PoradnikRozmowa

Triathloniści też chorują na depresję

Anna Halska jako amatorka często stawała na podium. Z roku na rok poprawiała wyniki, aż na przeszkodzie stanęła jej choroba, która przyczyniła się do drugiej, jeszcze groźniejszej. Depresja sprawiła, że z trudem wychodziła z domu. Dopiero, kiedy poprosiła o pomoc w tunelu pojawiło się światełko.

Postanowiłaś zrezygnować w tym roku ze startów w triathlonie. Skąd taka decyzja?
Nałożyły się na to problemy zdrowotne, przez które trudno mi było nawet zaplanować makrocykl. A plan działania i dobre zdrowie to podstawa treningu w triathlonie. Nie lubię robić czegoś „po łebkach”, na zaliczenie. Albo robię coś dobrze, albo wcale. Poza tym rozwijam swój team, a to wymaga zaangażowania na różnych płaszczyznach. Trenując kilkanaście godzin w tygodniu więcej było zmęczenia, niż zaangażowania.

Problemy zdrowotne sprawiły, że popadłaś w depresję. Co wtedy się z Tobą działo? Jak wyglądał Twój dzień?
To był bardzo ciężki czas. W listopadzie, po dwóch miesiącach diagnostyki i konfrontacji z polską służbą zdrowia, zdiagnozowano wreszcie przyczynę ciągłych wahań samopoczucia i bardzo złego obrazu krwi. To choroba genetyczna, aktywująca się po 30-tym roku życia. Mój organizm wchłania za dużo żelaza, które odkłada się w narządach i tkankach oraz zaburza pracę układu krwiotwórczego. Mimo fatalnych wyników badań od prawie dwóch lat lekarze bagatelizowali sytuację, sugerując, że jako sportowiec pewnie biorę doping z erytropoetyny lub twierdzili, że to „taka moja uroda”. Sama przeprawa z NFZ mocno nadszarpnęła moja psychikę.

Po diagnozie zaczął się zwykły „dołek”. Sport od zawsze stanowił ogromną część życia i chorobę odebrałam trochę jak wyrok, mimo że życiu nie zagraża. Musiałam szybko zmienić cele, bo nie potrafię funkcjonować bez stawiania sobie nowych wyzwań.

Pojawiły się problemy ze snem, w zasadzie zupełnie przestałam spać. A brak snu budzi do życia wszystkie demony. Czułam się jak wydmuszka, a każdy dzień był wyłącznie przykrym zadaniem do wykonania.

Jednym miejscem, w którym czułam cokolwiek poza pustką były góry. Dlatego intuicyjnie wróciłam do biegania w górach, do swoich korzeni. To był mój antydepresant. Wiedziałam jednak, że to równia pochyła i muszę szukać pomocy, a nie tylko „znieczulać” się bieganiem.

Zdecydowałaś się na pomoc terapeuty. Czy to była trudna dla Ciebie decyzja?
To była bardzo trudna decyzja. Czułam się jednak coraz gorzej, a z racji hemochromatozy i obciążonej wątroby leki psychotropowe nie były najlepszym pomysłem.

Zdecydowałam się na pomoc terapeuty bez specjalnego przekonania i wiary w to, że mi pomoże. Dziś wiem, że to była jedna z najlepszych decyzji w życiu.

I uważam, że dojrzały człowiek powinien wziąć odpowiedzialność za siebie i umieć przyznać przed samym sobą, że ma problem. To nie jest powód do wstydu, tylko przejaw jakieś świadomości życiowej.

W czym pomogła Ci praca z terapeutą?
Na początku chyba na ogarnięciu emocji. Zrzuceniu pancerza, pod którym kryła się mała, zagubiona i wściekła dziewczynka, której zły los zabrał ukochanego misia ;). Potem, gdy emocje opadły na szukaniu alternatyw, zamiennika, który choć w części wypełni pustkę, która pozostała po idealnie uporządkowanym, triathlonowym życiu. Nadal go szukam, ale na szczęście mogę trenować tyle, na ile pozwala mi organizm. Póki co uczę się akceptacji tego, że to on nie ja, rozdaje tu karty.

Praca z terapeutą to jedno, ale są także inne elementy, które pomagają nam wrócić do zdrowia. Co to było w Twoim przypadku?
Karteczki i moje psy 🙂 sama się z tego śmieję, ale cały dzień był spisany na karteczkach z zadaniami, nawet najbardziej prozaicznymi, jak sprzątanie mieszkania czy zakupy. Co zapisałam było zrobione. Co nie zapisane, nie było zrobione. To zmusza do jakieś organizacji, nie popadnięcia w totalny marazm. Podobnie jak obowiązki związane z posiadaniem dwóch psów. System zadaniowy wypracowany w triathlonie świetnie sprawdził się w innych aspektach życia.

Jak się dzisiaj czujesz?
Coraz lepiej 🙂 Nadal uczę się organizmu, ale coraz lepiej odnajduje się w chorobie, z którą już będę musiała żyć. Zaczęłam doceniać organizm i znacznie bardziej go szanować. Słuchać wyraźnie sygnałów, jakie mi daje. I odpuszczać bez zbędnej dramaturgii wtedy, kiedy prosi, bym mu odpuściła. Wcześniej to było nie do pomyślenia.

Jaki kolejny krok przed Tobą?
Ten sezon chcę zostać w ściganiu się w górach. Trenuję w miarę możliwości, czasem mocno i dużo, czasem zupełnie luźno. Dystanse typowo wytrzymałościowe 20-30km. Zimę przepracowałam porządnie, co zaowocowało już na startach. Niestety, nie tylko wynikami, ale także nasileniem objawów choroby głównie w postaci spadku odporności i łapania covidów, angin i całego dostępnego pakietu NFZ 😉 Forma zjechała windą, ale zaczynam znów powoli wchodzić po schodach.

Równia pochyła minęła dzięki pracy, jaką w to włożyłam i terapii, która nadała temu procesowi właściwy kierunek. Polecam.

Marcin Dybuk

O walce z depresją w rozmowie z TriathlonLife.pl mówił także Mikołaj Luft

Depresja była także tematem rozmowy Mikołaja Lufta z Kamilem Gapińskiem, w podcaście TriGapa, którego premiera była w środę, 25 maja.

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X