Rozmowa

Mikołaj Luft o powrocie do PRO i walce z depresją

W zeszłym roku planował pożegnać się z PRO. Jednak ostatecznie wszystko się zmieniło. Mikołaj Luft znowu będzie walczyć w prosach i ma ciekawe cele na ten sezon.

W zeszłym sezonie miałeś w Warszawie pożegnać się z kategorią PRO, a okazuje się, że powracasz w tym roku do tej rywalizacji. Co spowodowało taką zmianę decyzji?
Wówczas z przyczyn osobistych, jak  i zdrowotnych, zbyt późno rozpocząłem przygotowania do sezonu i byłem „w lesie” z formą. Nie chciałem się wygłupiać, startując nieprzygotowany, zwłaszcza że w zeszłym roku kategoria PRO była jedynie na dystansie 1/2IM, a nie na „olimpijce”.

Do tego w ostatnich latach zmagałeś się z różnymi problemami, które z pewnością też miały wpływ na to, że miałeś przerwie w startach w PRO. Jakie to były przeszkody?
Miałem przez ostatnie dwa lata epizod depresyjny. Depresja była częściowym powodem mojej przerwy. Kilka rzeczy przestało grać. Za dużo obciążeń rodzinnych, emocjonalnych oraz te niefunkcjonujące detale powodowały, że coraz częściej chodziłem zniechęcony na treningi. Miałem różne napięcia mięśniowe, które powodowały, że przerywałem trening lub czasem musiałem zejść z biegu w trakcie ważnych zawodów. To mnie skłoniło do zrobienia przerwy.

Jak poradziłeś sobie z depresją?
Uwierzyłem w psychoterapię. To jest często niedoceniane oraz demonizowane. Rozmowa z psychoterapeutą może być wskazana dla każdego. Nie ma osoby, która nic nie zyskałaby na takiej współpracy. Poza tym w najgorszych momentach stosowałem też leki. Poukładanie sfery emocjonalnej oraz rodzinnej było najważniejsze w moim wypadku. Miałem moment, że moje starty uwarunkowały moje samopoczucie. Kiedy trochę gorzej szło, to czułem się źle psychicznie. Tym samym czułem się tez gorzej w sferze trenerskiej. Brakowało mi energii do bycia liderem grupy. To wszystko powodowało, że negatywnie się nakręcałem.  

Mikołaj Luft triathlon

Co było najtrudniejszym momentem depresji?
Miałem niechęć do codziennego stawiania czoła wyzwaniom. Odwlekałem wiele rzeczy na później. Były też problemy relacji z żoną. To był gigantyczny problem. Ona była zawsze ogromnym wsparciem. Natomiast zaczęła mieć własne potrzeby. Miała dosyć bycia na drugim planie. Chciała wyjść z roli matki Polki. Trudno było mi się z tym pogodzić. Teraz widzę, że to jest nieuniknione w sytuacji osoby, która ma ambicje. Iza po urodzeniu dzieci chciała wrócić do pracy. Tak też zrobiła. Natomiast moje wyjazdy na zawody lub nasze wspólne jej to uniemożliwiały. Czuła się niedoceniana. W związku potrzeba więcej partnerstwa. Powrót do niego jest lekarstwem na nasze problemy.

W związku z decyzją o startach w PRO, jak wyglądały Twoje przygotowania do nadchodzącego sezonu?
Muszę przyznać, że powrót do regularności nie był taki prosty, jak się spodziewałem. Gdy już wdrożyłem się w trening, okazało się w październiku, że zwolnił się termin na operację przepukliny pachwinowej, którą miałem już od dzieciństwa. Chciałem z tym wreszcie zrobić porządek. Gdy po miesiącu pauzy mogłem rozpocząć treningi na nowo, to w grudniu tuż przed świętami, skręciłem kostkę. Do tego złapałem bakterię wymagającą długiej antybiotykoterapii. Co więcej, na skutek kwarantanny syna, musiałem zrezygnować z wyjazdu klimatycznego w styczniu. Mimo tylu przeciwności nie zniechęciłem się i w ponownym wejściu na obroty pomogło mi 16 dni spędzonych w górach na swobodnych przebieżkach po tatrzańskich szlakach oraz to, co uwielbiam, czyli narty biegowe.

Jak wyglądały dalsze treningi po tym wyjeździe?
W lutym i marcu postawiłem głównie na pracę nad moją najsłabszą dyscypliną, czyli biegiem. Po zabiegu wzmocniłem też mięśnie tułowia. Świadomie zmieniłem technikę biegu. Staram się teraz wyeliminować opadanie bioder, napierać do przodu, biegać jakby „z górki”. Wróciłem też do siły biegowej, robiąc skipy i podbiegi, a głównym akcentem raz w tygodniu jest u mnie drugi zakres biegowy, czyli kilkanaście kilometrów tempem około 3:40/km. Te kilka drobnych zmian techniki biegu, a może i wykonany zabieg przepukliny pomogły mi osiągać na treningach tempa, jakie miałem u szczytu kariery, a to biegając jedynie 50-60 kilometrów tygodniowo. Dopiero w kwietniu zwiększyłem nieco objętość treningową o treningi kolarskie, bo całą zimę jeździłem najwyżej 1-2 godziny spinningu w Artis Club, gdzie prowadzę treningi. Zacząłem też pływać 2-3 razy w tygodniu, a dotychczas średnia to był 1 raz tygodniowo.

