Rozmowa

MKON z Londynu: Może za dużo się chowałem

Marcin Konieczny podczas maratonu w Londynie próbował złamać magiczne 2:30h. To była jego czwarta próba. Dlaczego jest usatysfakcjonowany, choć czegoś zabrakło? O przebiegu rywalizacji z Marcinem w Londynie rozmawia Marcin…

Marcin Dybuk: Czy to prawda, że Twój czas na mecie maratonu w Londynie to 2:30:04?
Marcin Konieczny: Tak, to jest mój czas.

Gratulować, czy może jednak współczuć?
Gratulować, tylko gratulować. Absolutnie. Współczuć to mógłbyś, kiedy bym nie przekroczył linii mety.

A co czułeś po przekroczeniu linii mety w Londynie?
Satysfakcję, bo poprawiłem życiówkę o cztery minuty. A dokładnie o 3 minuty 56 sekund

Marcin naprawdę nie było w Tobie złości, na te cholerne cztery, pięć sekund?
Absolutnie nie. No coś Ty. Jak? Dlaczego? Przecież to jest naprawdę bardzo dobry czas.

To jednak tylko pięć sekund do złamania 2:30h…
No i co. To się poprawi. W ogóle nie ma we mnie nawet odrobiny poczucia porażki. To jest kolejny kamyczek w piramidzie, którym jest cel do zrealizowania. Wydaje mi się, że łatwiej teraz będzie poprawić życiówkę o dziesięć sekund, niż o cztery minuty.

Na pewno masz rację. Poprawiona życiówka na tym poziomie biegania o cztery minuty robi ogromne wrażenie. A która to była Twoja próba złamania 2:30h?
Czwarta.

Dużo tych czwórek…
Tak. Dodam do tych obecnych kolejne czwórki, bo wychodzi na to, że jak poważnie zacząłem trenować bieganie, to każda życiówka w maratonie była poprawiona o cztery minuty. Od 2:42 w Krakowie, przez 2:38 w Poznaniu, 2:34 dwa razy w Warszawie podczas Orlen Maraton.

To teraz będzie 2:26?
Myślę, że aż na taki wynik nie mam szans, ale jeśli dobrze potrenuję, to 2:28 jest realne. Dzisiaj mogę powiedzieć, że mam życiówkę w maratonie 2:30 i jestem bardzo zadowolony z tego biegu.

A czy potrafisz powiedzieć czego zabrakło, aby teraz złamać 2:30h? Czy to przeziębienie, które ostatnio Cię męczyło miało jakiś wpływ?
Dobrze się czułem podczas zawodów i nie odczuwałem żadnych skutków przeziębienia. Natomiast jak zwykle trochę zabrakło przemyślanej taktyki. Garmin pokazywał mi, że biegnę równo po 3:32 na kilometr, a z wyliczeń wynikało, że aby złamać 2:30h powinienem biec 3:33. Tak więc powinno się udać. Wprawdzie ten sam garmin pokazał mi, że przebiegłem 42 kilometry 400 metrów. Może zabrakło optymalnego toru biegu, a może nie ma co patrzeć na cholerny zegarek, tylko założyć kilka sekund zapasu. Tak na gorąco dochodzę do wniosku, że za dużo podczas biegu kombinowałem z chowaniem się za ludzi, bo mocno wiało. Może właśnie wtedy straciłem te cztery, pięć sekund. Ale nie ma co patrzeć co się nie udało, tylko cieszyć się z tego co jest i z tego, że nie czuję się zajechany po tym biegu.

Biegłeś w grupie?
Do 25 kilometra biegłem. Później grupy się rozciągnęły i praktycznie biegły pojedyncze osoby z większymi lub mniejszymi odstępami. Ponadto z każdym kilometrem coraz więcej zawodników odpadało. Bardzo dużo osób pobiegło pierwszą część maratonu szybciej. Jak się biegło, to nie wiadomo było kto w jakim tempie biegnie i czy przypadkiem za chwilę nie odpadnie. A z strategicznego punktu widzenia, to nie ułatwiało decyzji i trzeba był patrzeć tylko na siebie. Dla mnie to jest absolutnie nauczka, że trzeba mieć większy zapas. I tyle.

Pierwsze dziesięć kilometrów pokazywało, że biegniesz z zapasem, na 2:29:17…
Tak. Zapas był jeszcze w połowie. Niestety, później było coraz większe zmęczenie, a dodatkowo druga połowa była zdecydowanie bardziej pod wiatr.

Czyli zabrakło także idealnych warunków?
Warunki nie były idealny. Dobra była temperatura, lekko padający deszczyk, ale gdyby wiatr był 14 metrów na sekundę, a nie 24 to byłoby zdecydowanie lepiej. Ale na to nie mamy wpływu i było tak, jak było.

