PoradnikRozmowa

Od przyjacielskiej uwagi do światowej marki? True!

Maciej Adamaszek zainteresował się triathlonem, kiedy samo bieganie mu się znudziło. W debiucie prawie utonął, ale trzy lata później wystartował w Ironmanie. Podczas drogi do celu, który sobie wyznaczył, jego życie zmieniło się na wielu płaszczyznach. Stworzył m.in. międzynarodową markę, która motywuje mężczyzn do dbania o siebie.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z triathlonem?
Sport zawsze był obecny w moim życiu. Od małego dziecka byłem żywym srebrem, później studiowałem na AWF-ie. Aktywność jest częścią mnie. Przed czterdziestką postawiłem sobie za cel pokonanie maratonu. Między 40 a 50 rokiem życia przebiegłem ich kilka. W pewnym momencie samo bieganie zaczęło mnie jednak nudzić. Szukałem nowego wyzwania, które docelowo chciałem osiągnąć do 50-tki. Klasycznie padło na triathlon. Zacząłem się tym interesować. Zapisałem na pierwsze zawody w historycznym już Piasecznie. W debiucie prawie się utopiłem. Przepłynęło po mnie kilkunastu zawodników. Straciłem okularki, ledwo żywy wyszedłem z wody. Okazało się, że nie potrafię pływać.

Jaki to był dystans?
1/4IM. Naprawdę nie wiem, jak to ukończyłem.

W którym to było roku?
To był 2016 rok. Jak już dotarłem do mety na fali entuzjazmu, poszedłem na basen z myślą, że podszlifuję pływanie. Poprosiłem trenera, żeby mi powiedział, co jest do poprawy. Kazał mi przepłynąć 100 metrów. Po tym powiedział: Maciej, nic nie jest do poprawy, po prostu nie umiesz pływać. Musisz zacząć od podstaw (śmiech). Rzeczywiście to było najlepsze, co mogłem zrobić. Pół roku zajęła mi nauka pływania. Po trzech latach, kiedy wystartowałem na pełnym dystansie, z wody wyszedłem świeży, dobrze rozgrzany. Nauka nie poszła w las.

Po debiucie wiele osób mówi, że nigdy więcej, a po pięciu minutach pytają, kiedy następna impreza. Czy u Ciebie było podobnie?
Dokładnie, ale moim celem był pełny dystans. Wkręciłem się. Wiedziałem, że to skończy się Ironmanem. Rozpisałem plan na trzy lata. W kolejnym roku wystartowałem w 5150 Warszawa i na ćwiartkach. Potem na połówkach i ćwiartkach, a w głównym sezonie tylko 1/2 IM i pełny dystans w Hamburgu.

Można powiedzieć, że książkowo przeszedłeś drogę do Ironmana. Jakie miałeś wrażenia po starcie w Hamburgu?
Mam mega pozytywne wrażenia, to było niesamowite doświadczenie, które wiem, że zostanie ze mną do końca życia. Hamburg jest świetnym miastem. Zakochałem się w jego energii. Na etapie biegowym było mnóstwo ludzi wzdłuż trasy – pikniki całych rodzin, piękna okolica. Płynęliśmy w czystym jeziorze, w centrum miasta. Takim apogeum emocji był moment, w którym dostałem czwartą bransoletkę, czyli po zrobieniu czwartego kółka 10 km. Ostatnie dwa kilometry pokonuje się inną trasą. To była euforia, która rosła z każdym krokiem. Banan od ucha do ucha. Wbiegnięcie na czerwony dywan. Polecam każdemu.

I usłyszenie, że jesteś Ironmanem.
Tak, aż mam łzy w oczach, jak teraz o tym mówię.

Wracają wspomnienia. Czy potem jeszcze startowałeś na pełnym dystansie?
Nie, jestem typem zadaniowca. Jak postawiłem sobie za cel zrobienie Ironmana przed pięćdziesiątką, to go zrealizowałem. Jednak nie ukrywam, że to kosztowało mnie mnóstwo energii i czasu. Ostatnie sześć miesięcy przed startem spędzałem, trenując 22-25h tygodniowo. Zaczęło mnie to trochę męczyć. Nie mówiąc już o relacjach rodzinnych – w weekendy byłem w domu śpiący albo wychodzący i wracający z treningu. Scenariusz potoczył się tak, że zrobiłem to, co zaplanowałem i odhaczyłem zadanie. Przez kolejne trzy lata odpuściłem triathlon. Mój nowy projekt biznesowy pochłonął mnie czasowo. Natomiast muszę się przyznać, że Jurek Górski namówił mnie do startu w triathlonie, w tym roku w Kozienicach. Zdecydowałem, nie będąc do końca przygotowanym, że wystartuję. Więc po trzech latach wracam do triathlonu na dystans super sprinterski (śmiech).

