Rozmowa

Mikołaj Chrustowski nie stawia sobie żadnych granic

Mieszka i trenuje na Malcie. W przeszłości zajmował się m.in.: hokejem na lodzie. Przechodził problemy zdrowotne. Wyszedł z nich silniejszy psychicznie. Obecnie Mikołaj Chrustowski skupia się na jednym celu – MŚ Hawaje.

Większą część życia spędziłeś w podmiejskiej wsi. Jakie tam były możliwości do uprawiania sportu?
Poza miasto wyprowadziliśmy się, gdy miałem dziewięć lat. W tamtym momencie trenowałem hokej na lodzie. Na treningi dojeżdżałem z tatą, a w weekendy nocowałem u dziadków, którzy mieszkali obok lodowiska. W samej Brzozie były raczej standardowe możliwości. Nie było wtedy osoby, która chociaż raz nie pojawiła się na treningu piłki nożnej w lokalnym klubie. Oprócz tego można było zapisać się do sekcji łuczniczej oraz na zajęcia SKS. Wbrew pozorom można było się czymś zainteresować.

Które dyscypliny wówczas Ciebie fascynowały?
Dużo zawdzięczam rodzicom. Zauważyli, że jestem bardzo aktywną osobą i starali się to rozwijać najlepiej, jak tylko mogli. Od samego początku nie trzeba było mnie zmuszać do treningów. One w pewnym momencie stały się po prostu codziennym rytuałem. Chodziłem na zajęcia począwszy od gimnastyki po łucznictwo. Jednak byłem zakochany we wcześniej wspomnianym hokeju na lodzie. Niestety, po sześciu latach treningów w Bydgoszczy zamknięto lodowisko. W tych czasach byłem zawodnikiem różnych szkolnych drużyn sportowych. Mimo, że nie trenowałem biegania, to co roku znajdowałem się w składzie na biegi przełajowe. Wtedy też dostrzegłem, że mam dość dobrą i naturalną wytrzymałość na długich dystansach.

Który z tych sportów najbardziej Cię zahartował?
Na pewno hokej oraz trzy lata treningów Oyama Karate (karate z elementami boksu tajskiego). Obydwa te sporty miały znaczący wpływ na moją mentalność. Hokej wiązał się z bardzo wczesnym wstawaniem na treningi. Karate pojawiło się w czasach gimnazjalnych.  Wtedy dobrze zastopowało mój młodzieńczy bunt. To właśnie tam nauczyłem się kontroli nad bólem i przełamywaniem granic własnego ciała.

chrustowski

Zobacz też:

Filip Szołowski mierzy wysoko jako dyrektor PZTri

Jednak Twoją sportową przygodę w pewnym momencie przerwała kontuzja kolana. Co się stało?
Kiedy miałem siedem lat, miałem mały wypadek na nartach, gdzie prawdopodobnie doszło do skręcenia stawu kolanowego. Ta sama kontuzja przytrafiła mi się podczas gry w piłkę w gimnazjum. Trochę ten problem zbagatelizowałem. Nie chciałem pokazywać moim rodzicom, że aż tak mnie to boli. Po prostu bałem się przystopowania w treningach. Moje ciało bardzo szybko się regeneruję. Do tego doszły naturalne metody mojej mamy w postaci okładów z kapusty. Jednak nie sądziłem, że to może nieść za sobą takie konsekwencje. Poważne problemy zaczęły się pojawiać na przełomie gimnazjum i technikum, gdy na treningach doszły sparingi. Okazało się, że potrzebna będzie operacja.

Jak przebiegał proces powrotu do sprawności i ile czasu trwał?
Podczas operacji udało się wszystko naprawić, a rokowania były dość dobre. Po pierwszym miesiącu mogłem już prawie normalnie chodzić bez kul. Po dwóch, praktycznie nie czułem skutków operacji. Za to w głowie pojawiła się blokada, którą w tamtym okresie uważam za plus, ponieważ uważałem na każdym kroku.

Do tego dochodził w tamtym czasie niezbyt zdrowy tryb życia. Jak wyglądał?
Oj tak, to były czasy technikum. Zrozumie to ten, kto chodził do typowo męskich szkół. Swego czasu na imprezach mieliśmy powiedzenie, że połówka na trzech jest dobra, jak dwóch nie przyjdzie. Można powiedzieć, że to właśnie w tym okresie puściły wszelkie hamulce. Zdarzało się imprezować przez cały weekend, a powroty pierwszym porannym PKS’em to była norma. Z perspektywy czasu wiem, że moja głowa tego potrzebowała. Po tylu latach ciągłego uprawiania sportu, zdrowego trybu życia. Fajnie było przez chwilę być jak rówieśnicy.

