie. Skręciłam wówczas prawie kostkę. Ból był niemiłosierny, a ja znajdowałam się sześć kilometrów od domu. Po kilku rzewnych łzach wmówiłam sobie, że nic się nie stało, a noga jest kompletnie zdrowa. Wróciłam do domu biegnąc. Cud, bo po skręceniu nie było ani śladu. Może to ta magia świąt ? Życzę wszystkim czytelnikom TriathlonLife.pl pięknych świąt!

 

 

Przygotował Maciej Mikołajczyk
Foto materiały prywatne, Paweł Marcinko, Szymon Gruchalski

 

UWAGA! UWAGA! UWAGA!

 

I pamiętajcie, że w pierwszy i drugi dzień Bożego Narodzenia jest robota do zrobienia. Mamy do przebiegnięcia 50 000 kilometrów. A wszystko to w ramach akcji charytatywnej dla dzieciaków z Nidzickiego Fundusza Lokalnego, którą "zarzucił" Marcin Konieczny zwany MKON-em. Więcej informacji TUTAJ

 

 

 

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X