W ubiegłym roku za to był największy upał w historii maratonu londyńskiego…
Przed tygodniem też tutaj było bardzo ciepło i zastanawiano się czy nie będzie powtórki z rozrywki.

Czy podczas biegu miałeś jakieś kryzysy?
Tak. Tradycyjnie na 15 kilometrze, następnie 25. Ostatnie sześć kilometrów, to już była ściana, ale nie klasyczna maratońska. Podczas dwóch pierwszych kryzysów jak miałem przyspieszyć to przyspieszałem. Można powiedzieć, że dopiero na 40 kilometrze zobaczyłem, że aby złamać 2:30h muszę przyspieszyć i pobiec ostatnie dwa kilometry poniżej 3:30 na minutę, to to, się nie udało. Czegoś w silniku zabrakło. Ale dopiero wtedy i to nie są u mnie klasyczne maratońskie ściany.

To jak się motywowałeś na 15 i 25 kilometrze?
Specjalnie nie musiałem się motywować. Wiedziałem, że one będą, bo zawsze są. To był też dla mnie sygnał, że muszę zmienić strategię odżywiania. Zaplanowałem, że żele będę jadł co siedem kilometrów. Ale jak widziałem, że nie idzie, to brałem żel szybciej. Skorzystałem także z podpowiedzi Jakuba Czai, który mówił, że jak będą dawać żele w bufetach, nawet jeśli, to nie są żele stosowane przeze mnie, aby go wziąć, potrzymać w buzi i wypluć. W ten sposób oszukuje się organizm. I tak zrobiłem trzy razy. Nie miałem mentalnych problemów z mobilizowaniem się do walki. Nawet jak widziałem już, że biegnę o te kilka sekund za wolno, aby złamać 2:30h, to wiedziałem, że i tak biegnę na nową życiówkę, poprawioną o kilka minut.

Z naszej rozmowy jasno wynika, że to nie była ostatnia próba złamania 2:30h. Czy wiesz już kiedy?
Nie wiem jeszcze. Zastanawiam się. Muszę porozmawiać z trenerem Tomkiem Kowalskim. Dobrze mi się biegło we Frankfurcie, w październiku i nie wiem czy nie spróbować jakoś tego poukładać z przygotowaniami do triathlonowych Mistrzostw Świata w Nicei, na dystansie Ironman 70.3. Z drugiej strony to myślę, czy nie odpuścić mistrzostw i skoncentrować się na treningu biegowym.  Mam czas na przemyślenia tym bardziej, że przede mną roztrenowanie i będzie dużo czasu na to.

A co z cukier detoksem? Zawieszasz czy kontynuujesz?
Hmmmm. Nie wiem. Muszę pomyśleć, ale raczej będę szedł w stronę nie używania cukru. Teraz zrobię sobie detoks od detoksu, pod warunkiem, że córka dostanie wolne w pracy na długi weekend i przyjedzie do domu. Zamówiłem u niech blachę kruszonki, bo jak się truć to czymś dobrym, a nie batonem. Mam jeszcze przegrany zakład z Konradem Mickiewiczem, który zrobił grubą życiówkę w półmaratonie, a umówiliśmy się, że za każdą sekundę zjem kamyczek czekoladowy z jego produkcji (Konrad Mickiewicz jest prezesem Zakładów Przemysłu Cukierniczego „Bałtyk” – dop. red.)

Ze startu w maratonie jesteś usatysfakcjonowany, a jeszcze w tygodniu przed zawodami mówiłeś, że się zastanawiasz czy wystartować. Co statecznie zdecydowało o wyjeździe do Londynu?
Ostatecznie zadecydował za mnie doktor Artur Pupka, który powiedział, że moje wyniki są dobre i infekcja nie zrobiła poważnego spustoszenia w organizmie. Ponadto dzięki New Balance Poland miałem opłacony start, wykupiony był hotel, przelot i szkoda było z tego rezygnować.

Marcin chciałeś coś jeszcze na koniec dodać…
Chciałbym podkreślić, że w Londynie był ze mną działacz Klubu Sportowego Niemaniemogę, który przed metą krzyknął, aby trochę zwolnił, bo inaczej Prezes będzie musiał wypłacić premię za złamanie 2:30h. Posłuchałem. Nie mogłem inaczej, to mam… ha ha ha

Dziękuję za rozmowę i jeszcze raz gratuluję świetnego czasu

Z Londynu specjalnie dla TriathlonLife.pl z Marcinem Koniecznym rozmawiał Marcin Dybuk
Foto Artur Podlewski/Triathlon Energy

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X