Kiedy nastąpił przełom i postanowiłeś postawić na sport?
Wtedy bardzo mocno się zapuściłem. Dieta była oparta na kebabach z PKS’u za piątaka oraz cola albo piwko do popicia. To nie był na pewno zdrowy tryb życia. Po prawie roku od operacji przeglądałem na telefonie zdjęcia z wakacji. Trafiłem wtedy na jedno, na którym ewidentnie byłem wczorajszy, dodatkowo bez koszulki. W tym momencie doszło do mnie, że coś poszło nie tak. Po prostu zacząłem się wstydzić tego, jak mogłem się tak zapuścić.

Po dwóch miesiącach treningów przebiegłeś pierwszy półmaraton. Jak było?
Po zobaczeniu tego zdjęcia poszedłem porozmawiać z siostrą. Ona przygodę z bieganiem rozpoczęła rok wcześniej. Wypytałem o wszystko i zauważyłem, że od jakiegoś czasu odlicza coś na tablicy. Okazało się, że chodziło o Półmaraton Świętych Mikołajów w Toruniu. Tego dnia też się zapisałem, a do biegu pozostało dokładnie 55 dni. Bardzo przyjemna impreza, polecam na debiut. Można powiedzieć, że nogi same niosły. Czas 1:42, jak na początek był dla mnie motywujący.

chrustowski

Zajrzyj do:

Michał Lisieński: Moja żona chciałaby pojechać na Kone

Jak bieganie przerodziło się w triathlon?
Po półmaratonie pierwsze myśli zaczęły krążyć oczywiście wokół maratonu. Niestety, pojawił się dość duży problem z ITBS.  Byłem zapisany na kwietniowy Orlen Warsaw Marathon. Więc żeby podtrzymać formę, jeździłem na basen. Finalnie wystartowałem w tym maratonie po trzymiesięcznej przerwie, a maraton był 6 treningiem. To była największa sportowa głupota w życiu. Dodatkowo nie jestem wielkim fanem biegania. Mówiąc wprost, nie przepadam za nim. Mocno mnie to nudzi, mały wyjątek stanowi to w terenie, w którym jestem zakochany.  Po biegu w Warszawie zacząłem szukać kolejnego wyzwania. Naturalnie ostatnią cegiełką było dorzucenie treningów rowerowych. Tak padło na triathlon, który okazał się sporym urozmaiceniem.

Kiedy zadebiutowałeś?
Zadebiutowałem na zawodach w Gdyni, jeszcze pod szyldem Herbalife w 2014 roku. Niesamowite emocje, praktycznie pierwsze takie pływanie w morzu i jedno z pierwszych w piance. W tych czasach miałem jeszcze trochę większą masę mięśniową. Przez to bardzo się “spompowałem”. Usiadłem w strefie zmian i dosłownie nie miałem siły, aby się rozebrać. Bardzo dobrze wspominam rower, gdzie na starej kolarce wykręciłem prędkość 35 km/h. Po takim rowerze bieg to już była czysta przyjemność. Ten start to była kanonada wszelkich możliwych błędów. Chciałem wyglądać jak prawdziwy zawodnik i na kolarskie spodenki z grubą pieluchą, założyłem termiczny, zimowy, biegowy bezrękawnik. Wiem, że to nie była dobra decyzja na zawody w sierpniu, ale psychicznie czułem się jak w stroju triathlonowym. Dwa tygodnie później zadebiutowałem już na połówce w Borównie.

Czy późniejszy wyjazd do Anglii pomógł w Twojej triathlonowej przygodzie?
Na pewno to była bardzo dobra szkoła życia. Wyjazd spowodowany był ciekawością i oczywiście celem zarobkowym. Pomógł na pewno docenić czas wolny i odłożyć dodatkowo trochę grosza na sprzęt i opłaty startowe.

