Rozmowa

Moje “randki” z triathlonem to rozstania i powroty

Wyczynowy triathlon jest dla niej zamkniętym tematem, choć nie wyklucza powrotu do zawodów xterra. Obecnie spełnia się trenersko. Daria Radczuk w przyszłości chciałaby założyć dziecięco – młodzieżowy klub triathlonowy.

Jakim byłaś dzieckiem pod względem aktywności fizycznej?
Byłam bardzo aktywnym dzieckiem. Gdy miałam siedem lat, rodzice zapisali mnie na naukę pływania, bo miałam krzywy kręgosłup. Nauczyłam się pływać bardzo szybko i w wieku ośmiu lat „trenowałam już w sekcji pływackiej” oraz startowałam w zawodach.

Skąd wzięła się pasja do sportów wytrzymałościowych?
Jako nastolatka bardzo lubiłam jeździć na rowerze po okolicznych lasach. Nie cierpiałam za to górskich wędrówek, a co dopiero biegania po górach. Pierwsze zauroczenie dłuższymi aktywnościami nastąpiło w szkole średniej za sprawą nauczycieli wychowania fizycznego, których pozdrawiam.

Jak wyglądała sportowa droga, prowadząca do triathlonu?
Moja droga do triathlonu rozpoczęła się od pływania, któremu poświęciłam dzieciństwo i wiek młodzieńczy. Wybierając szkołę średnią, wiedziałam, że nie zrobię kariery pływackiej. Jednak bardzo lubiłam sport. Dlatego zapisałam się do klasy sportowej. Mieliśmy basen w szkole, więc czepka i okularków nie odwiesiłam na kołek. Doszedł rower MTB, w którym się zakochałam. Doszły również biegi przełajowe rozgrywane w ramach rywalizacji międzyszkolnej. Pewnego dnia mój wf-ista miał koszulkę z napisem Triathlon Żywiec. Wtedy  pomyślałam, że fajnie byłoby spróbować swoich sił w tej dyscyplinie. Nie pamiętam dokładnie, jak do tego doszło, ale z ogromną pomocą Darka (wfisty) zaczęliśmy tworzyć sekcję triathlonu. Moim pierwszym startem były zawody w Wąsoszu. Oczywiście bez pianki i na pożyczonym rowerze szosowym – dramat, ale z pozytywnym zakończeniem (śmiech). Zawodów oczywiście nie wygrałam, chyba że odwróć tabelę, ale te emocje i przeżycie cudowne m.in.: strach przed otwartym i zimnym akwenem, przed etapem kolarskim na cienkich oponkach, na których nigdy nie miałam sposobności pojeździć.

radczuk

Zobacz też:

Kamil Grycz – podróżnik, naukowiec i… triathlonista

A jak było podczas samego wyścigu?
Dramatycznie! Woda była zimna. Start był zorganizowany z wody, więc dryfowaliśmy tam wszyscy i czekaliśmy na sygnał. Zostałam wtedy lekko podtopiona, bo o kulturze pływania w triathlonie nie wiedziałam nic. Etap pływacki ukończyłam chyba jako 4 dziewczyna, natomiast na rowerze jechałam sama i tylko liczyłam jak inni zawodnicy przelatują koło mnie jak strzały. Bieg (3km) to już było dotarcie do mety, pamiętam, że wiązanie sznurówek zajęło mi sporo czasu.

Dlaczego po debiucie rozstałaś się z triathlonem?
Po zawodach w Wąsoszu, jeszcze kilka lat ambitnie trenowałam triathlon. W Chodzieży, wywalczyłam I klasę sportową na nistrzostwach Polski. O rozstaniu zadecydowały niesnaski w sekcji uczelnianej. Treningi prowadzone przez tamtejszego trenera były dosyć dziwne. Mieliśmy niezrozumiałe jednostki treningowe. Więc  podziękowałam za triathlon i zaczęłam przygodę z MTB.

Jak ci szło?
Ehh, w MTB kompletnie mi nie szło. Miałam nawet krótki epizod w półprofesjonalnej ekipie, z którego niewiele wyszło. Nabyłam doświadczenia i umiejętności technicznych, ale też dystans i blokadę na skutek kilku mocnych kraks.

