PoradnikRozmowa

Olga Kowalska: Od AG do PRO. Gdzie było lepiej?

Jak wyglądały treningi w AG, a jak w PRO? Co spowodowało, że zdecydowała się porzucić amatorskie ściganie na rzecz profesjonalnego? Czy po zawieszeniu kariery wróci jeszcze do ściągania? Odpowiedzi na te i kilka innych ciekawych pytań otrzymacie w rozmowie TriathlonLife.pl z Olgą Kowalską.

Marcin Dybuk: Olga lepiej było być zawodniczką AG czy PRO?

Olga Kowalska: (Uśmiech) To jest pierwsze pytanie Tomka, które zadał mi po zakończonym ubiegłym sezonie w triathlonie. Sama także się nad tym zastanawiałam. Trudno w tej chwili jednoznacznie odpowiedzieć. Jedno wiem jednak na pewno. Dobrą decyzją było przejście z AG do PRO. W AG starowałam przez 5 lat, w PRO 3. Będąc w obu kategoriach dostrzegam plusy i minusy.

Jakie?
Pierwsza rzecz, która się nasuwa to, to że gdybym przez ostatnie trzy lata startowała zamiast w PRO w AG z taką formą, to bym wygrywała każde zawody. Mogłabym też się cieszyć z kwalifikacji na Hawaje, jak i Mistrzostwa Świata IM 70.3. To na pewno mnie ominęło. Ale też wiele zyskałam. Poznałam na przykład wiele świetnych zawodniczek. Zarówno w Polsce, jak i za granicą. Rywalizacja z nimi to była czysta przyjemność i duże wyzwanie.

Czytaj także: Olga Kowalska mówi dość

A skąd pomysł na przejście z AG do PRO?
W 2015 roku uzyskałam kwalifikację na Hawaje z pierwszego miejsca. W Kona zajęłam dziesiąte miejsce w kategorii wiekowej, co jest do tej pory najlepszym wynikiem Polki w tych zawodach. Podjęłam wtedy też decyzję, że chcę przejść z AG do PRO. A nie jest to popularny kierunek w naszym kraju. W 2018 roku na Hawajach startowało kilka polskich zawodniczek i żadna nie myśli o zmianie kategorii. Jednak za granicą to jest naturalna kolej rzeczy. Odnosząc sukcesy w amatorskiej rywalizacji zawodniczki i zawodnicy chcą spróbować sił z zawodowcami. Tak było ze mną. Chciałam się rozwijać. A dalsze starty w AG już, by mnie nie motywowały do ciężkiej pracy. Nie byłyby motorem napędowym.

Powiedziałaś, że plusy były zarówno w AG, jak i PRO. Jedną z niewątpliwych zalet startów amatorskich było to, że wygrywałaś większość zawodów w Polsce i za granicą. Jakie jeszcze?
Przygodę z triathlonem zaczęłam od startów amatorskich i czerpałam z nich dużą satysfakcję. Cieszyłam się, że mogłam w debiucie na dystansie Ironman wygrać i uzyskać kwalifikację na Hawaje. W mojej ośmioletniej triathlonowej „karierze” start na Hawajach jest największą przygodą. Coś o czym chyba każdy marzy. Tym większą miałam satysfakcję, że najczęściej zawodnicy startujący i wygrywający przechodzą ścieżkę od krótkich dystansów, do długich. Ja wcześniej nie miałam do czynienia ze sprintami. Od razu rywalizowałam na dystansach dłuższych i udało mi się osiągnąć spory sukces. To także ogromnie cieszy.

Czy treningi PRO różniły się bardzo od AG?
Warto podkreślić, że podczas pięciu lat startów jako amatorka zyskałam doświadczenie, które zaprocentowało w startach w PRO. Sam trening jednak nie różnił się zbytnio. Jak porównywałam objętości godzinowe z przygotowań do startów jako amatorka i już jako profesjonalna zawodniczka, to muszę przyznać, że różnic w objętości wielkich nie było. Może tylko w niektórych okresach i to wtedy, kiedy mogłam sobie pozwolić na obozy, na zagraniczne wyjazdy (okres zimowy to dla mnie 2-3 miesiące w Portugalii). Pojawiły się jednak różnice jakościowe w treningu. Będąc bardziej doświadczoną zawodniczką mogłam sobie pozwolić na ostrzejszy trening. Ale ten był uzależniony od dystansu docelowego w danym sezonie. Natomiast jedna rzecz była spójna niezależnie od kategorii, w której rywalizowałam – systematyczność treningowa.

Ile godzin tygodniowo trenowałaś?
W okresie przygotowawczym oraz startowym to było średnio 15 godzin tygodniowo. Zaczynałam od 10-12h zimą, a 16-18h to już było dla mnie duże obciążenie. Zdarzyło się kilka tygodni bezpośrednio przed startem w Ironmanie, kiedy było nawet 20-22 h tygodniowo. Ale takich tygodni w roku było pięć czy sześć może.

