Rozmowa

Piotr Bronakowski: Od pływania, przez sędziowanie piłkarskie do triathlonu

Najpierw zaczynał od pływania. Potem biegał. W pewnym momencie był sędzią piłkarskim. W triathlonie jest też dzięki przyjaciołom. Obecnie Piotr Bronakowski myśli już o kolejnym sezonie.

Trenowałeś przez kilka lat w podstawówce pływanie. Jak trafiłeś do tego sportu?
Do pływania trafiłem jak pewnie większość osób przez zajęcia szkolne. W drugiej klasie szkoły podstawowej raz w tygodniu uczęszczałem na zajęcia razem z całą klasą. Od samego początku dość dobrze mi wychodziło, co dało możliwość kontynuowania pływania w trzeciej klasie już nie w ramach zajęć szkolnych, a zajęć pozalekcyjnych. Po trzeciej klasie przyszedł czas na pierwszą poważną decyzję o pozostaniu w szkole, w której zacząłem naukę lub przeniesienie się do klasy sportowej o profilu pływackim. Decyzja była szybka, bo jeszcze nie do końca wiedziałem, z czym to się będzie wiązało. Tak zaczęła się moja droga w klasie pływackiej.

Jak było?
Na początku bardzo fajnie, dużo nowości, trening codziennie, a w kolejnych latach dwa razy dziennie i klepanie od ściany do ściany. W trakcie zawody, starty na mistrzostwach Polski ale bez większych sukcesów. Chodziłem i robiłem swoje bez większego zastanowienia, jak przebiega trening. Wtedy nawet nie liczyłem, ile przepłynąłem w trakcie treningów. Najważniejsze było w tych czasach to, że na plaży nie było kozaka na nas. Szybkie pływanie, salta do wody, popisówki na całej linii no i na co wcześniej nie zwracało się uwagi nienaganna figura z wyrzeźbionym brzuchem.   

Czy wówczas wiązałeś większe nadzieje z tym sportem?
W tamtych czasach nie zastanawiałem się nad swoją przyszłością sportową. Chyba nie było aż takiego parcia ze strony rodziców lub trenerów, żeby się określić, czy będę pływać. Wtedy po prostu się pływało. Rano się wstawało. Szło na basen, później szkoła, a po niej kolejny trening pływacki lub trening na sali gimnastycznej, aż do ósmej klasy, gdzie znużenie treningami, brakiem wolnego czasu popołudniami i taką monotonią podjąłem decyzję o zakończeniu “kariery” pływaka.

Żałujesz tej decyzji?
Czy żałuję? Wtedy nie żałowałem, a teraz zastanawiam się, gdzie bym był. Parę lat temu rozmawiałem z trenerem, który wtedy mnie trenował, czemu nie pilnowali młodzieży, żeby kontynuowali ten sport. To doszliśmy do wniosku, że nie było tylu dostępnych instrumentów,  żeby zatrzymać młodzież. W tej chwili można porozmawiać z psychologiem i rodzicami, którzy są bardzo zaangażowani w sport razem z dziećmi (nie mylić rodziców, którzy mają chore niespełnione swoje ambicje), żeby utrzymać zawodników w klubie. Wcześniej u nas w Olsztynie był tylko jeden basen, jedna sekcja pływacka i nie było wyboru. Teraz można przebierać. Więc jakość treningów, jak i trenerów jest bardzo duża. W ten sposób zakończył się mój etap w szkole podstawowej. Potem było technikum i kolejny sport – biegi w klubie sportowym Gwardia Olsztyn.  

Zobacz też:

Marta Turek: Jak zrobisz życiówkę, to z Tobą zamieszkam

Dlaczego potem zdecydowałeś się na bieganie?
Na bieganie zdecydowałem się za namową brata, który wcześniej biegał i chyba chęcią rywalizacji, której brakowało po czasach na pływalni. Na biegach poznałem wiele znakomitości. Oni po zakończeniu kariery biegowej wskoczyli do triathlonu. Do tej pory można ich spotkać na treningach, jak i zawodach.

W jakich okolicznościach to się przerodziło w sędziowanie meczów piłkarskich?
Sędziowanie meczów piłkarskich zrodziło się w pierwszej kolejności z zarobienia pierwszych pieniędzy na paliwo do motoru. Z tego względu, że tata był czynnym sędzią, to znałem światek sędziowski.

Jak wspominasz ten epizod?
Bardzo mile wspominam sędziowanie. W wieku 17 lat miałem przyjemność sędziowania (po niecałym roku bycia sędzią) na linii III ligowego meczu i jak dziś pamiętam, to był mecz  Jagiellonia Białystok – Hutnik Warszawa. Wielkie emocje, ogrom kibiców krzyczące sędzia h.. i bitwa szalikowców za moimi plecami. To były emocje. W sędziowaniu bardzo pomagał mi trening biegowy. Z uwagi na konieczność przechodzenia testów sprawnościowych co pół roku, z którymi oczywiście nie miałem żadnych problemów. Sędziowanie to był bardzo fajny przerywnik w życiu codziennym odstresowaniem od szkoły i dnia codziennego.     