Kiedy wróciłaś do triathlonu?
W 2009 roku pojechałam do Susza jako kibic i chyba wtedy zafascynował mnie dystans połowy Ironmana. Postanowiłam, że przyjadę tu za rok, ale jako zawodnik. Tak też się stało.  Moja przygoda z dystansem 1/2IM zaczęła się w Suszu w 2010 roku. Czas w debiucie to 5:01:37. Wtedy zajęłam czwarte miejsce wśród kobiet. Wróciłam rok później z czasem 4:54:29 i wywalczyłam wicemistrzostwo Polski, przegrywając jedynie z Ewą Bugdoł. 2012 rok też był niezłym rokiem pod względem formy i startów. Jednak nadchodził czas dorosłości i zmian w życiu prywatnym. W 2013 roku podejmowałam aktywność fizyczną w celach utrzymania zdrowej wagi i dobrego samopoczucia.

Ile razy wtedy wystartowałaś w triathlonie?
Raz, w Sierakowie. Męczyłam się okropnie. Wtedy powiedziałam sobie: nigdy więcej. Potem na skutek zakładu wystartowałam w Biegu 7 Dolin na dystansie 100 kilometrów. To było jedno z najpiękniejszych mentalnych przeżyć. Długo dochodziłam do siebie po tym starcie, ale wtedy podjęłam decyzję, że chcę nawiązać współpracę  z trenerem, bo nie miałam już czasu i ochoty sama sobie rozpisywać treningów.

Z jakimi trenerami współpracowałaś?
W latach 2014 – 2017 moim cudownym trenerem był Jakub Czaja. Wcześniej (2010 – 2013) oraz obecnie prowadzę się sama, jeśli można to tak określić. Mam duże doświadczenie,  wiedzę i umiejętności.

Kiedy przyszły sukcesy?
Pierwsze sukcesy, z których byłam zadowolona przyszły na 1-2 roku studiów. Byłam wtedy w kategorii młodzieżowca. Zawody odbywały się w Chodzieży. Wywalczyłam pierwszą klasę sportową na mistrzostwach Polski na dystansie olimpijskim. Jeśli mnie pamięć nie myli, znalazłam się na 6-8 miejscu w kategorii open (łącznie z seniorkami).

Który start uważasz za najlepszy?
Mam dwa starty, które uważam za moje największe osiągnięcia triathlonowe. Pierwszy to start w Ironman 70.3 Budapeszt w 2014 roku. Na metę dotarłam w czasie 4:43:27 i wywalczyłam drugie miejsce w kategorii wiekowej, co dało mi oczywiście przepustkę na mistrzostwa świata. Drugim startem, były zawody w Poznaniu (2016) podczas cyklu Challenge Family. Startowałam wtedy w kategorii PRO. Wywalczyłam czwarte miejsce wśród kobiet z czasem 4:37:43 i uzyskałam prawo startu na mistrzostwach świata (The Championship Challenge Family).

radczuk

Czytaj także:

Chce być pierwszym Polakiem, który zamiesza

Czy pojawiały się w Twoim życiu sytuacje, w których triathlon pomógł wyciągnąć się z dołka lub kryzysu?
Tak, oczywiście. Każda pasja wyciąga z dołka, bo pozwala się skupić na czymś innym aniżeli na dołujących myślach. Uważam, że jeśli ktoś ma pasję w życiu, to jest największym szczęściarzem, a co dopiero, jeśli tą pasją jest triathlon.

Określasz triathlon miłością. Dlaczego?
Uwielbiam triathlon, sport. On był zawsze w moim życiu i będzie. Więc nie jest to trudna miłość. Jasne, moje „randki” z triathlonem to rozstania i powroty, dlatego że jestem bardzo ciekawa innych sportów. Bywały ciężkie chwile, że się nie chciało iść na trening, ale nigdy nie rozpatrywałam tego w kategorii ciężkiej miłości.

