Wiadomości

Tim Don pokonał ból i strach w pogoni za marzeniem

W połowie października oczy miłośników triathlonu zwrócone są w stronę Hawajów. Tam rywalizują najlepsi z najlepszych. Ci, którzy wywalczyli kwalifikacje podczas licznych imprez odbywających się na całym świecie. O slocie marzy wielu, zdobywają go nieliczni. W tym roku Daniela Ryf po raz czwarty z rzędu wygrała Ironman Kona. Wśród mężczyzn najlepszy był Patrick Lange. Ustanowił także rekord trasy. Pokonał ją w czasie 7:52:39. Co ciekawe także drugi zawodnik na mecie złamał magiczne osiem godzin. Bart Aernouts potrzebował 7:56:41. Wielkim nieobecnym rywalizacji na Hawajach był Jan Frodeno, który walczy z kontuzją. Wielkim wygranym, oczywiście obok Lange, wydaje się być Brytyjczyk Tim Don, który dotarł do mety na… Ale po kolei.  

Ustanowił rekord świata

Historia Toma to historia między koszmarem, a pięknym snem. To nie żaden hollywoodzki film z fikcyjnym scenariuszem. Choć nadaje się ona na pewno na ekranizację. To opowieść z tak szczęśliwym zakończeniem, że nawet niestrudzony wojownik Tim Don nie uważał go już za możliwy.

A wszystko zaczyna się w październiku, ale 2017 roku.

Brytyjczyk jest jednym z wielkich rywali Jana Frodeno zwycięzcy Ironmana z roku 2015 i 2016. Don chce go pokonać. Jego szanse są duże i co najważniejsze realne. Czas Tima to 7:40:23 na Ironman 2017 w Brazylii. To był także nowy rekord świata. Brytyjczyk drugiego na mecie zawodnika pokonał o 25 minut. Był w rewelacyjnej formie. Zapowiadała się piękna walka.

To miał być luźny trening

Na trzy dni przed wyścigiem Tim wybrał się na luźny trening. Niestety, nie zauważa go kierowca ciężarówki, który go potrącił. Diagnoza niczym wyrok. Złamanie drugiego kręgu szyjnego. Tim Don mógł zginąć.

– Miałem szczęście – mówi.

Także dlatego, że nie ma paraliżu ani uszkodzeń mózgu.

Średniowieczny instrument tortur

Dwa dni po wypadku, w piątek, 13 października 2017, kiedy rywale przygotowywali się do zawodów na Hawajach lekarze wwiercają mu się w czaszkę, mocują urządzenie z czterema śrubami zaciskowymi i zakładają pierścień. To wyglądało jak średniowieczny instrument tortur. Don jest bezradny, nie może się sam ubrać. Prawie nie śpi. Ledwie się porusza. Wszystko sprawia mu ból. Pociechą i nadzieją jest żona i dwójka dzieci.  

– Chciałem wejść do garażu i samemu wyciągnąć śruby – powiedział później.

Brytyjczyk przetrwał ten ciążki czas. W styczniu 2018 roku lekarze oswobadzają go z konstrukcji na głowie. Krok po kroku, wraca do życia. Bez sportu nie byłoby to możliwe. To jego terapia. Pozornie niemożliwe marzenie o powrocie – może nawet na Hawaje – napędza go.

Bostoński maraton na początek

Pada, wieje wiatr, termometr pokazuje niewiele ponad zero stopni Celsjusza. Tim Don jest na początku maratonu bostońskiego. Jest 16 kwietnia 2018. Trzy miesiące wcześniej lekarza uwolnili go z „średniowiecznego instrumentu tortur”. W porównaniu do tego, pogoda to mały problem. Po pokonaniu 42.195 kilometrów przekracza metę z czasem 2:49:42.

Do triathlonu, i to od razu długiego dystansu wraca trzy miesiące po Bostonie. 29 lipca 2018 roku w Hamburgu. Dziewięć miesięcy po pechowym zderzeniu z ciężarówką.

Nadzieja na niemożliwe

Trudno w to uwierzyć. Tim ma jeden cel. Ukończyć Ironmana w Niemczech. I ma nadzieję na niemożliwe: na czwarte, a więc bezpośrednie kwalifikacje na Hawaje. Jest silny na rowerze, w połowie maratonu jest czwarty. Sen wydaje się namacalny. Potem przychodzi kryzys. Nic już nie działa. Don walczy, nie przestaje i kończy zawody. Jako dziewiąty.

– Nie było to bajeczne zakończenie, na które liczyłem – mówi. – Ale jestem szczęśliwy i bardzo wdzięczny. Ten medal jest dla mnie czymś znacznie więcej niż potwierdzeniem finiszera.

Na mecie czekała na niego żona i dzieci. Uściskom nie ma końca.

Ironman co trzy tygodnie

Trzy tygodnie później Brytyjczyk decyduje się na kolejny start na pełnym dystansie. Mało kto by się na to zdecydował. Szczególnie po takim wypadku. On jednak podejmuje walkę o wielkie marzenie.

Staje na starcie Ironman Kopenhaga. Jest 19 sierpnia 2018 roku. Cel? Przepustka na Hawaje. Znowu jest silny na rowerze, pierwsza połowa maratonu też idzie dobrze. I ponownie dramat. Pokonują go problemy z trawieniem. Na 26 kilometrze rezygnuje. Ten, który nigdy się nie poddaje.

– Niemniej jednak pokochałem to na swój dziwaczny sposób, próbując się zakwalifikować. Walczyłem przyciśnięty do muru – twierdzi. – Być może przegrałem tę walkę, ale wygram wojnę i wrócę silniejszy, szybszy i lepiej przygotowany.

Niesamowita informacja

Dla tak zwanego systemu rankingowego Kona Pro, zawodowcy musieli zdobywać punkty od 26 sierpnia, aby zakwalifikować się w końcu do Ironman w Kailua-Kona. Obejmuje to nie tylko pełne dystanse, ale także zawody 70.3. Tim Don zdobył za zwycięstwo w Kostaryce, dziewiąte miejsce w Hamburgu i trzecie miejsce w Pucharze Świata w Ironman 70.3 uzbierał 2430 punktów. Było blisko, ale za mało, aby zakwalifikować się na Hawaje.

Aż tu nagle dotarła do niego niespodziewana informacja. Amerykanin Jonathan Shearon zrezygnował ze startu! Tim Don wskakuje na jego miejsce. W sobotę, 13 października 2018, nieco ponad rok po wypadku, zanurzy się ponownie w Pacyfiku u wybrzeży Hawajów. Tim Don wystartował w tegorocznej edycji Ironman Hawai – Kona 2018. Z czasem 8:45:17 zajął ostatecznie 53 pozycję.

Opracował Rafał Obłuski

Foto materiały prasowe Ironman

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X