Wiadomości

Norseman 2022. Pięcioro Polaków z czarną koszulką WRAŻENIA PO STARCIE + GALERIA

Za nami tegoroczna edycja jednych z najtrudniejszych zawodów na świecie – Norsemana. Na starcie nie zabrakło reprezentantów Polski.

W wyścigu na pełnym Ironmanie wzięło udział 306 zawodników i zawodniczek. Najważniejszą nagrodę, czyli czarną koszulkę zdobyło 160 osób, a białą 59 triathlonistów i triathlonistek.

Symbolika koszulek

Elementem charakterystycznym tych zawodów są koszulki finiszera w kolorze czarnym i białym. Pierwszych 160 zawodników, którzy zmieszczą się w limicie i przejdą pozytywnie kontrolę medyczną, jest puszczanych w dalszą trasę do schroniska Gaustatoppen i na mecie otrzymuje czarną koszulkę. Kolejni zawodnicy, poczynając od 161 lokaty na punkcie 32,5 km, ze względów bezpieczeństwa nie wspinają się już na szczyt. Tylko ruszają w trasę do hotelu Gaustablikk Hoyfjellshotel

Obowiązujące limity czasowe:

– 14 godzin i 30 minut na wyjściu z punktu 32,5 km biegu;

– 15 godzin i 30 minut na wyjściu z punktu 37,5 km biegu;

– konieczna zgoda lekarza na kontynuowanie.

Nowy rekord trasy

Najszybszym zawodnikiem drugi raz z rzędu okazał się Jon Sæverås Breivold. Przy tym ustanowił nowy rekord trasy – 09:23:28. Warto przypomnieć, że poprzedni rekord należał do Larsa Christiana Volda. Pięć lat temu pokonanie trasy zajęło mu 9:52:10. Obecny rekordzista wyprzedził Krsitiana Grue (9:47:38) oraz Allana Hovdę (10:02:19).

Najszybszą kobietą okazała się Brytyjka, Eilidh Prise (11:47:49). Wyprzedziła Kaję Bergwitz – Larsen (12:16:40) oraz Hannach Saitch (12:21:13).

Jak poszło polskim zawodników?

W kwalifikacji czarnych koszulek najwyższej z Polaków znajdował się Tymoteusz Goczoł. Z czasem 13:40:01 ukończył zmagania na 53 miejscu.

Jeśli miałbym opisać zawody, to przede wszystkim było okrutnie zimno. Zwłaszcza pływanie gdzie momentami czuć było zimne prądy z górskich rzek wpadających do fiordu. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby mieć drżenie mięśniowe w trakcie pływania. Stąd też czas znacznie słabszy niż nawet na rozpływaniach w trakcie treningu. Strefa T1 zajęła mi ponad 20 minut,  gdzie założyłem na siebie dosłownie wszystko, co miałem – opowiada Tymoteusz Goczoł, specjalnie dla TriathlonLife.pl.

Słowo założyłem też nie jest do końca trafione, bo nie umiałem ruszać palcami. Więc niezbędny był support, który tak naprawdę mnie przebrał. Rower na szczęście zaczynał się ok. 35km podjazdem, który pozwolił się na chwilę zagrzać. Na płaskowyżu znowu pogoda nie rozpieszczała i odczuwalna temperatura przez wiatr i deszcz wynosiła -2 stopnie. Komfort cieplny złapałem koło 90km na rowerze, gdzie przestało padać i zrobiło się cieplej. Bieg poszedł sprawnie – 6 godzinne zakładki na treningach, które robiłem od 5 tygodni w Szczyrku i okolicy w każdy weekend zdały egzamin i nie sprawiło mi większego problemu wbieganie (a w zasadzie wchodzenie) na szczyt. Widoki z góry na pewno wynagradzały zmęczenie. I jeszcze jedno, o czym muszę wspomnieć. W sklepiku Norsemana sprzedawali kubki z napisem you can’t do it alone (Nie możesz zrobić tego sam – dop. red.). I to jest zdecydowanie prawda. Gdyby nie suport, nie wyszedłbym z T1, a w trakcie wyścigu cały czas pilnowali żywienia, dbając o to, żebym był w stanie ukończyć – dodał Goczoł.

Andrzej Płocieniak ukończył zawody na 59 pozycji, z wynikiem 14:01:01. Na 83 miejscu wbiegł Kamil Ostapski. Pokonanie wymagającej trasy zajęło mu 14:45:20. Dzielił się wrażeniami z portalem TriathlonLife.pl.

