Rozmowa

Ola Cul: Motywacja musi być szczera, Twoja i mocna

Niedawno była najszybszą kobietą w podwójnym Ironmanie w Colmar. Aleksandra Cul nie ukrywa, że marzy o mistrzostwie w ultra.

Jak wspominasz niedawny start w podwójnym Ironmanie w Colmar?
Emocjonująca przygoda, nieocenione doświadczenie, czas spędzony z przyjaciółmi. Colmar tworzą ludzie. Nie spodziewałam się tak rodzinnej atmosfery. Zapamiętam na zawsze!

Czy spodziewałaś się, że będzie najszybszą kobietą tych zawodów?
Przygotowując się do ultra, moim celem było ukończenie zawodów w dobrym zdrowiu. A że dało to pierwsze miejsce, jest dodatkową satysfakcją.

Czy tamten start w Colmar był dla Ciebie najbardziej wymagający w dotychczasowej przygodzie z triathlonem?
Startuję bardzo mało i tylko wtedy, kiedy jestem dobrze przygotowana. Dlatego każdy start jest wymagający i nie da się ich do siebie porównywać. W każdym ważne jest coś innego. Natomiast bez wątpienia cały okres przygotowań był najcięższy właśnie do ultra. Zajęło mi trochę przyzwyczajenie ciała do funkcjonowania w chronicznym zmęczeniu, a przy tym bycie efektywnym w pracy i obecnym w domu.

Jak przebiegały Twoje przygotowania do tego wymagającego startu?
Jestem typem żołnierza. Trener zadaje. Ja wykonuję. Ufam i nie dyskutuję. Skuteczność systemu treningowego mierzę osiągniętymi celami. Zadań było dużo, ale wypracowałam sobie system, żeby je wykonać. Nigdy nie brakowało mi motywacji. Przez 10 miesięcy nie zrobiłam dwóch treningów, bo zwyczajnie mi się nie chciało. Kilku z uwagi na brak czasu, a raczej na inne priorytety, bo stwierdzenie „brak czasu” dla mnie nie istnieje i kilkunastu ze względu na stan zdrowia (dwa przeziębienia i covid).

Te zawody w Colmar były dla Ciebie większym wyzwaniem pod względem mentalnym, czy fizycznym?
W pewnym momencie wyścigu trudno jest to odróżnić. Przykład – bolą Cię nogi tak bardzo, że nie możesz ich podnieść. Głowa, czy ciało?

Boli ciało, ale to głowa decyduje, czy boli na tyle, żeby przestać. Kilka razy bałam się, że zemdleję ze zmęczenia. Dziś w tym samym momencie wiedziałabym, że takie uczucie jest normalne i można więcej, granica jest dalej.

Zatem taki dystans jest wymagający zarówno dla ciała jak i dla głowy, ale u mnie jednak chyba silniejsza wciąż jest głowa. Wiem, nad czym pracować.

Na czyje wsparcie i pomoc mogłaś liczyć podczas wyzwania?
Mam wrażenie, że całego świata (śmiech). Na miejscu byli ze mną moi przyjaciele i zarazem najwierniejsi kibice. Na ultra zdecydowaliśmy się bardzo szybko. Ja (po Ironmanie): fajnie, ale można więcej.

Mucio: to co, podwójny?
Ja: A pojedziecie ze mną na zawody do Francji?
Wszyscy: Pewnie!

10 miesięcy później byliśmy w Colmar (śmiech). Do tego podczas startu spływało do mnie wiele wiadomości, które Zuza czytała mi w ciężkich momentach biegu. „Dajesz Ola! Jesteś najlepsza! Ogienek, ogienek, bicek, bicek”. To mnie rozweselało i motywowało.

W którym momencie zaczęły pojawiać się pierwsze kryzysy?
Na rowerze. Wtedy doskwierał deszcz, wiatr, ochłodzenie, dzikie zwierzęta na trasie.

W jaki sposób udało się z nimi uporać?
To były małe rzeczy na drodze do dużego celu. Nie można wpadać w panikę. Trzeba jechać,  na ile pozwalają warunki i nie być w stosunku do siebie zbyt surowym. Wyścig jest długi, warunki dla wszystkich jednakowe. Cierpliwość. Okrążenie po okrążeniu. Jak bardzo wiało, to cieszyłam się, że nie pada, a jak padało, to że nie wieje i tak zleciała noc.