Możemy sobie podać rękę. Po trzech latach przerwy od triathlonu wystartuję w Chełmży. Chyba wiem co czujesz…
Muszę powiedzieć, że w ramach bycia sponsorem IRONMAN Poland jestem na każdych zawodach. W Gdyni patrzę na ludzi, którzy wychodzą z pakietami i zupełnie mnie nie pociągają dystanse, na których będą startować. Natomiast olimpijka już tak, dlatego pomyślałem, że na przyszły rok zapiszę się na 5150 Warszawa. Staram się być aktywny. Biegam, jeżdżę na rowerze. Myślę, że olimpijka jest takim dystansem, że każdy aktywny mężczyzna, który wcześniej miał doświadczenie z triathlonem, powinien bez problemów go pokonać. Zastanawiam się, czy co roku nie będę startował w Warszawie, właśnie na tym dystansie.

Przygotowując się do niego?
Oczywiście.

Postanowiłeś założyć markę z kosmetykami dla mężczyzn. Jak zrodził się pomysł?
Nie dość, że jesteśmy sponsorem imprezy triathlonowej spod tego legendarnego znaku, to inspiracja do stworzenia marki była też mocno związana z Ironmanem. Tak się ułożyło, że powychodziłem z wcześniejszych biznesów i miałem trochę czasu na zastanowienie się, co chciałbym dalej robić w biznesowym życiu. To był akurat okres, kiedy przygotowywałem się do Ironmana w Hamburgu. Pewnego razu spotkałem przyjaciółkę po treningu pływackim. Na mój widok zrobiła dziwne spojrzenie. Powiedziała, że fatalnie wyglądam. Trochę się pośmialiśmy. Wróciłem do domu i się tym przejąłem. Popatrzyłem na siebie i rzeczywiście z twarzy biło potężne zmęczenie, szarość.

Bardziej przypominałeś zombi niż wysportowanego faceta.
Dokładnie, historia jest taka, że ta przyjaciółka jest dystrybutorem luksusowych kosmetyków dla kobiet. Na następny dzień zadzwoniła i powiedziała, że ma dla mnie prezent – to był pakiet kosmetyków. Wytłumaczyła mi, jak ich używać. Zacząłem to robić.

Temat mógłby zniknąć, gdyby nie kolejne zdarzenie. Umówiłem się na trening kolarski z kolegą, z którym nie widzieliśmy się przez kilka miesięcy. Przyjechałem na miejsce zbiórki i czekam. Podjeżdża, witamy się i nagle mówi, że chyba wróciłem z wakacji, bo wyglądam na wypoczętego i zrelaksowanego. Oczywiście nie byłem na żadnym urlopie. Sytuacja ta zapadła mi mocno w pamięć. Pomyślałem, że kosmetyki od koleżanki rzeczywiście działają. Wtedy wziąłem się za solidny research rynku. Okazało się, że jest coś takiego, jak skuteczne kosmetyki, tyle że brakuje tego typu produktów dla facetów. Postanowiłem wypełnić tę niszę i stworzyć markę preparatów do pielęgnacji dla mężczyzn. Choć muszę przyznać, z dumą, że to są kosmetyki, które też kobiety chętnie używają.

Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło. Wszystko zaczęło się od spotkania znajomych, którzy rzucają niezwiązany z tematem żart, czy uwagę, które następnie przeradzają się w pomysł i jego realizację. A wszystko to działo się kiedy przygotowywałem się do Ironmana w Hamburgu, a dzisiaj rozmawiamy podczas imprezy spod tego samego znaku, ale w Gdyni, gdzie moja firma jest sponsorem.

