Rozmowa

Sergiusz Sobczyk: Do Nicei pojadę po medal mistrzostw świata

Podczas Challange Lizbona wygrałeś wśród amatorów, a gdybyś startował wraz z zawodnikami PRO byłby to dziesiąty wynik. Czy jesteś zadowolony z występu?
Jestem. Mimo, że nie osiągnąłem mojego głównego celu, czyli złamania czterech godzin na połówce. Solidne było pływanie i bieg. Na rowerze brakowało trochę koncentracji. Myślę, że to kwestia wejścia w sezon startowy i kilku następnych wyścigów.

Czy były jakieś chwilę kryzysowe podczas tych zawodów?
W zasadzie nie. Jeżeli chodzi o moje przygotowanie od strony motorycznej wszystko wyszło dobrze. Przez chwilę miałem gorszy moment motywacyjny pod koniec części kolarskiej. Kiedy widziałem, że czas roweru nie będzie specjalnie szybki przez co ciężko będzie walczyć o zamierzony cel. Przetłumaczyłem sobie, że wszystko i tak okaże się na biegu. Wtedy wróciłem na właściwe obroty.

Planowałeś złamać cztery godziny. Nie udało się. Dlaczego?
Myślę, że to kwestia części kolarskiej. Warunki były dobre. Tutaj nie ma co szukać tłumaczenia. Jeżeli Pro potrafili pojechać 2h10’ to znaczy,że się dało! Nawet jeden z amatorów pojechał 2h14’. Moje 2h18’ trochę przekreśliło szanse na planowany wynik. Myślę, że źle się nastawiłem na ten wyścig. Byłem pewien, że będzie lekko i przyjemnie. Przez co każdy podmuch wiatru oraz podjazd czy nawrotka wybijały mnie z rytmu. Wiedziałem, że nie idzie po mojej myśli. To powodowało, że bywałem rozkojarzony. Ponadto w ubiegłym roku trasa biegowa była niedomierzona o 1,5km co dawało zysk około sześciu minut… W zasadzie u wszystkich startujących w tym i poprzednim roku etap kolarski różnił się o 5-7’ na korzyść 2018. To nie były tak samo szybkie zawody, jak w zeszłym roku.

 

To wynika z tego, że będziesz musiał popracować nad koncentracją na rowerze…
Zdecydowanie! Dopiero teraz dotarło do mnie, jak ważna jest to kwestia. Być ciągle skupionym na pozycji, watach, wysiłku. Poza tym, na pewno muszę zwrócić uwagę na treningi łączone: pływanie-rower. Po raz kolejny czułem, że pierwsze 20-25km etapu kolarskiego było po prostu marne w moim wykonaniu. Na podstawie wyznaczonego przeze mnie punktu orientacyjnego, sprawdzałem stratę do Jacka Tyczyńskiego i Kacpra Adama, którzy jechali w przeciwną stronę. Największą zaliczyłem pomiędzy pierwszą a drugą pętlą. Kolejne były już minimalne, jak nie równe! Nie wynika to ze zbyt mocnego pływania. Raczej z samego przejścia z tych dwóch dyscyplin. Zmiany angażujących partii mięśniowych oraz pozycji ciała.

 

Kiedy rozpocząłeś przygodę z triathlonem?
Moje pierwsze starty były w 2014 roku. Nakręcony przez kumpla ze studiów dystansem Ironman, zdecydowałem się wystartować w Malborku na całym. Trzy miesiące wcześniej udało mi się zadebiutować w triathlonie na olimpijce w Ełku. Później zachciało mi się poprawy wyników i poleciało.

 

Co na początku sprawiało Tobie największe problemy?
Zdecydowanie objętość treningowa. Już na chwilę przed pierwszym Ironmanem bywałem totalnie znudzony długimi treningami. Nie byłem przygotowany do tego dystansu, co widzę dopiero po kilku latach! Na szczęście polubiłem rutynę i powtarzalność.

Czy triathlon to był pierwszy kontakt ze sportem?
Nie. W zasadzie od dziecka byłem zakochany w sporcie. Uwielbiałem ruch i uczucie zmęczenia. Po latach pokochałem rywalizację, która napędza mnie do dziś. Przed triathlonem większe przygody miałem z piłką nożną i kickboxingiem. W gimnazjum z kolegami zrywając się ze szkoły, chodziliśmy na rower do Kampinosu.

 

Co uważasz za swój największy atut, który pomaga podczas zawodów?
Rywalizacja to coś co powoduje, że zawsze daje z siebie wszystko. Podczas zawodów uwielbiam wyprzedzać. Lubię być szybszy, niż wszyscy dookoła mnie. Daje mi to dodatkową motywację.

 

Na co dzień jesteś nauczycielem w szkole podstawowej. Jak udaje się Tobie łączyć obowiązki zawodowe z treningami oraz zawodami?
Nie jest aż tak źle. Gorzej na pewno mają Ci, którzy pracują w biurach po osiem godzin dziennie. Do tego realizują dwa treningi dziennie. Znam kilku takich. Mam do nich szacunek. Ja mam spore obłożenie zajęciami, ale codziennie w innych godzinach. Bywa, że jestem na nogach od 4.45 i do 21.30 jestem zajęty. Bywają dni, kiedy mam wolne w trakcie dnia. Wtedy wszyscy siedzą w pracy. Jak się czegoś bardzo chce to czas staje się być pojęciem względnym.

 

Trenujesz zawodników amatorów. Co Tobie daje w tej pracy najwięcej satysfakcji?
Zdecydowanie to jak widzę, że w perspektywie czasu zakochują się w tym sporcie. Staram się kształtować wśród nich świadomość procesu, jakim jest trening. Odpowiednie balansowanie objętością, intensywnością i częstotliwością treningu z roku na rok daje najlepsze efekty. Powoduje możliwość zakochania się w tym sporcie. Moją satysfakcją jest moment, w którym zawodnicy to zaczynają widzieć i rozumieć. Nie lubię raptusów, którzy chcą od razu trenować dużo, a wyniki chcą mieć już na wiosnę. Zazwyczaj tak szybko, jak się rzucili na trening, to szybko kończą trenowanie.

 

Jakie masz jeszcze marzenia związane z triathlonem, a jakie poza nim?
Mistrzostwo Świata amatorów oraz Mistrzostwo Polski Pro. Chciałbym być także rozpoznawalnym, jako dobry zawodnik w Polsce. Poza tym mam może specyficzne marzenie. Mieszkać blisko mojej rodziny i najbliższych znajomych razem z moją przyszłą żoną i psem. Dosłownie na jednym osiedlu czy przy jednej ulicy. Spotykać się wieczorami i w weekendy. Mieć dla siebie więcej czasu. Teraz jest tego za mało.

Jakie najbliższe plany startowe?
¼ Ślesin 09.06 i ½ Susz 23.06.

 

Czy Mistrzostwa Świata w Nieci to główny start dla Ciebie w tym roku i jakie masz oczekiwania?
Zdecydowanie tak! Oczekiwania są banalnie proste – dać z siebie totalne 100%. Liczę na to, że wystarczy to na pudło Mistrzostw Świata.

 

Dziękuje za rozmowę

Przemysław Schenk
foto materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X