Rozmowa

Miłosz Sowiński. Nie poddał się, mimo że wyniki dołowały

Podczas pierwszej, naszej krótkiej rozmowy powiedziałeś, że jeszcze nigdy tak ciężko nie pracowałeś na treningach jak w tym roku. Co miałeś na myśli?
W kwietniu tego roku rozpocząłem współpracę z Rafałem Medakiem. Pojechałem wtedy na obóz na Gran Canarii. Różnił się od tych, na których bywałem wcześniej. Trenowałem tygodniowo 20-22 godzin i jak na obóz to nie było wcale dużo, ale intensywność tych treningów było bardzo duża. Na każdych zajęciach miałem do zrealizowania jakieś konkretne zadanie, które dawało się mocno odczuć. I to była dla mnie zasadnicza różnica.

Jak to się stało, że zmieniłeś trenera i rozpocząłeś współpracę z Rafałem Medakiem?
Poznałem Rafała podczas pierwszych zawodów w Gdyni, w 2015 roku. Stanąłem wtedy na podium. Po zawodach rozmawialiśmy chwilę. Powiedział, że mam talent i że warto coś z tym zrobić. Mówił także, że współpracuje z Suttonem. Jednak wtedy nie podjęliśmy tematu. W listopadzie w 2017 roku rozmawiałem z Rafałem Hermanem i ponownie wrócił temat współpracy z Rafałem Medakiem. To był czas, kiedy po sześciu latach współpracy rozstawałem się z moim pierwszym trenerem Tomaszem Kowalskim. Szukałem trenera, który będzie potrafił ze mnie wyciągnąć jeszcze więcej. Jeszcze wtedy nie rozpocząłem współpracy z Medakiem. Marcin Słowa opowiedział mi, o swoim pomyśle. O tym, że buduje team i że będzie miał finansowanie, sponsorów, z którymi będzie można przygotować się do startu w Igrzyskach Olimpijskich w Tokio. Marcin to doświadczony trener, który trenował Marię Cześnik, która startowała na igrzyskach. Zdecydowaliśmy, że w Polsce nikt nie ma takiego doświadczenia, dodatkowo budował team i ostatecznie zapadła decyzja o współpracy ze Słomą. Okazało się jednak, że nie ma między nami chemii i ostatecznie rozstaliśmy się. Podczas dalszych poszukiwań w końcu doszliśmy do porozumienia z Rafałem i w marcu rozpoczęliśmy współpracę.

 

   Trening na obozie w Sankt Moritz

Jak oceniasz pierwsze pół roku tej współpracy?
Przede wszystkim bardzo ciężko. Jednak już na początku Rafał powiedział mi, że trening Trisutto może zaskoczyć dopiero po kilku miesiącach i u każdego zawodnika działo to inaczej. Jeden potrzebuje więcej czasu, drugi mniej. Są tacy, którzy pierwsze efekty mają po trzech miesiącach, a są tacy, co dopiero po dwóch latach.

A jak to wygląda u Ciebie?
Przez pierwsze cztery miesiące ciężko pracowałem. Ponadto byłem na obozie w Sankt Moritz. Intensywność treningów oraz wysokość sprawiły, że wróciłem bardzo zmęczony do Polski. Pierwsze zawody na jakie pojechały to Holten w Holandii. Liczyłem, że powalczę o pierwszą 20, a skończyłem zawody w okolicach 40 miejsca.  Na imprezach w Polsce też byłem daleko. W pucharze uplasowałem się na 10 miejscu. Nie wyglądało to wszystko dobrze.

Jak sobie radziłeś w tych trudnych momentach? Miałeś nadzieje, a tutaj nic nie wychodziło, tak jakbyś chciał.
Cały czas z tyłu głowy miałem słowa Rafała, który mówił, że potrzeba czasu. Że będzie moment, kiedy to wszystko zacznie pracować na moją korzyść. Zaufałem trenerowi i konsekwentnie pracowałem. Robiłem na treningach swoje.

To kiedy nastąpił przełom?
Po nieudanym Pucharze Polski coś się odblokowało. Kolejne trzy tygodnie na treningach wyglądały bardzo dobrze. Czułem się najlepiej praktycznie od początku roku. Jechałem na Mistrzostwa Polski do Kraśnika z nadziejami na dobry występ.