Jak potem wyglądał Twój tryb życia?
Po zakończeniu kariery sędziego zaczął się etap pracy, którą zacząłem w 1999 roku. Pracuję do dzisiaj. W trakcie ukończenia studiów inżynierskich oraz magisterskich „dorobiłem” się dwóch wspaniałych synów. Od sportu takiego „zawodowego” jak to można wtedy było nazwać, odpoczywałem. Aktywnością fizyczną, którą uprawiałem jeszcze do zeszłego roku, to był hokej w wydaniu amatorskim. Czyli gramy, później piwko i do domu, a jak ktoś zaprosił na amatorski turniej, to się jechało ekipą z nastawieniem na wspaniałą zabawę przed oraz po. W trakcie tych lat dorobiłem się pokaźnego brzucha, nosząc go z dumą (śmiech). 

Wróciłeś do aktywności w 2011 roku. W jakich okolicznościach?
Do aktywności fizycznej wróciłem w bardzo śmiesznych okolicznościach. Mianowicie przyjaciel rzucił temat Biegu Niepodległości w Warszawie, na który był zapisany i znany tekst „ty nie dasz rady”. Tego samego dnia zapisałem się na zawody i żeby nie jechać na wariata,  zrobiłem okres przygotowawczy, czyli przebiegłem się pięć razy po 4,5 km w ciągu trzech tygodni. Bieg przebiegł spokojnie bez komplikacji. Więc kolejnym krokiem był półmaraton i tak zaczęła się przygoda z bieganiem na biegach ulicznych na 5, 10 km i półmaratonach. 

W jaki sposób znalazłeś się w triathlonie?
W triathlonie znalazłem się tak jak w bieganiu, czyli kolejna podpucha przyjaciela, który ewidentnie szukał kompana do wspólnych treningów. Fakt, że pływanie mnie nie przerażało, bieganie podobnie, więc zostało sprawdzenie, jak idzie mi na szosie. Pożyczyłem rower i bardzo mi się to spodobało. Dlatego zapisałem się na debiut, który odbył się w Olsztynie.   

Jak było?
Te zawody zapamiętam chyba do końca życia. Dwa tygodnie przed startem na jeziorze jeszcze kra. Więc pływanie w jeziorze przed nie miało szans. Dlatego tylko sprawdziłem pianki na basenie. Sam start, to pływanie pół kraulem pół żabką, bo nie sądziłem, że jestem tak słaby w pływaniu (śmiech), ale wyszedłem w miarę dobrze. Żabka w szkole podstawowej to była moja konkurencja, więc „kraularzy” nawet udawało się wyprzedzić. Rower w konwencji z draftingiem. Więc jako stary cwaniak złapałem dobre koło i się przewiozłem (śmiech). Na koniec był bieg, który zacząłem za mocno, co dało się we znaki na ostatniej pętli, gdzie po prostu musiałem wejść pod górkę. Na tych zawodach co miałem skroić,  skroiłem. Tu nawet nie było walki o czas tylko o to, by się sprawdzić, że bez wielkiego treningu można to po prostu ukończyć. Trybik zaskoczył i zacząłem przygodę z tri. 

Jak dalej to się potoczyło?
Dalej poszło z górki, czyli zakup podstawowego sprzętu i trenowanie oczywiście na wariata. Więc dzisiaj, czy jutro to popływam lub pobiegam. Szukałem siebie w tym sporcie.  Było raz lepiej, a później gorzej. Tu nie skupiałem się na dążeniu do jakiegoś wyśrubowanego czasu tylko do rywalizacji między zawodnikami, którzy gdzieś są obok.

Kto Ci pomagał w treningach?
Sam sobie pomagałem, a patrząc z perspektywy lat, chyba bardziej szkodziłem. Trening niedostosowany do dystansów, na których chciałem startować. Trening rowerowy to były po prostu rozjazdy w dobrym towarzystwie z przerwą na batona i kawę. Pływanie było zawsze na dalszym planie, bo przecież ja umiem pływać, a bieganie to był plan typowo biegowy.

