Wiadomości

Robert Karaś: Cud, że przeżyłem to zderzenie

Robert Karaś po zdobyciu Mistrzostwa Świata i ustanowieniu rekordu globu w potrójnym Ironmanie postanowił spróbować sił na Hawajach. Postawił wszystko na jedną kartę. Zdecydował, że wyjedzie do Hiszpanii, gdzie przez rok miał przygotowywać się do startu w Ironman Hawaje. Najpierw w Argentynie lub Brazylii miał powalczyć o kwalifikacje do legendarnych zawodów. Następnie chciał się zmierzyć z najlepszymi zawodnikami. Miał. Bo po wydarzeniach minione tygodnia to czas przeszły.

 

   Do kolizji Roberta Karasia w Hiszpanii doszło podczas treningu rowerowego

 

– Jechaliśmy z Maciejem Bodnarem na rowerach przez małą miejscowość – mówi Robert Karaś. – Odwróciłem się na chwilę sprawdzić, gdzie jest Maciej. Dosłownie na sekundę. I tyle pamiętam. Urwał mi się film.

Kiedy  Robert odzyskał przytomność okazało się, że uderzył w samochód, który niespodziewanie zatrzymał się przed przejściem dla pieszych. A wszystko dlatego, że na pasy nagle wtargnęła osoba.

– Nie miałem szans zahamować – dodaje Karaś. – Niestety, dodatkowe nieszczęście jest takie, że całą siłę uderzenia przyjąłem na twarz i kolano. Kask nie został nawet draśnięty. To cud, że żyję. Miałem wrażenie, że mi wypadły wszystkie zęby. Twarz od razu  spuchła. Leciała mi krew. Myślałem, że to już koniec. Nigdy w życiu nie doświadczyłem takiego szoku. Huk i nie wiesz, co się dzieje.

– Widziałem, ile cierpienia zostało na tej drodze – skomentował wypadek Maciej Bodnar. – Jechałem za Robertem ok 20-30 metrów. Obrócił się do tyłu, w tym samym momencie samochód przed nim zahamował praktycznie w miejscu. Robert nawet gdyby się nie obracał, to moim zdaniem nie miałby szans zahamować, bo nawet nie zdążyłem krzyknąć. Całość uderzenia przyjął na prawą część twarzy. Po uderzeniu osunął się nieco na samochodzie, wstał, zatoczył się i padł na jezdnię. Rzuciłem rower, podbiegłem do niego. Krzyknąłem, żeby ludzie zadzwonili po karetkę, razem z policją – akurat było dwóch funkcjonariuszy nieopodal zdarzenia – delikatnie przesunęliśmy go na brzeg jezdni, osłoniliśmy od słońca i czekaliśmy na karetkę. Dla mnie minęła wieczność, ale pewnie czekaliśmy około 20-30 minut. W międzyczasie zadzwoniłem do żony Roberta, aby wysłała zdjęcie dokumentów i ubezpieczenia, bo policja się już o nie dopytywała. Całe szczęście, że z tłumaczeniem pomagała mi pewna kobieta, która była świadkiem. Policja nie mówiła po angielsku, a ja z kolei po hiszpańsku.

Najgorszy był czas oczekiwania, widziałem jak Robert zwijał się z bólu, mogłem go tylko trzymać za rękę, pilnować, żeby nie ruszał głową, podtrzymywać z nim kontakt i uspokajać. Każda sekunda trwała naprawdę długo.

 

Niestety, to nie był koniec  problemów triathlonisty. Do szpitala zabrała go karetka. Jednak tam nie udzielono mu pomocy, gdyż nie miał przy sobie ubezpieczenia. Dopiero, kiedy żona Natalia przesłała Maciejowi Bodnarowi zdjęcie ubezpieczenia, Karaś został przyjęty w innym, publicznym szpitalu. Zrobiono pobieżne badania, które nic nie wykazały. Robert nie zgodził się także na włożenie nogi w gips, która nie była złamana, a co sugerowali lekarze. Wtedy uznano, że nie mają nic do roboty i wypisano go z placówki. Dopiero po interwencji znajomych z Hiszpanii Karaś został przyjęty do prywatnego szpitala, gdzie zrobiono dokładne badania. Rezonans i tomografię. Te wykazały złamanie dwóch kości twarzy, uszkodzenie tkanki i zatok.

 

Operacja jest konieczna

– Wszyscy lekarze, z którymi rozmawiałem w Hiszpanii stwierdzili, że niezbędna jest operacja – wyjaśnia Robert Karaś. – Potrzebne są także jeszcze dokładniejsze badania, bo sprzęt, którym mnie badano miał dokładność do 5 milimetrów, a to za mało.

 

   Zdjęcie czaszki Roberta Karasia

 

To nie był koniec złych wiadomości. Robert, który cały czas był na środkach przeciwbólowych, został wezwany na komisariat policji. Tam dowiedział się, że wypadek miał miejsce z jego winy. Wszystkie badania w prywatnej klinice, które zostały wykonane, zostały zrobione z ubezpieczenia kierowcy.

– Dowiedziałem się na komisariacie, że ubezpieczyciel będzie się teraz domagał ode mnie zwrotu za badania – dodaje Robert. – Tylko jedno badanie to koszt około tysiąca euro, a tych zostało wykonanych kilka. Jednak w tej chwili tym się nie zajmuję, najpierw muszę wrócić do Polski i poddać się operacji.

Karaś miał razem z Maciejem Bodnarem wracać w sobotę samolotem do Polski. Lekarze jednak odradzali mu lot ze względu na złamania czaszki. Robert poszukiwał alternatywnego sposobu, ale okazało się, że trwałoby to zbyt długo. Kiedy z nim rozmawialiśmy w niedzielę, szykował się do lotu do Berlina. To był najbliższy port w sąsiedztwie Polski. W stolicy Niemiec czekają już znajomi, którzy zabiorą go do domu.

 

Ciężki powrót do domu

– Sam nie wiem co będzie działo się podczas lotu, jak wytrzymam ten ból, ale nie mam wyjścia – twierdzi triathlonista. – Chcę jak najszybciej być w domu, poddać się badaniom i operacji. Przede mną przynajmniej dwanaście tygodni od operacji twarzy przerwy od treningów. Nie będę praktycznie nic mógł robić, aby nie zwiększać ciśnienia w głowie. Wygląda na to, że do treningów będę mógł wrócić w lutym i zdobycie kwalifikacji na Hawaje w 2019 roku przepadnie. Kona będzie musiała poczekać rok – kończy Robert Karaś, który jak sam przyznaje nie załamuje rąk i wierzy, że wróci do triathlonu silniejszy niż przed wypadkiem.  

Tego Robertowi Karasiowi życzymy oraz szybkiego powrotu do zdrowia.   

 

Marcin Dybuk

fot. materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X