W jaki sposób przy powrocie do PRO udaje Ci się łączyć trenowanie swojej grupy treningowej z własnymi przygotowaniami?
Właściwie mam dwie grupy treningowe – Junior Luft TRI Team oraz dorosłych. Z tymi pierwszymi trenuję najwięcej, gdyż wymagają bezpośredniego prowadzenia i dużo uwagi. Nie poradziłbym sobie też bez pomocy mojego pierwszego trenera Zbyszka Zawadzaka, który opiekuje się najmłodszymi “Lufciątkami” w wieku 9-13 lat.

Jakie masz cele na ten rok?
Moim celem w tym roku jest osiągnięcie jak najlepszych wyników jak najniższym kosztem czasowym i rodzinnym. O ile u szczytu kariery, będąc w domu, trenowałem 20-25 godzin, a na obozach do 35 godzin w tygodniu, o tyle teraz nie chcę przekraczać 15 godzin tygodniowo. Nie byłem też na żadnym obozie klimatycznym, a jedynie na feriach z rodziną w górach. Treningi z podopiecznymi prowadzę zwykle na basenie, co nie wymaga wysiłku.  Chociaż czasem lubię grupę „pociągnąć” mocniej. Bardzo wartościowe są moim zdaniem dobrze poprowadzone treningi spinningowe z zakładką na bieżniach mechanicznych, gdzie każdy może regulować moc i tempo. Prowadząc takie treningi zimą, mogłem zrealizować własną bardzo mocną jednostkę, dając gwarancję podopiecznym, że wierzę w to, co robię i im też taki trening przyniesie zwyżkę formy, a nie tylko przyjemność podrygiwania na rowerze w rytm muzyki.

Mikołaj Luft triathlon

Poza tym moim sposobem na treningi w plenerze z naszą młodzieżą z Junior Luft TRI Team jest jazda na gravelu zamiast na rowerze szosowym, do tego z obniżonym ciśnieniem w kołach do 3-4 atmosfer. Pod kątem treningowym nie jest to dla mojego organizmu stracony czas, nie muszę też specjalnie zwalniać, aby nie nadwyrężyć młodych organizmów. Kluczowe jednostki progowe wykonuję już zwykle w samotności i szczerze mówiąc, bardzo to polubiłem. Taki sposób treningu to przyjemna odmiana w porównaniu do setek godzin rocznie spędzonych kiedyś na długich monotonnych treningach. Mam ten przywilej, że środek dnia mam wolny na własny trening. Niestety wieczory znowu zajmują spotkania z podopiecznymi. To niezbyt odpowiada mojej małżonce w kontekście opieki nad dziećmi, ale nad tym też pracujemy.

Na jakich dystansach skupisz się w sezonie 2022?
W tym roku zaplanowałem dwa starty A – IRONMAN 70.3 w Warszawie i Gdyni. Warszawa to moje miasto od dziada-pradziada, a Gdynię uwielbiam za atmosferę, morze i najlepsze wspomnienia z zawodów, które mam. Dłuższych zawodów, niż 1/2IM, obecnie nie przewiduję. No, chyba że się znowu wkręcę po uszy! Poza tym będę startował w kilku imprezach z cyklu Garmina na dystansie 1/4IM. Wygrałem pierwszą edycję, więc jest to też jakaś podróż sentymentalna. Żeby było jeszcze ciekawiej, zgłosiłem się do startu w quadriathlonie 10 lipca w Bydgoszczy, bo po co być „cienkim” w trzech dyscyplinach naraz, gdy można być w czterech (śmiech).

Jako PRO walczyłeś w latach 2012-2019. Co chcesz osiągnąć przy drugim podejściu do PRO?
Zdaję sobie sprawę, że obecnie triathlon w Polsce, jak i na świecie, stoi na o wiele wyższym poziomie, niż 5-10 lat temu. Chcę mieć przede wszystkim satysfakcję z każdego startu i poczucie, że zrobiłem wszystko, co mogłem najlepszego podczas zawodów – dla siebie, dla kibiców, wolontariuszy, moich podopiecznych. Marzę też, aby kiedyś na mecie czekała na mnie żona i dzieci, bo gdy dzieciaki były malutkie, to na wszystkie starty jeździłem sam.  I chcę oczywiście ukończyć każdy start, co nie zawsze bywało pewne.

Na podstawie własnych doświadczeń z kariery zawodnika PRO jaką dałbyś radę młodszym triathlonistom, którzy dopiero w to wchodzą?
Przede wszystkim doceniajcie ludzi, których macie wokół siebie. Nie jesteście pępkiem świata. Wasz sport nie jest najważniejszy. Jeśli nie będzie przy was dobrych ludzi i nie będziecie ich doceniać, to bez nich nie da się znieść intensywnych treningów oraz wszystkiego pogodzić.

Rozmawiali: Marcin Dybuk i Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X