Jak zmieniały się Twoje założenie z biegiem lat w triathlonie?
W trakcie mojej przygody z triathlonem doszedłem do wniosku, że albo trzeba zainwestować w trenera lub sam nim się stać. Więc zapisałem się na kurs instruktora triathlonu, gdzie super kadra przekazała podstawową wiedzę z zakresu tej dyscypliny. Po roku poszedłem za ciosem i ukończyłem kurs trenera II klasy celem przygotowania się do IM, gdzie to był zawsze jakiś  nieosiągalny cel. Z uwagi na inne swoje podejście do tego sportu zostałem poproszony przez kolegę, żebym go przygotował do zawodów. Tym sposobem zaczęła się moja przygoda z funkcją trenera. Pod koniec 2019 roku zdecydowałem się na podjęcie współpracy z trenerem, by to on martwił się o planowanie moich treningów, a nie ja. Uważam, że to była bardzo dobra decyzja.

W jaki sposób obecnie postrzegasz triathlon?
W tym momencie to jest przede wszystkim bitwa zbrojeń w amatorskim triathlonie. Dostęp do najnowszych technologii w sprzęcie przyprawia o ból głowy, a dopiero później idzie podejście treningowe i około treningowe. Uważam, że z dostępem do podstawowego sprzętu spokojnie można wystartować w triathlonie i osiągać dobre wyniki i bardziej bym się skupiał na dobrych nawykach dnia codziennego, jakimi są np. odżywianie, sen i dostosowany do konkretnego zawodnika trening niż ładowanie kupę szmalu w sprzęt, którego bez powyższych nie będziemy umieli wykorzystać. W Polsce triathlon jest jeszcze młodą dyscypliną, ale rozwija się w bardzo szybkim tempie. Mam nadzieję, że to przełoży się na wyniki naszych sportowców na arenie międzynarodowej. 

Skąd wziął się pomysł na start na pełnym dystansie?
U mnie wszystkie pomysły biorą się nie z moje głowy tylko z pomysłów moich kolegów (śmiech). Pomysł na IM zrodził się z posiedzenia mojego i dwóch kolegów. Po chwili nieuwagi zapadła decyzja i padła na IM Tallinn i nie było odwrotu – zapisany, zapłacony trzeba trenować.  

Kiedy zadebiutowałeś na IM?
Debiut przypadł na dzień 4.08.2018r. z uwagi na to, że IM miał być po raz pierwszy.

Jak przebiegał start?
To jest długa historia tego startu. Wszystko w nim było ból, radość, zadowolenie, niezadowolenie, ale krótko. Pływanie – woda w porcie miała 12,5 stopnia. Więc pierwszy start, gdzie tak mocno używałem nóg, żeby po prostu nie zmarznąć i wyszedłem dość dobrze. Szybka strefa i rower, na którym wszystko poszło jak należy, czyli prędkość i moc. W trakcie 180 km pogoda zmieniała się ze słonecznej do deszczowej, ale takiej porządnej ulewy, co pokazało, kto jest dobrze przygotowany technicznie do takich warunków. To dało 42 czas roweru ogółem i drugi w kategorii wiekowej. Poszło rewelacyjnie. Po rowerze strefa też dość szybka. Więc dwie dyscypliny miałem z głowy. Przyszedł czas na bieg i cztery pętle, które z uwagi na bardzo amatorskie podejście nie sprawdziłem nawet w trakcie zapisów. Było około 28 podbiegów kilka zmian nawierzchni w trakcie potoki uliczne (ale tego nikt nie przewidywał) i słońce, które załatwiło na koniec. Bieg zacząłem oczywiście za mocno, ale nie analizowałem tego za bardzo, bo nie wiedziałem, co mnie czeka po rowerze. W trakcie biegu wśród kibiców było sporo Polaków. Jedna grupka śledziła wyniki online i co pętle krzyczała, który jestem w kategorii. Po pierwszej byłem na około szóstej pozycji, a po drugiej już wskoczyłem na drugą pozycję. Więc widmo kwalifikacji na IM Hawaje były w zasięgu ręki. Niestety, ten plan został zniweczony na ok. 26 kilometrze. Wówczas zaczęły się mrówki w nogach i ogólna niemoc. Tym sposobem dążyłem do mety poprzez stacje nawadniania, gdzie jadłem już wszystko zły i zniesmaczony IM i ze wściekłością na siebie, że przygotowania nie poszły po mojej myśli, a może były dobre, tylko moja ułańska fantazja okazała się silniejsza. Teraz można tylko gdybać, co by było, gdyby. I tak bieg ukończyłem z czasem 3:50:41. To dało mi 15 miejsce w kategorii wiekowej i niestety brak szans na slota. Zadowolony byłem tylko z czasu, bo założenia o złamaniu 10 godzin zostały zrealizowane na bardzo trudnej trasie. W ten sposób zniechęciłem się do IM na rok, ale wrócę silniejszy.  