Czy Twoje życie zawodowe zmieniło się kiedy przeszłaś do PRO?
Przede wszystkim wolę, kiedy mówi się o mnie PRO, nie zawodowiec. To drugie określenie jasno pokazuje, że sport to główne źródło utrzymania. PRO odnosi się bardziej do podejścia i charakteru osoby. Niekoniecznie zawodnicy PRO zarabiają w ten sposób na życie. Znam w Europie wiele zawodniczek, które startują w kategorii PRO, a zawodowo zajmują się czymś innym. Tak samo jak znam age gruperów, którzy pracują mniej niż ja pracowałam startując z najlepszymi na świecie. To jest bardzo płynna granica. Zdaję sobie sprawę, że często się mówi, że amatorzy po treningu porannym idą do pracy, zajmują się domem, a zawodowcy udają się na regenerację. Ale w moim przypadku wyglądało to inaczej. Pracowałam zarówno jako amatorka, jak i PRO. Pracowałam z podopiecznymi i poświęcałam im tyle samo czasu, niezależnie od poziomu zaangażowania w swój trening. Nie raz zdarzały się takie dni, kiedy byłam tak zmęczona treningami i pracą zawodową, że musiałam zrezygnować z treningu i szłam spać.

Jako amatorka sporo wygrywałaś. A co było Twoim największym sukcesem w kategorii PRO?
W Polsce zdobyłam wśród elity/PRO sześć medali Mistrzostw Polski. W duathlonie oraz na dystansie długim i średnim w triathlonie. Do tego można dodać wygrane w najbardziej popularnych polskich imprezach: Susz, Sieraków, Malbork. Za granicą w imprezach z serii Ironman za każdym razem kiedy startowałam byłam w TOP 10. Najwyższe miejsce jakie zajęłam to trzecie podczas Challenge Norway. Dwa razy byłam piąta, na Challenge Finland i IM 70.3 Gdynia.

W listopadzie powiedziałaś dość i przerwałaś przygodę z triathlonem. Jak znosiłaś, znosisz rozstanie ze sportem?
Tak jak już wcześniej mówiłam podczas naszej pierwszej rozmowy zakończenie przygody z triathlonem w kategorii PRO nie oznacza całkowitego zerwania ze sportem.

Nie wyobrażam sobie życia bez aktywności. A właśnie w pierwszym okresie, to było dla mnie najtrudniejsze.

Nie mogłam się ruszać, bo musiałam wyleczyć kontuzję kolana, której nabawiałam się w ostatnim starcie jesienią zeszłego roku. Ruch, trening zawsze napędzał mnie do działania. Dodawał energii. Brak aktywności nie poprawiał mojego samopoczucia. Teraz po prawie czterech miesiącach bez regularnego treningu czuję się naprawdę dobrze. Zdarza mi się popływać, pobiegać, ale tylko kiedy najdzie mnie taka ochota. Nie mam ustalonego planu treningowego, zaplanowanych startów i to daje mi dużo spokoju w głowie, dużo czasu na bardziej dogłębne zajęcie się moją pasją. A tą jest trening do triathlonu. A jednocześnie jest to też moja praca.

To czego Ci brakowało dokładnie w pierwszym okresie po tym jak postanowiłaś przerwać triathlonowe starty?
Bólu mięśniowego, zmęczenia, po prostu wysiłku fizycznego i wszystkiego, co się z tym wiąże. To dodawało mi energii na cały dzień. Napędzało do dalszego działania. Nie brakowało mi natomiast rywalizacji, presji, stresu. Od tego chciałam najbardziej odpocząć.

To skąd teraz czerpiesz najwięcej endorfin?
Z pracy z podopiecznymi i z ich sukcesów. Na przykład z tego, że moi zawodnicy zdobywają kwalifikacje na Hawaje i Mistrzostwa Świata IM 70.3. Ale również z tego, że spełniają swoje marzenia sportowe.

Jakie jeszcze dostrzegasz różnice pomiędzy AG i PRO?
Mentalność, strona psychiczna. W PRO jest dużo większy stres. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Mocno odczułam to w trzecim roku startów, pod koniec sezonu. Kiedy startowałam jako amatorka i byłam dobrze przygotowana, to jechałam na zawody zrobić swoje. Wiedziałam, że będzie dobrze. Jako PRO już nie miałam takiego komfortu. Stawałam na starcie z utytułowanymi zawodniczkami, mistrzyniami świata. One walczyły o najwyższe laury. Ja z innymi zawodniczkami miałam swój wyścig i inne cele. Jednak w Polsce byłam znana jako zawodniczka, która wygrywała i wiele osób oczekiwało nadal tego samego ode mnie. To było trudne do udźwignięcia, bo wiedziałam, że nie wygram. Walczyłam o dobry wynik, o to, aby być lepszą każdego roku. W poszczególnych sezonach wyznaczałam sobie mini cele, na których się skupiałam. Na lepszym pływaniu, rowerze czy bieganiu. Dzieliłam sezon na etapy i sprawdzałam jak to wychodzi. Trudnością były częste pytania po zawodach dlaczego nie wygrywam. To niekiedy dawało po głowie.