Czy znalazłeś czas na treningi, czy byłeś skupiony na pracy?
Na początku jeszcze się łudziłem, że będzie można to połączyć. Jednak życie szybko weryfikuje, a wypłata w obcej walucie wciąga. Chce się więcej i więcej. Po pewnym czasie nie wiesz, jaki jest dzień tygodnia. W pracy nie pytali o to, czy chcę przyjść na nadgodziny, tylko wpisywali mi je z automatu. W tym przypadku tak samo jak kiedyś w sporcie nie znałem umiaru. Ciągłe nadgodziny i praca od 12 do 16 godzin dziennie. Głównie praca magazynowa, gdzie bardzo dużo się chodziło albo cały dzień stało. Kiedyś dla sprawdzenia włączyłem aplikację. Pokazała 18 kilometrów.  Więc można powiedzieć, że to była moja jedyna aktywność na początku. Dopiero krótko przed powrotem do Polski po przeprowadzce do mniejszego miasta, udawało się czasami wyskoczyć na basen albo bieganie. Wróciłem też do diety. Jednak o normalnym okresie przygotowawczym nie było mowy.

W jakim celu zdecydowałeś się na wyjazd do Anglii?
Wyjazd do Anglii z początku był pomysłem mojej drugiej połówki. Potem wspólnie stwierdziliśmy, że czemu by nie spróbować. Plan był prosty: zarobić na start w dorosłe życie oraz sprawdzić, jak to jest. Głównie po to, by ewentualnie za kilka lat nie myśleć o tym i nie żałować podjęcia próby.

Po powrocie do kraju, do jakich przygotowywałeś się zawodów?
Po pierwszym starcie na połówce historia powtórzyła się tak jak z bieganiem. Wiedziałem, że następnym krokiem będzie zrobienie całego dystansu. Moim rodzinnym miastem jest stolica polskiego triathlonu, czyli Bydgoszcz. Mamy tam najstarszy pełny dystans w Polsce i największe zawody w kraju. Więc daleko nie musiałem szukać. Dodatkowo zawody przypadały na moje 21 urodziny. Na papierze to był idealny debiut.

Obawiałeś się zbyt małej ilości czasu na treningi?
Może to zabrzmi dziwnie, ale nie. Moja głowa nie ma kompletnie szacunku do długiego dystansu. Powrót z Anglii nastąpił 26 maja, a na pierwszy trening rowerowy, już z wymarzonym rowerem poszedłem dopiero po bike fittingu. Z tego, co pamiętam, było to w drugim tygodniu czerwca. Teoretycznie czasu bardzo mało, a Borówno wypadało na końcówkę sierpnia. Powtarzam zawsze, że długi dystans to matematyka. W praktyce Ironman jest dla mnie po prostu zbiorem liczb, które trzeba ze sobą połączyć. Podzieliłem sobie te przygotowania na pewne etapy. Wiedziałem, że muszę chociaż raz przejechać trasę w okolicach 180 kilometrów, zrobić jedno długie wybieganie około 35 km i wykonać kilka dłuższych sesji w piance. To ostatnie zawsze jest dla mnie najtrudniejsze, ponieważ mam spory lęk przed wodami otwartymi. Na szczęście udało mi się wypracować w głowie pewną metodę, by to zablokować.

chrustowski

Czytaj także:

Pierwsza Polka, która z cukrzycą ukończyła Ironman Frankfurt

Ten start był przełomowy, bo wtedy zafascynowałeś się pełnym dystansem. Kiedy stanąłeś w Borównie na starcie pełnego IM?
Borówno było magiczne dla mnie. Mam ogromny sentyment do tych zawodów. Data debiutu, 23 sierpnia 2015 roku, to też data moich 21 urodzin. Przed startem w mojej trenerskiej głowie z zerową wiedzą na ten temat, urodził się pewien plan. Po tych krótkich przygotowaniach za cel obrałem bezpieczne złamanie 12 godzin. Pływanie okazało się względnie dobre. Mimo że nie mam pływackiej przeszłości, udało się złamać 1 godzinę i 10 minut.  Rower wystarczyło, że przejadę, bez żadnego napięcia ze średnią 30km/h, czyli poniżej sześciu godzin. Z tych prostych obliczeń na bieg pozostało dobre 4 godziny i 30 minut. Plan się powiódł. Cały wynik to 11:36 i ogromna satysfakcja na mecie. Wiem, że był zapas, ponieważ dwa tygodnie wcześniej w Gdyni zabrakło mi 49 sekund do złamania pięciu  na połówce. Cel tego startu był inny. Chciałem zobaczyć, jak to boli. Bolało, ale jeszcze bardziej mi się to spodobało. To była miłość od pierwszego wejrzenia. 