Czy triathlon był wart tego całego zaangażowania?
Tak, dalej chcę coś zrobić, a nie muszę. Tę dewizę próbuję przekazać dalej podopiecznym, żeby się nie poświęcali, tylko zaangażowali. Wtedy sukcesy są podwójne, bo „porażka” wcale nią nie jest, a tylko cennym doświadczeniem.

Jakie masz jeszcze cele zawodowe?
Cele zawodowe związane są oczywiście ze sportem. Od jakiegoś czasu realizuję się trenersko. Korzystam z własnych doświadczeń, wiedzy i pasji. Po to, aby pomagać podopiecznym w  spełnianiu ich sportowych marzeń. Chcę podnosić ich poziom i pokazywać piękno sportu. Moim marzeniem jest mieć dziecięco – młodzieżowy klub triathlonowy (śmiech).

W 2018 roku wystartowałaś m.in.: w Iron Dragon Cross Triathlon. Skąd wziął się pomysł na spróbowanie sił w tej odmianie triathlonu?
Lubiłam zawsze MTB, a że akurat Zabierzów był rzut beretem od miejsca zamieszkania, to zrobiłam to.

radczuk

Zajrzyj do:

Paulina Bohater: Triathlon w rodzinie od lat

Wygrałaś wśród kobiet m.in.: z Anną Tomicą oraz Joanną Markucką. Jak  wspominasz sam start?
Zawody Iron Dragon Cross Triathlon należą do przyjemnych psychicznie startów, gdzie można spotkać znajomych, pośmiać się przed, w trakcie i po starcie. Zawrzeć nowe znajomości. Trasa nie jest banalna, ale nie jest też kosmicznie trudna. Bardzo mi się ta impreza podobała. Ubolewam, że zawody nie odbyły się w 2019 roku.

Czy nie chciałaś na poważniej zająć się cross triathlonem?
Myślałam o tym dwa lata temu. Jednak marzenia trenerskie wzięły górę. Praca i inne priorytety życiowe. Jednak po cichutku liczę na to, że uda mi się jeszcze powalczyć w crossie.

Czujesz się lepiej w klasycznym triathlonie, czy crossie?
Bliższy memu sercu jest cross – przyroda, cięższy teren, większa adrenalina. Jednak wszystko zależy od przygotowania. Jestem w stanie przygotować siebie i innych do klasycznego oraz crossa. To jest kwestia przedsezonowej decyzji i ukierunkowania treningów.

Czy czujesz się na ten moment spełniona w triathlonie?
Czuję się spełniona na dystansie 70.3. Wiem, że już nie osiągnę więcej. Fakt kiedyś moim marzeniem był cały Ironman, ale z biegiem lat marzenie się przekształciło i tak jak kiedyś myślałam o starcie na Konie, tak myślę teraz o starcie na Maui (Xterra).

Dlaczego zaprzestałaś treningów oraz startów?
Starty, szczególnie w połówkach przestały mnie po prostu cieszyć. Gdy nie czuję dreszczyka emocji, wtedy to nie sprawia mi przyjemności. Było kilka wyścigów takich bez emocji, jak potem stwierdziłam, one były po prostu smutne. Wtedy doszło do mnie, że płaskie triathlony (połówki, czy ćwiartki) to już historia. Sprzedałam koleżance rower czasowy. Ona spełnia teraz na nim własne marzenia. Jeśli chodzi o treningi, to nadal trenuję. Nie mogłabym spocząć na kanapie. Tylko teraz nie są one już tak wąsko ukierunkowane. Spędzam dużo czasu w terenie (las, góry), jak jest ciepło, to lubię open water.

Czy przewidujesz powrót do tego sportu?
Jeśli tak, to tylko pod Xterre.

Czy chciałabyś jeszcze po triathlonie zadebiutować w innych sportach?
O tak. Obecnie biegowo eksploruję górskie szlaki i będę chciała w przyszłym roku ponownie zmierzyć się z Krynicką (Bieg 7 Dolin). Bardzo spodobał mi się swimrun (startowałam nad Soliną w 2019) i szukam partnera/partnerki do wspólnej walki na trasie. Moim dalekobieżnym marzeniem jest też motocyklowe enduro.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X