Czyli Twoim problemem, kiedy starowałaś jako PRO było, to że jako amatorka przyzwyczaiłaś innych, że wygrywałaś?
Trochę tak. Presja była duża, tym bardziej, że moje pierwsze starty w PRO były dobre. Zajęłam piąte miejsce w Gdyni, trzecie w Norwegii…

I co wtedy sobie pomyślałaś?
Że to jest dobra droga i o to mi chodziło, że staję się coraz lepsza. Pomyślałam, że w ciągu trzech, czterech lat będzie coraz lepiej. Trening jest procesem i nie da się wszystko osiągnąć w ciągu jednego sezonu. To musi trwać. U mnie tak było z pływaniem. Przyszłam do triathlonu i nie umiałam dobrze pływać. Rywalki na zawodach mi odpływały i nie było szansy na walkę o wysokie lokaty. Postanowiłam przez rok  popracować nad tym elementem. I nic się nie zmieniało. Nie jedną osobę taka sytuacja by załamała. Jednak ja się nie poddawałam i nadal robiłam swoje. Po dwóch latach różnica była już znaczna. Potrzebowałam tylko więcej czasu.

Co to znaczy znaczna różnica?
Nigdy nie robiłam sprawdzianów na 100 czy 400 metrów, ale poprawione pływanie pozwoliło mi w kraju  walczyć o medale Mistrzostw Polski. A wcześniej nie miałam na to szans. Podobnie za granicą: mogłam realnie walczyć o wyższe lokaty, gdy wychodziłam z wody z mocniejszymi rywalkami. A to za sprawą mocniejszego pływania i mniejszej straty już na etapie kolarskim. Łatwiej jechać, gdy mam w zasięgu wzroku mocniejsze dziewczyny.

A jak było z innymi dyscyplinami?
Zarówno na rowerze, jak i w biegu każdego roku się poprawiałam. Na tej samej trasie wyniki były lepsze. I o to chodziło. Z tym że, bieganie w triathlonie było moją mocniejszą stroną, gdyż wcześniej właśnie to trenowałam. Gdy pojechałam na zawody za granicę to zobaczyłam, że największa przepaść do zawodniczek PRO dzieli mnie na rowerze. I na tym etapie musiałam się mocno skoncentrować. Dużo pracowałam, aby jeździć tak, jak chciałam. Średnio np. w ostatnim sezonie to dało 34h, 970km w miesiącu. I tu mówię o samym rowerze.

Startowałaś osiem lat w triathlonie. Jak Twoim zdaniem zmienił się w tym czasie poziom w polskim triathlonie?
Zarówno w liczbie zawodników uprawiających ten sport jak i w wynikach poziom poszedł mocno do góry. Osiem lat temu, kiedy pierwszy raz starowałam na połówce w Suszu było 150 zawodników. Teraz w sezonie, co tydzień jest po kilka imprez, na których startuje tylu amatorów. Trzy lata temu na Hawajach startowało 10 Polaków, w 2018 roku zakwalifikowało się ich 27. Polacy startują na Mistrzostwach Świata. Jeszcze pięć lat temu na „połówce” pięć godzin łamało kilka, kilkanaście osób, teraz kilkaset. To pokazuje jak zmienił się poziom tej dyscypliny w Polsce. Oczywiście opisuję to w kontekście triathlonu amatorskiego na dystansach w formule bez draftingu. Inaczej ma się sytuacja wśród wyczynowców na krótkich dystansach.

Czyli można powiedzieć, że Twój poziom sportowy rósł razem z poziomem triathlonu w Polsce?
Dokładnie. Ta rozmowa uzmysłowiła mi, że tak właśnie było. Moje wyniki sprzed kilku lat, które wtedy dawały zwycięstwo, dziś by już tego nie gwarantowały. Nadal wygrywałam, ale to wymagało bycia lepszą. Kiedyś w triathlonie było dużo mniej kobiet. Rywalizacja się zwiększyła, a rywalki są mocniejsze.

Kiedy już odpoczniesz od triathlonu i wrócisz do rywalizacji to jako PRO, czy AG?
Nie wiem jeszcze ile będzie trwała moja przerwa. Jednak mam marzenie: chciałabym zdobyć kwalifikację na Hawaje. To nie jest perspektywa dwóch, trzech lat.

Raczej dłużej to potrwa, ale jak już wrócę na Hawaje to jako amatorka. Po to, aby stanąć na podium w mojej kategorii wiekowej.

Jeszcze nie wiem jaka to będzie kategoria, ale chcę być w TOP 3. I wiem, że mnie na to stać. Ale niekoniecznie będzie to łatwe zadanie.

 

Rozmawiał Marcin Dybuk
foto materiały prywatne

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X