Słuchając Ciebie dochodzę do wniosku, że w Twoim życiu ważne są impulsy, które zapalają Cię do działania…
Tak jest. Oczywiście nie rzuciłem się z dnia na dzień na produkowanie kosmetyków. Poświęciłem rok na solidny research rynku. Nie było tak, że pomyślałem „fajnie jest zrobić kosmetyki dla mężczyzn” i od razu przystąpiłem do działania. Takie myślenie jest często pułapką – to, że produkt jest nam potrzebny, nie zawsze oznacza, że okaże się przydatny także dla innych osób. W moim przypadku, po wnikliwym researchu i analizie branży, doszedłem do wniosku, że rynek kosmetyków dla mężczyzn jest jak pustynia. Obecnie największą grupą mężczyzn w Polsce są 39-latkowie. Mniej więcej w tym wieku mężczyźni zaczynają zwracać uwagę na pewne rzeczy i dbać o siebie.

Moi 18 i 24-letni synowie już zwracają uwagę…
Bo jest coraz większa świadomość. To jest solidny trend. I nie mówię tylko o kosmetykach, ale też o dbaniu o siebie, o zdrowie. Zwracanie uwagi na to, co jemy, co kupujemy. Dzięki temu takie produkty jak nasze mają szansę się przebić.

Powiedziałeś, że rynek kosmetyków dla mężczyzn to pustynia. Czym się kierowałeś, rozkręcając tak trudny biznes? Bo dla klientów, którzy nie używają, często nie lubią, powiedzenie im, że mają posmarować twarz kremem, jest jak obraza.
Zgodzę się z Tobą, że to jest trudny rynek. Natomiast to, co mówisz w drugiej części wypowiedzi jest już chyba nieaktualne.

Stereotyp?
Tak.

Musisz z nim walczyć?
Absolutnie, to stereotyp, który staramy się podważać i walczyć z obrazem męskości, gdzie „prawdziwy” mężczyzna nie płacze i musi być macho. To się bardzo zmienia. Dzisiaj 40, 50- latkowie są kompletnie innymi osobami niż nasi ojcowie. Mam 52 lata, a mentalnie zatrzymałem się przy 35. Fizycznie nie wiem, czy nie jestem w najlepszej formie w życiu.

Jak walczysz o rynek mężczyzn?
Między innymi współpracując z IRONMAN Poland. Kiedy zacząłem z nimi rozmawiać i otrzymałem prezentację statystyk startujących zawodników w Polsce i Europie, to okazało się, że są oni w 100 procentach moją grupą docelową. Dlatego zdecydowaliśmy się na trzyletnią współpracę. Mamy też ambicję wyjść szerzej na Europę.

Budując markę true men skin care rozmawiałem i nadal to robię, także podczas imprez sportowych, z mężczyznami, którym przede wszystkim mówię jedną rzecz. W tej grze nie chodzi tylko o kosmetyki, ale o dbanie o siebie. Uknułem powiedzenie, że zadbany mężczyzna, to zdrowy mężczyzna. Kosmetyki to wisienka na torcie. Dbajmy o siebie, będąc aktywni fizycznie. Udowodnione jest naukowo, że bycie sprawnym i aktywnym przedłuża życie. Dbajmy także o własny dobrostan psychiczny. Jeśli jest nam źle, to rozmawiajmy o tym. Jeśli trzeba poszukajmy pomocy u profesjonalistów. Dbajmy o to, co jemy.

Kosmetyki wpisują się w trend dbania o siebie. Mówienie, że pielęgnacja skóry czy używanie kremów z filtrem jest niemęskie, to głupota. Promienie słoneczne, czy zanieczyszczenie środowiska to czynniki, które niszczą nasz organizm. Dodatkowo szkodzą naszemu wizerunkowi, bo jesteśmy oceniani m.in. przez twarz.

W myśl zasady: Jak Cię widzą, tak Cię piszą.
Dokładnie. To nie jest najważniejsza rzecz w życiu, ale to element naszego wizerunku. Nie mówimy: używaj naszych kosmetyków, aby się odmłodzić. Mówimy: używaj ich, aby być zadbanym facetem.

No dobra, ale przecież wiadomo, że każda myszka swój ogonek chwali. Dlaczego mężczyźni mają używać Twoje kosmetyki?
Stworzyłem tę markę i kosmetyki od podstaw. Opierają się na najnowszych osiągnięciach biotechnologii. W przeważającej większości to są produkty naturalne. Przede wszystkim są skuteczne.