Dla mnie cała zabawa w triathlon zaczęła się od chęci wystartowania w Norsemanie. Pięć losowań i dopiero za 6 razem się udało i to w losowaniu dodatkowym, które się odbywa dla finisherów innych zawodów z serii xtri. Przepiękne zawody z idealnym połączeniem brutalności i szybkości na trasie. Zimna woda i fale na pływaniu. Długi podjazd na pierwszych 20 km porównywalny do alpejskich przełęczy, zimno na płaskowyżu Hardangervidda w okolicach 2 st. C – podobno zimniej jeszcze nie było na żadnej edycji. Ten chłód wynagrodzono nam na znacznej części tego odcinka wiatrem w plecy i super szybki zjazd od Imingfjell. Na szczęście cała trasa biegowa w lekkim słońcu, dzięki czemu biegło się bardzo komfortowo, aż do okrytego złą sławą Zombie Hill, gdzie większość średniaków takich jak ja przechodziła w marszo-bieg , aż do 37,5 km. Tam zaczyna się już klasyczny górski szlak na szczyt Gausta – czyli mniej więcej tak jakby z Karpacza wchodzić na  Śnieżkę przez Łomniczkę i Dom Śląski. Piękne zawody i piękny dzień. Jechałem po czarną koszulkę i udało się ją wywalczyć razem z moim supporterem Tomkiem Kaliną i jego nieocenioną pomocąrelacjonował Kamil Ostapski, dla TriathlonLife.pl.

Ostatnim Polakiem, któremu udało się zdobyć czarną koszulkę, był Artur Szafraniec. Podopieczny Wojtka Łachuta wbiegł na metę, z wynikiem 15:36:39. To dało mu 114 miejsce.

Atmosferze zawodów zdecydowanie bliżej niedużym biegom górskim z naszego podwórka niż komercyjnym triathlonom. Kilka flag ustawionych na parkingu, przed wejściem napis Norseman. Skromnie i przyjacielsko. Organizatorzy osobiście witali zawodników. Każdemu podali rękę, godzinami cierpliwie odpowiadali na pytania – opowiada Artur Szafraniec, w rozmowie z TriathlonLife.pl.

Sam przebieg zawodów nie zaskoczył, a pogoda nie zawiodła. Od początku przenikliwie zimno, mokro, mgliście, wietrznie. Z kolei dla kontrastu słońce mocno grzało na biegu. Na szczycie znów wietrznie i zimno. Meta oczywiście skromna, kubek zupy do ręki, koc na plecy i do domu. Raczej nie jest to zaskoczeniem. Moim zdaniem na tych zawodach nikt nie oczekuje splendoru. Każdy ma własną motywację do udziału. Jak mówi przewrotne hasło przewodnie: “Norseman nie jest dla Ciebie”. Masz się zastanowić, czy na pewno warto? A jeśli już się zdecydujesz podjąć wyzwanie, polecam zadbać o możliwie najlepsze wsparcie, to support robi największą, niewidoczną i niedocenianą robotę. Przy dobrej organizacji zawodnik ma się tylko przemieszczać. W moim przypadku to właśnie ekipa w składzie Jorge Gouveia i Wojtek Łachut, wywalczyła dla mnie czarną koszulkę – przyznaje Szafraniec.

Jedyną Polką, której udało się zdobyć czarną koszulkę, była Estera Żak (14:12:00). Zajęła 16 pozycję.

Zwycięska Kajstura

Najszybszą kobietą w „białych koszulkach” okazała się Judyta Kajstura, która pojawiła się na mecie po 14:26:10.

Skok do wody i światła Eidfjord w oddali rozpoczęły tak długo oczekiwane zawody. Pływanie zajęło dłużej, niż zakładał plan, a im dłużej tym zimniej. Długa T1 – byleby zacząć rower by się rozgrzać. Wspinanie się na Hardangervidda we mgle dało czas pozbierania myśli i zaczęła się walka, żeby z 226 miejsca mieć szanse na czarna koszulkę. Na płaskowyżu 2 stopnie, wiatr i gęsta mgła, które nie pozostawiły na nikim suchej nitki. Nie da się iść, czy pić – ręce zmarznięte – opowiada Judyta Kajstura.

Druga część roweru ze wspaniałymi widokami z długimi zjazdami poszła lepiej. Temperatura się podniosła. Pozycja 177 po T2. 26km po asfalcie licząc każda miniętą osobę. W końcu Zombie Hill i tylko 3 osoby do wyprzedzenia. 20 kroków iść, 20 biec  i tak w kółko. Tylko powtarzając sobie jak ciężko przez ostatnie 2 lata na to pracowałam. Zostawała tylko jedna osoba, która jest tuż przede mną. 41 sekund zabrakło by iść na Gaustatoppen. Dałam z siebie wszystko. Szybko trzeba było przejść do następnego kroku i nie dać się dopaść demonom. Skończyłam pierwsza z białą koszulką. Trzeba będzie wrócić do Norwegii i pracować dalej nad pływaniem – przyznaje Kajstura.

Adam Koronkiewicz zdobył białą koszulkę, wbiegając na metę, z czasem 15:17:05. To dało mu siódmą pozycję.

Przemek Schenk
foto: materiały prywatne, Robbie MacBeath, Tomek Kalina

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X