W 2017 roku rozpocząłeś projekt kierunek Kona. Jak on przebiegał?
Po dwóch pełnych postanowiłem wykorzystać jeszcze fakt bycia w najniższej kategorii wiekowej. Stąd zdecydowałem się na walkę o slota. Nie jest tajemnicą, że Hawaje stały się moim głównym celem. Tutaj wygrywa natura sportowca. Zapisałem się na Ironmana w Walii, uznawanego za jednego z najtrudniejszych na świecie. Cel był prosty, czyli  zdobyć slota we wrześniu i za rok pojawić się na Konie. W tamtym okresie prowadziłem również swoją działalność. Były to bardzo nieregularne godziny pracy. Mogłem być w domu o 15:00 lub o po 20:00. Jeżeli coś poszło nie tak u klienta, trzeba było szukać przyczyny, aż się ją rozwiąże. Wtedy przestawiłem się na typowo wieczorno/nocne treningi. Przeważnie zaczynałem o godzinie 21-22. Zakładki w tygodniu zazwyczaj kończyłem o 2-3 w nocy. Niezapomniane uczucie, kiedy otrzymujesz oklaski od podchmielonych grupek, gdy przebiegasz obok sklepu monopolowego w nocy. Weekendy to były długie treningi. Wtedy znikałem z domu na 6-7 godzin. Czułem się naprawdę dobrze. Na miesiąc przed startem wyjechałem z moim przyjacielem Tomkiem do Czech na krótki obóz rowerowy z akcentami biegowymi. Niestety, tam na jednym z treningów złapałem małą kontuzję stopy. Trochę to zaburzyło ostatnie treningi biegowe przed zawodami, ale byłem dobrej myśli. 

Jak przebiegł start w Walii? 
Do Walii pojechałem w dobrej dyspozycji pływackiej oraz rowerowej. Wiedziałem, że tam robota została wykonana w 100 procentach, tak jakbym chciał. Wszystko miało rozegrać się na biegu i tak się później stało. Zawody są bardzo specyficzne. Pływanie w niespokojnym morzu oraz bardzo górzysta trasa rowerowa. Dopiero po przyjeździe zobaczyłem, jak ciężka jest trasa biegowa. Cztery pętle, z jednym długim podbiegiem, którym następnie wracało się do miasta i krążyło po bruku, przez dwa kolejne kilometry. Dodajmy jeszcze typowo angielską pogodę i mamy zawody, w których nawet zawodnicy PRO nie łamią dziewięciu godzin.

Jak Ci szło na trasie? 
Sam start to myślę, że temat na osobny artykuł, tyle się tam działo. Z wody wyszedłem na  około 15 pozycji. Na tamte warunki liczyłem na zakręcenie się w okolicy godziny i kilku minut. Tak też się stało i wyruszyłem do strefy zmian. Tutaj straciłem już kilka cennych minut. Rozwalił mi się zamek w kamizelce na rower, w której miałem żele, zapasowe dętki. Kamizelka miała mi też zapewnić trochę ochrony przed deszczem i wiatrem. Rower był ciężki, ale przejechany z aptekarską dokładnością na watach, średnia z całej trasy wyszła 3,3 W/kg. Niestety, tutaj też uciekło kilka minut: zaklinowany łańcuch, który mi spadł oraz ciągłe poprawianie tej cholernej kamizelki- żałuję, że jej nie ściągnąłem. Po rowerze w mojej kategorii powstała pięcioosobowa grupka, w której między sobą mieliśmy rozdać trzy sloty. Na bieżąco dostawałem informację o tym, który jestem i jaką mam stratę do pierwszego. Zakładany czas poniżej 3:30 na tej trasie po rowerze dawał mi wyjazd na Hawaje. Niestety skończyłem na piątej pozycji. Bieg odsłonił delikatne błędy w przygotowaniach, może też te małe problemy przed. Na pewno całe zawody dały mi ogromne doświadczenie i pewność, że wyjazd na Konę jest kwestią czasu. 

Jednak nastąpił moment, że musiałeś przystopować z treningami. Jakie były powody?
Każdy młody człowiek w tym wieku przechodzi przez podobne dylematy. Nadszedł moment, w którym trzeba było więcej czasu poświęcić na własny rozwój, zdobycie dobrej pracy, w skrócie odpowiedni byt. W ten sposób znowu się wciągnąłem w sidła. Zacząłem bardzo dużo pracować, a sport ponownie zszedł na trzeci plan. Dodatkowo pojawiły się bardzo poważne plany w prywatnym życiu. Mimo prób, zrywów treningowych, nie udało się tego spiąć. W głowie miałem tylko Hawaje. Więc traktowałem to zero jedynkowo, potocznie, czyli grubo albo wcale.

