Rozmowa

Rafał Wąsowski: W Kalmar miałem podręcznikowy dzień konia

W Ironman Kalmar złamał 9h. To był dla Rafała Wąsowskiego powrót po poważnych problemach zdrowotnych. Zdradza, dlaczego nie przyjął slota na tegoroczne MŚ na Hawajach.

Jakie masz odczucia po ostatnich zawodach w Kalmar, mając w pamięci problemy zdrowotne w tym sezonie?
Tylko i wyłącznie pozytywne. Dla takich zawodów uprawiam ten sport, to był podręcznikowy dzień konia, wszystko zagrało.

Zacznijmy od drogi, która doprowadziła Cię do tego startu. Okres koniec kwietnia/początek maja nie był dla Ciebie szczęśliwy. Co wówczas się działo?
Fakt, wiosna była dla mnie dość pechowa. Pod koniec kwietnia, wracając z treningu kolarskiego przez chwilę nieuwagi zjechałem ze ścieżki rowerowej i ratując się przed upadkiem odbiłem kierownicą w drugą stronę. Niefortunnie odbiłem prosto na latarnię i nie miałem już czasu na kolejną reakcję. Straciłem przytomność, karetką zostałem przetransportowany na SOR. Na szczęście nic nie złamałem, skończyło się na kilkunastu szwach na brodzie, kilku wewnątrz jamy ustnej i mocnym bólem karku przez parę dni. Można powiedzieć, że najadłem się dużo strachu, ale nic poważnego się nie stało, po około tygodniu znowu trenowałem. Niestety po kolejnym tygodniu, mniej więcej w połowie maja, znowu w trakcie powrotu z treningu uległem kolejnemu wypadkowi. Tym razem rowerzystka jadąca przede mną zajechała mi drogę, zbyt mocno zahamowałem przednim hamulcem, przeleciałem przez rower i wylądowałem barkiem na asfalcie. Ledwo byłem w stanie ruszyć ręką, czułem jak kości mi chrzęszczą. Kolejna wizyta na SORze, RTG i potwierdzenie oczywistego – złamany obojczyk, 6-8 tygodni przerwy. Byłem załamany.

Jak wyglądał proces powrotu do zdrowia i treningów po tych urazach?
Przez pierwszy tydzień-dwa byłem w zasadzie unieruchomiony, bark bardzo bolał, musiałem brać środki przeciwbólowe. Po jakimś czasie próbowałem usiąść na trenażer, ale nie byłem w stanie opierać się na chorej ręce dłużej niż 2-3 minuty. Jakoś na początku czerwca ręka zaczęła powoli wracać do sprawności, ból stopniowo zanikał, wdrożyłem bardzo spokojne truchty i wydłużałem stopniowo czas na trenażerze. O pływaniu nie było jeszcze mowy, nie mogłem nawet unieść ręki nad głowę.

Kiedy zacząłeś w miarę normalnie trenować?
20 czerwca, równo 60 dni przed Ironman Kalmar. Realizowałem treningi biegowe i kolarskie na rowerze szosowym, do lemondki początkowo nawet nie sięgałem, ale z czasem zacząłem przyzwyczajać się do pozycji czasowej na trenażerze. Pływać zacząłem dopiero w lipcu, ale naprawdę spokojnie, bark cały czas dokuczał mi w wodzie, zresztą cała ręka była bardzo słaba, kompletnie nie czułem wody.

Jak musiałeś zmienić plany startowe na ten sezon ze względu na te dwa wypadki i powrót do zdrowia?
Siłą rzeczy zrezygnowałem ze wszystkich startów zaplanowanych na maj, czerwiec i początek lipca. Miałem wystartować w Gniewinie, w Challenge Gdańsk, chodziły mi po głowie zawody w Suszu. Zdecydowałem się na start na połówce w Elblągu i tam uwierzyłem, że może uda się jeszcze zdążyć z formą na Kalmar. Poza pływaniem zawody wyszły naprawdę solidnie, pojechałem swój najmocniejszy jak dotąd rower na dystansie 1/2 i pobiegłem z tego równy półmaraton po 3’55”/km. Pod koniec lipca wystartowałem jeszcze na 1/4 w Starogardzie Gdańskim, tam również poszło dobrze, zacząłem wychodzić na prostą.

Jakie miałeś obawy przed zawodami w Kalmar?
Najbardziej bałem się oczywiście pływania, z jednej strony bólu barku, a z drugiej mojej dramatycznej formy pływackiej. Nieco obawiałem się też o rower, czy wytrzymam 180 km w pozycji czasowej. O bieg byłem raczej spokojny, jak się potem okazało słusznie.