Co czułaś, wbiegając na metę?

Można więcej i/lub szybciej.

Dobrze, że wygrałam. Mój support na to zasłużył.

Jaką miałaś taktykę żywieniową na wyścigu?
Jeść i pić regularnie. Trudne, szczególnie podczas burzy, ale szalenie ważne.

Kiedy wróciłaś do pracy po starcie, to zgotowano Ci mistrzowskie powitanie. Jak wrażenia?
Szok! W takiej pracy człowiek czuje się jak w domu. Nie dość, że lubię to, co robię, to jeszcze otaczam się wspaniałymi, wspierającymi ludźmi. Życzę każdemu!

Jak trafiłaś do triathlonu?
Z siatkówki. Generalnie, zawsze byłam aktywna i jak to się mówi „wszechstronnie uzdolniona” sportowo. Jednak pochodzę z domu, gdzie na pierwszym miejscu była nauka. Dlatego sport mógł zajmować tylko drugie miejsce. Pierwszy triathlon to postanowienie noworoczne, inspiracja z YouTube. Sytuacja zawodowa wymuszała na mnie wówczas zmianę sportu drużynowego na indywidualny. Padło na triathlon, bo wydawał się przy tym trudny i niszowy.

Co Cię zafascynowało w tym sporcie?
Moja babcia mówi, że to jest nałóg taki jak pijaństwo (śmiech). Zawsze uważałam, że sport kształtuje charakter. Dzięki niemu jestem lepszym człowiekiem, pracownikiem, przyjacielem. Fascynuje nieustannie chęć rozwoju. Poznania i przesuwania własnych granic. To długie godziny spędzone na poznawaniu siebie, pracy nad sobą, umiejętnością przeżywania sukcesów i niepowodzeń. Ogromna lekcja cierpliwości, pokory i skupienia na drodze do celu, czyli wszystkiego, co potrzebne jest w życiu.

Siatkówka czy triathlon, a może coś jeszcze?
Sport towarzyszył mi całe życie. Nigdy w wersji profesjonalnej, ale wszystkie szkoły reprezentowałam w każdej dyscyplinie. Mimo tego najmocniej skupiłam się na siatkówce i to ona zawsze będzie najbliższa mojemu sercu. Poza triathlonem bardzo lubię biegać na nartach, grać w squasha, tańczyć, czy chodzić po górach.

Jak wspominasz triathlonowy debiut?
Bardzo źle. Wszyscy mnie wyprzedzili. Do domu trzeba było mnie właściwie zanieść. Cały wyścig mówiłam, że to nie dla mnie, rzucam. Przespałam się, zjadam pizzę i tyle wystarczyło, żeby szukać kolejnych zawodów. A 6 lat i kilka ciekawych przygód później zostałam podwójnym Ironmanem.

Co uważasz za największy sukces w dotychczasowej przygodzie triathlonowej?
To, co robię, motywuje ludzi wkoło mnie. Jedni kupują rowery, drudzy decydują się na poprawę rekordów życiowych. Trzeci dorzucają kolejne jednostki treningowe do planów. Jeszcze inni wychodzą na pierwszy w życiu trening i zaczynają liczyć kalorie. Chcą dla siebie czegoś więcej. Chcą czuć się dobrze i wyglądać dobrze. Bardzo mnie to cieszy.

Do wszystkiego doszłam sama. Odważnymi marzeniami i ciężką pracą. Bez przeszłości zawodniczej, kosmicznego sprzętu, sponsorów, czy nawet mediów społecznościowych.

Czym się zajmujesz poza triathlonem?
Jestem inżynierem procesu lakierowania automatycznego w przemyśle motoryzacyjnym. Wdrażam do produkcji nowe projekty, programuję roboty lakiernicze ect.