Jak przez ten czas wyglądał Twój kontakt z treningami i starty w zawodach?
Kontakt był praktycznie znikomy w ciągu pół roku. Ledwo zbliżyłem się do swojej normalnej miesięcznej objętości. Było to dla mnie bardzo dziwne uczucie, trochę jakby odciął mi ktoś prąd. Cały czas czegoś brakowało. Sport, a zwłaszcza ten długodystansowy, jest jak nałóg. Psychicznie czułem się jakby na detoksie. Startowałem głównie w Bydgoszczy, ponieważ była to dobra okazja, by spotkać się ze znajomymi i najbliższymi.

2019 rok był dla Ciebie przełomowy w wielu kwestiach. Co wtedy się wydarzyło?
Ten rok od samego początku był jakiś dziwny. Przeprowadziłem się do stolicy i liznąłem delikatnego korpo życia. Niestety, podjąłem kilka złych decyzji, które spędzały sen z powiek. Dodatkowo nastąpiła spora zmiana w życiu prywatnym. Nie będzie to zaskoczeniem, jak powiem, że motywacja do treningów była znikoma.

Do tego dochodziły problemy zdrowotne. Jakie?
W momencie, gdy kumulują się wszystkie problemy, zazwyczaj w progu drzwi wejściowych stoją już te zdrowotne. Tak samo było u mnie. Pewnego dnia obudziłem się ze zdrętwiałą ręką. Mrowienie nie przeszło tak szybko, jak myślałem, a podobne rzeczy zaczęły dziać się z nogą. Kiedy ręką nie mogłem utrzymać kubka z wodą, miałem ewidentnie słabszą reakcję na dotyk po lewej stronie ciała, to postanowiłem udać się do neurologa. Trafiłem w bardzo dobre ręce. Pani Doktor przepisała mi leki oraz skierowała na szereg badań. Mając bardzo podobne objawy, na samym początku chcieliśmy wykluczyć stwardnienie rozsiane oraz coś niechcianego w mojej głowie. Na szczęście badania wykluczyły powyższe schorzenia, a zastosowane leczenie po miesiącu wyeliminowało wszelkie objawy. Obecnie mam cały czas obserwować sytuację.

chrustowski

Przeczytaj też:

Sport wyciągnął go z nałogu

Jakie zmiany do życia postanowiłeś wprowadzić?
W okresie tej choroby spędziłem bardzo dużo czasu sam ze sobą. Odizolowałem się od wszystkich. Pracowałem zdalnie z domu. Nie spotykałem się z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. To miał być czas dla mnie, w którym chciałem odnaleźć siebie. Mając 25 lat,  zdałem sobie sprawę, co jest dla mnie ważne. Jak chcę poprowadzić dalej własne życie. Potrzebowałem tego czasu. Zacząłem mniej się przejmować i żyć cały czas swoimi marzeniami. Następnie zrobiłem kilka szalonych rzeczy m.in. wszedłem dwa razy na Śnieżkę, w samych krótkich spodenkach. Jeden raz samotnie przy -22 stopniach i wietrze w okolicach 100km/h. Jak i mniej szalonych- zwiedziłem w końcu sporą część Warszawy. Ten czas dał mi ogromnego kopa. Nigdy wcześniej nie byłem tak mocny psychicznie, jak teraz jestem. Wiem, że to było po coś.

Jak pomógł Ci wyjazd na Maltę?
Malta to mój osobisty exodus, wyjście ze starych nawyków, przyzwyczajeń i wyzerowanie życia. Spakowałem się w samochód i wyjechałem 27 grudnia. Była to kolejna diametralna zmiana w podejściu do życia. Aktualnie nie stawiam przed sobą żadnych granic.  Uważam, że wszystko jest możliwe. Dzisiaj jestem na Malcie i równie dobrze, jutro rano mogę z niej wyjechać (oczywiście nie teraz #covid, śmiech). Jestem otwarty na dosłownie wszystko i wszędzie.