Dlaczego? Dlatego, że nie ściemniamy. Stężenia wszystkich aktywnych składników są na odpowiednim poziomie. W tych produktach nie ma niczego, co jest zapychaczem, które niestety często są stosowane w branży. Przez półtora roku działalności stworzyliśmy bazę kilkunastu tysięcy osób, które spróbowały naszych produktów. Proszę mi wierzyć, nie mamy ani jednego negatywnego komentarza. Jedynym zastrzeżeniem przy pierwszej serii była uwaga o słabym oznaczeniu na opakowaniu, który krem do czego służy. Oczywiście naprawiliśmy to.

Jakie produkujecie kosmetyki?
Obecnie na rynek wypuściliśmy linię kosmetyków anti-aging, do pielęgnacji skóry twarzy dojrzałych mężczyzn. Pracujemy nad drugą linią, która będzie ukierunkowana na osoby uprawiające sport. Cały czas chcemy działać w obszarze aktywnych ludzi. Stawiamy na minimalną liczbę produktów, gwarantujących maksymalne efekty. Aktualnie w ofercie mamy żel do mycia twarzy, kremy – na dzień z filtrem i regenerujący na noc oraz coś ekstra odżywczego, dla mężczyzn bardziej wkręconych w temat pielęgnacji, czyli serum pod oczy.

Co Ciebie nakręca do podejmowania kolejnych wyzwań?
Dobre pytanie, często zastanawiam się nad tym. Nie wiem, tak po prostu mam. Jestem uzależniony od tworzenia nowych projektów. Bardzo to lubię. Nieskromnie powiem, że całkiem dobrze mi to wychodzi. W ramach tego projektu pociągało mnie założenie, że chcę stworzyć markę międzynarodową. Obecnie jesteśmy dostępni w 20 krajach na świecie. To są wyzwania, które klikają mi się w głowie i potem nie ma odwrotu. Tak było z pierwszym maratonem, z Ironmanem i projektami biznesowymi.

Skąd wzięła się nazwa true?
Często powtarzałem, że nie chcę, aby nasze produkty były ściemą, tylko żeby były prawdziwe i skuteczne. Potwierdzają to składy kosmetyków – wszystko można wyczytać na naszych opakowaniach. Bardzo łatwo nas skopiować, bo są tam podane wszystkie składniki aktywne, których używamy. Na jednej prezentacji zaproponowano, aby nazwać je tak, jak chcieliśmy, aby były odbierane. Stąd nazwa true. „Siadło” to od pierwszego momentu.

Mówiłeś, że zadbany mężczyzna 35+ to taki, który dba o siebie na różnych płaszczyznach. Jak Ty dbasz o siebie, kiedy nie pracujesz?
Stały element mojego życia to aktywność fizyczna. Staram się 2-3 razy w tygodniu biegać 8-12 kilometrów. Trzy razy w tygodniu jestem też na siłowni. W weekendy jest rower. To jest dbanie o obszar fizyczny. Z wiekiem dostrzegam też coraz większą potrzebę zadbania bardziej o elastyczność ciała. Uwielbiam również bliskość natury, która mnie niesamowicie relaksuje i odpręża psychicznie. Staram się łączyć te dwie „przyjemności”, tym bardziej, że jestem w trakcie zmiany roweru szosowego na rower górski. Przyznam, że jazda na tym pierwszym zaczęła mnie już trochę nudzić, a ten drugi daje mi większe możliwości – chcę znacznie więcej czasu spędzać w górach wśród pięknej natury. Twoje pytanie przypomniało mi, że myślę o kolejnym dużym wyzwaniu. Chciałbym zrobić MTB Transalpa, czyli 600 kilometrowy rajd przez Alpy nad jezioro Como we Włoszech na rowerze górskim, bez wspomagania. To są rzeczy, które mnie relaksują. Dużo też czytam.

Kiedy zrealizujesz MTB Transalpa?
Marzy mi się przyszły rok. Może to jednak być trudne ze względu na obowiązki służbowe, ale nie później niż za dwa lata.

Rozmawiał Marcin Dybuk

Rozmowa zawiera lokowanie produktu

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X