Jak czułeś się na pływaniu?
Rewelacyjnie. Ustawiłem się nieco z tyłu, zacząłem naprawdę spokojnie. Po jakimś czasie utworzyła się spora grupa, łapałem nawet jakieś nogi. Rzadko mam okazję pływać w nogach, miałem wrażenie, że jest okrutnie wolno. Mniej więcej na 3 kilometrze nie wytrzymałem i rzuciłem okiem na zegarek pod wodą. Jak zobaczyłem tempo 1’30”/100 to nie dowierzałem. Wyszedłem z wody po 58 minutach z małym hakiem, przed zawodami wszystko poniżej 1h brałbym w ciemno.

Czy odczuwałeś jeszcze skutki niedawnych urazów na tej części trasy?
Raczej nie. Uczucie w braku to już nawet nie ból, raczej dyskomfort. Poza tym czułem się świetnie.

Jak Ci poszło na rowerze?
Dobrze. Zrealizowałem założenia dotyczące mocy, dużo jadłem, dużo piłem, pilnowałem pozycji. Cieszy mnie też, że zdecydowaną większość trasy jechałem sam. Dopiero na ostatnich 30 km dogoniła mnie grupa 7-8 chłopaków, uznałem że skoro mnie doszli, to nie mam szans na zerwanie ich i taktycznie nie ma sensu ich odpuszczać. Zabrałem się więc, bardzo jednak pilnowałem odstępu, nie po to jechałem prawie 150 km solo, żeby na ostatnich 30 km złapać karę za draft.

Jaki miałeś plan na bieg?
Chciałem pobiec całość w tempie poniżej 4’30”/km, planując pierwszą pętlę po 4’15”, drugą po 4’25”-4’30” i trzecią ile da radę, w okolicach 4’40”-4’45”, co powinno wystarczyć na wynik w okolicy 3h 10min. Pierwsze 5 km musiałem biec na zaciągniętym hamulcu, bo jak tylko puszczałem nogi “luzem” to wychodziło po 4’00”-4’05”. Po 5 km już czułem tempo i spokojnie odhaczałem kolejne km pilnując jedzenia i picia – na każdym bufecie po łyku coli, redbulla, izo i wody, co jakiś czas żel i salt stick. Pierwsza pętla zgodnie z planem po 4’17” i totalny luz. Na drugiej troszkę trzeba było dołożyć, ale tempo w zasadzie nie spadało, cały czas biegłem z zapasem. Na początku trzeciej pętli dostałem informację od Żony, że tracę do pudła w kategorii niecałe 3 minuty i biegnę najszybciej. Cały czas czułem się świetnie, dalej biegłem po 4’20”-4’30”. Nogi po 30 km oczywiście zaczęły coraz bardziej boleć, ale nie miało to nic wspólnego z bombą, do samej mety to było ściganie i walka o wynik, a nie walka o przeżycie, jak w trakcie debiutu. Niestety rywal z 3 miejsca prawdopodobnie również dostał info od swojego suportu, że wściekle goni go jakiś Polak i przyspieszył na ostatnich kilometrach. Udało mi się awansować na 4 miejsce, ale do podium zabrakło niecałe półtorej minuty.

W jakim nastroju wbiegałeś na metę?
W euforycznym. Z takich wyliczeń na szybko wychodziło mi, że zrobiłem koło 8:50. 8:47:29 i 6 miejsce Open to jakiś kosmos, nie spodziewałem się, że byłem przygotowany na taki wynik na długim dystansie. Przed startem założyłem się z Żoną o wynik, obstawiałem 8:58. Swoją drogą przegrałem, Martyna była bliżej.

Mimo wszelkich przeciwności złamałeś 9h na pełnym dystansie. Co to dla Ciebie znaczy w całej przygodzie z triathlonem?
Zrealizowałem jedno ze sportowych marzeń. Jak zaczynałem współpracę z Kubą Rucińskim jesienią ubiegłego roku, złamanie 9h było jednym z zadań na 2022. A tak poza tym nic specjalnie się nie zmienia, cieszę się, że cały czas się poprawiam, trenowanie triathlonu samo w sobie daje mi niesamowicie dużo radości, trzeba po prostu wyznaczyć kolejne cele i bawić się dalej.

Nie przyjąłeś ostatecznie slota na Hawaje. Z jakich powodów?
Z kilku. Po pierwsze finansowych. Temat kosztów wyjazdu na Hawaje był wałkowany już dziesiątki razy, więc nie będę się powtarzał. Po drugie pogodowych. Słabo znoszę upały i dużą wilgotność, niespecjalnie uśmiecha mi się robić Ironmana w hawajskich warunkach, Ironman jest wystarczająco ciężki nawet przy dobrej pogodzie. Po trzecie byłem już na Mistrzostwach Świata na połówce w Nicei w 2019 roku i jakoś mnie nie porwało. Nie wykluczam, że kiedyś punkt widzenia mi się zmieni, ale póki co jakoś zupełnie mnie tam nie ciągnie.

Co Cię jeszcze czeka w tym sezonie?
W najbliższą sobotę wystartuję jeszcze na dystansie 1/4 w Malborku, później pewnie jakieś krótkie roztrenowanie i… do roboty. Forma na 2023 sama się nie zrobi.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X