Zajrzyj do:

Debiutancka wygrana Rafała Wichra w triathlonie

Masz dwóch dorastających synów. Czy też mają kontakt ze sportem?
Zgadza się mam dwóch synów Adama 14 lat i Filipa 13. Niestety, albo stety dorastali w czasie,  kiedy ojciec bardziej intensywnie podchodził do sportu i chyba coś tak przeszło na nich. Adam jest czynnym zawodnikiem klubu kolarskiego, odnosząc duże sukcesy w tym sporcie na arenie ogólnopolskiej. Natomiast Filip poszedł w piłkę nożną, gdzie realizuje pasję również z wieloma sukcesami, odnosząc je wraz z drużyną. Prócz piłki wielką pasją Filipa jest też jazda na hulajnodze, gdzie niezmordowanie doskonali triki na pobliskich rampach, schodach i wręcz wszystkim, na czym uda się przejechać.    

W jaki sposób rodzina wspiera Cię w triathlonowej przygodzie?
Najważniejsze to, że nie przeszkadza i wspiera mnie w moich planach i zwariowanych pomysłach na starty. Dodatkowo nie mam suszenia głowy o kolejny rower, czy koła i że wstaję rano i wychodzę na trening. Wielkim wsparciem jest też to, że z Adamem mogę wyjść na trening rowerowy. Już jeździ na tyle szybko, że ja już się mogę zmęczyć. A z Filipem na trening biegowy, a on na swoim MTB skacząc po burtach i zaopatrując mnie w picie. No i jeszcze jest ONA, czyli Dorota żona od 15 lat, która znosi moje humory przed zawodami. Wie,  że wtedy się nie podchodzi do mnie i nie przypomina co pół roku od dwóch lat, że mam założyć listwy w domu (śmiech). Największym wsparciem jest to, że chyba każdy ma swój rytm w życiu i każdy wie, co ma robić i nie przeszkadzamy sobie w tym, co robimy. Umiemy podzielić się obowiązkami. Najważniejsze jest to, że po prostu są i mam nadzieję, że czują też moje wsparcie w dążeniu do założonych przez nich celów.  

Jakie miałeś pierwotne plany startowe na ten sezon?
Pierwotne cele to były: ½ IM Marbella Hiszpania – kwiecień, ½ IM Boulder USA – sierpień, IM Emilia Romagna Włochy. Tak wyglądał optymistyczny plan i jeszcze w trakcie jakby wskoczył jakiś sprint, czy ¼ IM na sprawdzenie nogi, to ewentualnie z marszu. Niestety z planu były nici, bo wszystkie zawody zostały odwołane. Chociaż do ostatniej chwili łudziłem się, że IM we Włoszech się odbędzie i trenowałem cały czas tak, jakby miał być. 

Jak oceniasz ten rok startowy?
Mój rok startowy oceniam jako chyba najlepszy rok w przygodzie z triathlonem. Nie dość, że wszystkie starty z tzw. marszu i na krótkich dystansach, bo na olimpijce oraz na sprincie i 1/8 IM to wyszły rewelacyjnie. Oprócz olimpijki, gdzie zająłem czwarte miejsce w kategorii wiekowej w naprawdę zacnym towarzystwie, to reszta startów kończyła się na pudłach i to z treningu do IM. Wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany, ale nie że aż tak i głód startów pokazał, że trzeba brać, co jest na rodzimym podwórku z pocałowaniem ręki. Dodatkowo udało się zakwalifikować na mistrzostwa Europy do Estonii, ale niestety przełożyli start na następny rok.    

Czego nauczył Cię ten sezon?
Ten sezon nauczył mnie wytrwałości w dążeniu do celu, nie patrząc na innych i skupić się po prostu na wykonaniu zadanej pracy oraz poszukiwaniu alternatyw do niektórych treningów np. basenowych. Ten sezon też pokazał, że można całość niezbędnych ćwiczeń np. siłowych wykonać po prostu w domu bez specjalistycznego sprzętu a jako odważniki wykorzystać np. żwirek dla kotów.    

Jak wyglądają Twoje plany sportowe na przyszły rok?
Plan startowy na następny rok jest ten sam co w tym sezonie, czyli: ½ IM Marbella Hiszpania – kwiecień ½ IM Boulder USA – sierpień IM Emilia Romagna Włochy i dodatkowo wpadła olimpijka w Estonii w ramach Mistrzostw Europy. A co będzie? To później się okaże, ale ja  będę się przygotowywać do założonego planu.

Jakie masz jeszcze ambicje i marzenia związane z triathlonem?
Największym marzeniem to są chyba mistrzostwa świata na Hawajach i zdobycie tam jak najlepszego miejsca. A ambicje to podium w kategorii wiekowej na wcześniej wspominanych zawodach, które mają odbyć się w 2021 roku. A takim malutkim marzeniem jest to, żeby po prostu w zdrowiu dalej bawić się triathlonem, bo chyba zdrowie jest najważniejsze. Kiedy  jest zdrowie, to można wszystko, jak się tylko chce.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button