Rozmowa

Paweł Miziarski: Zaczynałem, kiedy nie było tylu imprez

Czy triathlon to jest Twój pierwszy kontakt ze sportem?
Pierwszy kontakt ze sportem miałem w wieku 7-8 lat. Zacząłem od piłki nożnej. Potem była lekkoatletyka. Zapewniła wszechstronny rozwój. Skakałem wzwyż. Biegałem na 1000 metrów. Od piątej klasy szkoły podstawowej przez 4 lata grałem w koszykówkę. W liceum reprezentowałem szkołę na zawodach sportowych w każdej dyscyplinie. Wtedy właśnie zacząłem się fascynować sportami wytrzymałościowymi. W tym samym czasie pojawiały się myśli o starcie w triathlonie. W tamtym okresie ten sport nie był tak popularny, jak dzisiaj. Odbywały się pojedyncze zawody. Nie było imprez  tak rozpowszechnionych jak obecnie. Można powiedzieć, że byłem samoukiem. Lubiłem pływać. Startowałem w zawodach w ratownictwie wodnym. Robiłem kursy ratownicze. Lubiłem jeździć na wyprawy rowerowe. Pokonywałem wiele kilometrów. Byłem z kolegą na wycieczce rowerowej w Niemczech i z powrotem. Zacząłem się, też sprawdzać się w biegach ulicznych. Pierwszy raz w triathlonie wystartowałem w 2011 roku w Wińcu. Pamiętam to do dziś. Jechałem na rowerze trekkingowym, a mimo to wypadłem nieźle. Zająłem 6 miejsce. Tamte zawody wygrał Marcin Konieczny, którego kilka lat później poznałem. Niestety, po pierwszym starcie miałem długą przerwę. Zostałem potrącony przez samochód podczas treningu rowerowego. Do aktywności sportowej wróciłem w 2013 roku. Stanąłem wtedy na podium w kategorii wiekowej w Suszu. Osiągałem coraz lepsze wyniki i piąłem się do góry.
 

Dlaczego zdecydowałeś się akurat na tę dyscyplinę mając duże doświadczenie w innych sportach?
Triathlon mnie zawsze fascynował ze względu na wszechstronność. Do dziś interesuje się wieloma dyscyplinami sportowymi. Lubię gry zespołowe w tym koszykówkę, którą uprawiałem przez wiele lat. Pracowałem też w szkole jako nauczyciel WF. Po prostu kocham sport. Lubię wszechstronnie się rozwijać. Kiedy wyjeżdżam na zgrupowania, to wielką motywację do treningu daje mi odkrywanie nowych miejsc np. podczas długich treningów na rowerze. Czas szybko mija. W ten sposób pasja przerodziła się miłością do trenowania na wysokim poziomie.   

 

Co sprawiało Tobie największe problemy na początku przygody z triathlonem?
Nie myślałem o problemach. Cieszyłem się, że mogę uprawiać ten sport. Na pierwszych zawodach pływałem bez pianki. Jeździłem na rowerze w kąpielówkach i krótkim rękawku. Nie miałem stroju triathlonowego, ani odpowiedniego roweru. Ale nie narzekałem. Starałem się napierać do przodu, rozwijać się i umiejętnie trenować. Czerpałem z tego radość. Nie jestem osobą, która wywodzi się, z którejś z tych trzech dyscyplin, jak większość triathlonistów. Zacząłem w późnym wieku, ale cały czas się rozwijam. Myślę, że idzie to w dobrym kierunku.

 

Z jakimi wyrzeczeniami zmagasz się realizując się, jako triathlonista?
Tych wyrzeczeń jest na pewno dużo. Na początku przygody z triathlonem bardzo ciężko było wygospodarować odpowiednią ilość czasu na treningi. Łączyłem to z nauką oraz z pracą, jako nauczyciel wychowania fizycznego oraz dziennikarz. Wtedy pogodzenie wszystkiego wymagało zaplanowania dnia co do minuty. Przez kilka lat trenowałem w drodze do pracy. Wstawałem o 4-5 rano. Biegałem lub jeździłem na rowerze zazwyczaj po ciemku. W plecaku dźwigałem jedzenie na cały dzień i rzeczy na popołudniowy trening pływacki. Organizacja musiała być perfekcyjna. Obecnie jest już trochę łatwiej. Jest więcej czasu na regeneracje, która jest tak samo ważna jak trening. Ale nadal wymaga to perfekcyjnego gospodarowania czasem. Przez pewien czas trenowałem w ten sposób, że byłem obłożony do granic możliwości dodatkowymi zajęciami. Wtedy mój progres nie był zadowalający mimo, że trenowałem dużo.     

 

Jak przebiegały przygotowania do tego sezonu?
Udało mi się wyjechać na kilka zgrupowań, na których mogłem się skupić tylko na treningu. Były to wyjazdy jedno lub dwu tygodniowe. Trenowałem w Wałczu, Jakuszycach, Zakopanem oraz w Spale. Na obozach przygotowawczych człowiek jest w stanie zrobić najwięcej. Odpadają wszystkie codzienne obowiązki. Wszystko przebiegało świetnie. Niestety, dziesięć dni przed pierwszym startem w Ironman 70.3 Wietnam, doznałem kontuzji przeciążeniowej. Do samego startu nie mogłem biegać. Opuchlizna zeszła. Byłem optymistycznie nastawiony przed startem. Niestety, po 7km biegu kontuzja się odnowiła i pogłębiła. Nie wiem jak to zrobiłem, że dotarłem do mety. Ból był okropny. Cały tydzień po starcie nie byłem w stanie normalnie chodzić.

 

Mimo kontuzji wygrałeś zawody w Gniewienie, na dystansie 1/8 (koniec maja 2019). Jak oceniasz tamten występ?
Cieszę się, że wygrałem w Gniewinie. Był to start treningowy, na którym nie musiałem dawać z siebie maksimum możliwości. Te zawody dały mi jednak odpowiedź, że najpierw muszę wrócić do sprawności sprzed kontuzji, aby efektywnie ścigać się w mocno obsadzonych zawodach.

 

Możesz zaliczyć zawody w Gniewinie do udanych, też z perspektywy trenera. Jak oceniasz start podopiecznych?
Na co dzień prowadzę treningi dla pracowników Fundacji Jeppesena oraz pracowników Alchemii. W Gniewinie Fundacja wystawiła ponad 50 zawodników, którzy od początku roku szykują się pod moim okiem docelowo do startu w zawodach Ironman 70.3 Gdynia. Przede wszystkim jestem bardzo zadowolony, że taka duża liczba pracowników jednej firmy „zaraziła się” triathlonem. Cieszę się, że mogę dzielić się z nimi wiedzą i doświadczeniem. Sprawia mi radość to, że tyle osób czerpie przyjemność z uprawiania triathlonu.    

 

Jakie masz oczekiwania oraz cele na ten sezon?
Przede wszystkim, w tym sezonie chciałbym się sprawdzić na wszystkich dystansach- od sprintu do pełnego Ironmana. W planie mam wiele startów: m. in. Puchar Polski w sprincie,  dwa prestiżowe wyścigi na dystansie ½ IM oraz kilka startów na Pomorzu. Pod koniec sezonu wystąpię w Mistrzostwach Polski w Malborku na dystansie pełnego Ironmana.

Rozmowa i zdjęcia Przemysław Schenk

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X