 

   Dopiero jesienią przyszły wyniki, których oczekiwał. Ale jak już są, to jakie? Rekord Polski

Ale to nie były  udane zawody…
Niestety, popełniłem kilka błędów. W ten weekend pogoda w całym kraju pogorszyła się. Z 30 stopni Celsjusza zrobiło się 10. Woda w jeziorze miała 24 stopnie. Pod piankę założyłem „lajkrę”, aby mnie nie przewiało na rowerze  i to był pierwszy błąd. Podczas pływania dosłownie zagotowałem się w wodzie. Odwodniłem. Podczas pływania pierwsza grupa odpłynęła mi. Wyszedłem z wody z minutową stratą. Już wtedy czułem się lekko wycięty. Na początku roweru goniłem. Pamiętałem o żelach na rowerze. Miałem przygotowane trzy na 40 kilometrową trasę, ale zapomniałem o piciu. I jeszcze bardziej się  odwodniłem. Bieganie zacząłem bardzo szybko i już po pierwszym kilometrze złapała mnie taka kolka, że nie byłem w stanie biec. Na piątym kilometrze truchtania w 10 stopniach Celsjusza stwierdziłem, że to dalej nie ma sensu, tym bardziej, że tydzień później miałem start w akademickich mistrzostwach świata. Wolałem nie ryzykować jakiejś choroby, przeziębienia. I zszedłem z trasy. Drugi raz w karierze dopiero mi się to przytrafiło. Niestety, kolejny na Mistrzostwach Polski.

A jak wyglądała sytuacja na akademickich Mistrzostwach Świata w Szwecji?
Kiedy przyjechałem do Szwecji to byłem totalnie zmęczony. Dzień przed zawodami przespałem. Podejrzewam, że organizm odreagowywał start na mistrzostwach Polski. Już na samych zawodach zabrakło trochę szczęścia i dwóch, trzech sekund w strefie zmian, aby załapać się na rowerze do silniejszej grupy i z nią pojechać. Ostatecznie zająłem 36 miejsce, a liczyłem na pierwszą 20.

I co wtedy myślałeś?
Przed sezonem z tatą, który jest także moim menadżerem (Marcin Sowiński – dop. Red.) rozmawialiśmy o tym, że w tym sezonie podejmiemy decyzję, czy będę startował na olimpijce, czy pójdę w dystans średni. We wrześniu miałem jeszcze wystartować w Pucharze Swiata, ale niestety, po zawodach w Szwecji się rozchorowałem. Tydzień wypadł mi z treningów. Nic się nie układało tak jak bym chciał. Zacząłem rozmawiać z trenerem, że chciałbym wystartować w „połówce”. I wtedy zapadła decyzja, że pojadę na zawody na Majorkę.

Można powiedzieć, że od tego momentu sytuacja diametralnie się zmieniła
Tak. Na Majorce zająłem szóste miejsce. W Chinach byłem trzeci, gdzie poprawiłem życiówkę na połówce aż o osiem minut. Poprzedni mój najlepszy wynosił 3:59. W Chinach 3:51. Szczerze mówiąc to nie spodziewałem się, że w tym roku będę  w stanie poprawić swój rekord. W Bahrajnie chciałem być w pierwszej dziesiątce i planowałem zrobić show. W końcu udało się zrealizować plan. Dziewiąte miejsce i czas 3:45 w mocno obsadzonej stawce przywrócił mi wiarę w samego siebie. Przed rokiem z tym czasem stanąłbym na podium. To pokazuje, że poziom w tym roku był wyższy. Tym bardziej się cieszę.

Czy to oznacza, że odpuszczasz marzenia o starcie w Igrzyskach Olimpijskich w Tokio i starty na olimpijce, a skupisz się na połówce?
Ostatecznie jeszcze nie wiem. Musimy jeszcze o tym wszystkim porozmawiać, ale wiele wskazuje na to, że tak właśnie będzie. W przyszłym roku na pewno w Polsce będę chciał powalczyć na krótszych dystansach na Mistrzostwach Polski. Chciałbym także zaliczyć dublet w Suszu. Zawsze chciałem wystartować w tych zawodach na polówce, a dzień wcześniej są Mistrzostwa Polski w sprincie. Zobaczymy jak ułoży się kalendarz startów w 2019 roku.  

 

    Miłosz Sowiński planuje krótkie roztrenowanie. Kilka luźniejszych treningów w okresie świąt

Teraz roztrenowanie. Jak długie?
Jeszcze nie wiem, jak to wygląda w Trisutto. Pewnie zaraz dowiem się od trenera. Ale najchętniej to zluzowałbym trochę na święta. Lżejsze treningi, a następnie powrót na Grand Canarii i rozpoczęcie przygotowań do nowego sezonu. Na początku roku jest kilka ciekawych imprez, w których chętnie bym stanął na linii startu – Dubaj, Południowa Afryka. W tym sezonie miałem mało startów i mi ich brakuje. Jestem w gazie i chcę startować.
 

Marcin Dybuk
Foto Marcin Sowiński

 

Czytaj także:

Wyniki Polaków w Ironman 70.3 Bahrajn i pierwsze wrażenia po starcie Sowińskiego

Miłosz Sowiński: Do zwycięstwa w Chinach zabrakło żeli

Co za czas Swoińskiego w Bahrajnie

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X