Jak udaje Ci się godzić triathlon z innymi obowiązkami?
Wyznaczając cel, musisz umieć określić, jak wiele jesteś w stanie poświecić, żeby go osiągnąć. Na szczęście doba ma aż 24 godziny. Więc nie trzeba rezygnować ze wszystkiego. Choć moim priorytetem musi być praca zawodowa, to też nie boję się wziąć urlopu w celu odbycia wielogodzinnego rozjazdu, czy wyjazdu na obóz treningowy. Czasem, jak spóźnię się do pracy kilka minut, muszę odpracować całe pół godziny, ale takie są zasady i trzeba ich przestrzegać. Szalenie ważne jest też to, jakimi ludźmi się otaczasz. Triathlon potrafi mieć izolujący wpływ na człowieka. Trzeba bardzo uważać, żeby się nie zatracić w samotnych, długich treningach i starać się utrzymywać względny balans między życiem sportowym oraz towarzyskim. Mam to szczęście, że wokół mnie są ludzie, którzy rozumieją to, co robię i często się podporządkowują, za co jestem im niezmiernie wdzięczna. Zauważyłam też pewną prawidłowość w zachowaniu ludzi. Obcy podziwiają, przyjaciele wspierają, a rodzina się martwi. Po prostu to trzeba zaakceptować.

Treningowo współpracujesz z IM Inspiration. Od kiedy trwa ta współpraca?
Pracujemy razem od półtora roku. Panowie przygotowali mnie do Ironmana w Gdyni w zeszłym roku, a później poszliśmy razem po ultra.

Jak oceniasz tę współpracę?
Z IM Inspiration osiągnęłam każdy cel, który sobie założyłam. Bardzo dużo mi to ułatwiło. Przyszłam, powiedziałam, co chcę zrobić, ile mogę od siebie dać, a reszta poszła automatycznie. Moja wiedza na temat treningu jest znikoma. Dlatego ufam osobom, które się na tym znają. Bardzo dziękuję Teamowi IM Inspiration za skuteczne prowadzenie mnie przez te 1,5 roku.

Jakie są największe zalety współpracy treningowej z IM Inspiration?
Nie myślisz, nie martwisz się. Wstajesz i robisz to, co jest zadane. Kilka miesięcy później odbierasz medal, wymyślasz nowy cel, a chłopaki znowu robią wszystko żebyś go osiągnął. Są elastyczni, pomocni i szybcy w kontakcie.

Jak zmieniłaś się jako zawodniczka od czasu podjęcia współpracy z IM Inspiration?
Nie nazwałabym siebie zawodniczką. Triathlon to moje hobby. Nie ścigam się, tylko realizuję własne cele. Dzięki IM Inspiration w ogóle jest to możliwe. Dostaję syntetyczny plan pracy. Chłopaki wiedzą, co robią, a ja na sam koniec mówię „sprawdzam”. Jednak ciekawa jestem, ile dałoby mi podejście bardziej indywidualne i szkoda, że w IM Inspiration nie jest ono możliwe.

Co byś poradziła innym amatorom, którzy mają problem z pogodzeniem treningów z innymi rzeczami?
Triathlon jest czasochłonny. Trzeba będzie zawsze z czegoś w życiu zrezygnować, żeby go uprawiać. Natomiast z mojej perspektywy wszystko jest kwestią czystości motywacji, podjęcia decyzji i wytrwałości w realizacji celu. Motywacja musi być szczera, Twoja i mocna. Ciało dużo zniesie, jeśli odpowiednio przygotujesz je do tego. Najpierw zdefiniowałam cel. Później dowiedziałam się ile, kiedy i co muszę robić, żeby go osiągnąć. Zaprojektowałam tydzień. W pierwszym, drugim, trzecim nie udawało mi się realizować wszystkiego na 100%, organizm musiał się przyzwyczaić. Z każdym kolejnym tygodniem natomiast  było coraz łatwiej wstać przed świtem i wskoczyć do zimnego basenu, aż w końcu stało się to rutyną. W ultra niezwykle ważna jest systematyczność. Działa też taki mechanizm, że im bliżej startu,  tym mocniej jesteś skupiony na realizacji zadań, bo po prostu żal Ci tego, co już przepracowałeś. To pomaga.

Jakie masz jeszcze plany na ten sezon?
Mistrzostwa Polski na długim dystansie, roztrenowanie i kolejny cykl przygotowań do następnego sezonu.

Co chciałabyś jeszcze osiągnąć w triathlonie?
Mistrzostwo lub rekord świata w ultra.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X