Jak wyglądają Twoje aktualne treningi?
Nie łatwo było wrócić do nich po prawie dwóch latach przerwy. Znając swoją głowę i ciało, wiedziałem, że to będzie odpowiedni etap na nawiązanie współpracy z trenerem. Mimo że jestem totalnym indywidualistą na treningach, kocham samotność na nich i puszczanie się wodzy fantazji. Po kilku rozmowach z moją przyjaciółką Magdą Mendel zaufałem trenerowi Adrianowi Zarzeckiemu, który zagościł w moim sportowym życiu i ma ze mną nie lada przeboje. Ostatnio miałem dwa tygodnie rozluźnienia. Aktualnie zmniejszyliśmy objętość i trenujemy średnio 15 godzin w tygodniu. Kraj, który wybrałem nie jest również dziełem przypadku. W miarę możliwości treningi przeprowadzam w środku dnia, wtedy panują tu warunki podobne do tych na Konie. Wysoka temperatura (już teraz jest w granicach 30 stopni w cieniu) oraz bardzo duża wilgotność powietrza. W lato będą one bardzo do siebie zbliżone. Gdy uda się wywalczyć slota, to chce być jak najlepiej na to przygotowany.

Poza triathlonem, jakie masz pasje?
Poza sportem znajduję też czas na inne pasje. Bardzo lubię robić zdjęcia, oczywiście jest to typowo amatorska fotografia. Część z nich można zobaczyć na moim profilu Instagramowym @to_tylko_triathlon. W zeszłym roku za sprawą Kamila- takiego samego wariata jak ja, wkręciłem się w wyprawy bike packingowe.

Jak odnajdujesz się w obecnej sytuacji związanej z koronawirusem?
Na ten temat mam własne zdanie, ale nie chciałbym tutaj tego publicznie poruszać. Nie jestem również specjalistą. Więc jedyne, co mogę zrobić, to zaakceptować obecny i trzymać kciuki, żeby sytuacja wróciła jak najszybciej do normy. Jedyne co mnie w tej chwili ogranicza przez tę sytuację, to brak możliwości podróżowania z powodu zamkniętych granic.

Jakie restrykcje zostały wprowadzone na Malcie?
Malta została kompletnie odcięta według mnie o tydzień, może dwa za późno. Rząd wprowadził szereg restrykcji. Wszystko zostało zamknięte oprócz sklepów spożywczych. Po wyjeździe turystów poznałem prawdziwe oblicze Malty, tylko z mieszkańcami. Bardzo przyjemne, bez tłumów, cisza i spokój.

Jak to wpłynęło na Twoje treningi?
Baseny zostały pozamykane. W piankę się jeszcze nie mieściłem. Więc pozostał mi rower i bieganie. Na bieganie wyjeżdżałem poza miasto na moje ulubione trasy wzdłuż klifów. Rower to był trenażer. Nie chciałem ryzykować znalezienia się w szpitalu, który jest tutaj tylko jeden. Kolarstwo to tutaj cały czas egzotyka. Drogi nie są w ogóle przygotowane do jazdy na rowerze. Miałem już tutaj jeden wypadek w lutym. Na szczęście skończyło się na kilku szwach i przetartej przez asfalt twarzy. W dużym skrócie nie chciałem ryzykować, a w najgorszym wypadku zawracać tyłka służbie zdrowia.

Jakie masz najbliższe cele oraz marzenia w triathlonie?
Podzieliłem to sobie na takie małe projekty, prywatne i sportowe. Z tych sportowych ambicji, to cel się nie zmienia. Chciałbym, zmierzyć się z innymi zawodnikami na Hawajach. Do pełnego dystansu miałem wrócić w lipcu na trasie legendarnego Roth. Start został przesunięty na przyszły rok. Będzie to świetna okazja, by sprawdzić, na co stać moje ciało i ile mogę z niego wycisnąć. Dodatkowo w planie mam kilka wypraw trekkingowych oraz starty w wyścigach długodystansowych. To na pewno otwiera drogę do kilku projektów i połączenia tego z życiem prywatnym. Za to w  nim najważniejszy cel, jaki sobie obrałem, to po prostu być sobą. Wierzę, że takie podejście sprawi to, że będę szczęśliwy. To mi w zupełności wystarczy. Jestem w pełni świadom tego, jak moje wyniki wyglądają na tle sportowym. Wiem, ile mi brakuje do czołówki. Jednak te trzy dyscypliny są dla mnie czymś więcej. Traktuję go jak dobrego życiowego partnera, do którego wiem, że mogę zawsze wrócić. Bez zbędnej napinki, stawiania celów ponad wszystko. Przecież to tylko triathlon. 

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Tagi
Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close