Rozmowa

Mężczyzna też przeżywa śmierć dziecka

Wystartuje w sztafecie Pomorskiego Hospicjum dla Dzieci w ramach Challenge Gdańsk. Marek Hejnowski przyznaje, że w sporcie odnajduje zmarłego syna i robi to dla niego.

Już 18 czerwca podczas Challenge Gdańsk wystartujesz w sztafecie Pomorskiego Hospicjum dla Dzieci na części pływackiej. Jak przebiegają treningi?
Na razie morsuję. W ten sposób przyzwyczajam się do wody w morzu. Wcześniej biegam w ramach rozgrzewki. Nie ma to na razie nic wspólnego z pływaniem, ale to jest pewna forma obeznania się z wodą.

Planujesz też treningi na basenie, czy raczej open water?
Obecnie nie mogę sobie pozwolić na basen. Pracuję i mam rodzinę. Dlatego brakuję mi czasu. Do tego pamiętamy, że baseny były pozamykane. Powiem szczerze, że kiedy jeszcze pływałem na basenie, to nie miało to nic wspólnego z przeżyciami w morzu. Startowałem już w sztafecie w gdyńskim Ironmanie, dlatego wiem, że całkowicie różnią się warunki w tych dwóch przypadkach. Wszystko jest inne.

Kiedy zadebiutowałeś w triathlonie?
Startuję w sztafecie triathlonowej od ponad czterech lat. Po śmierci mojego syna razem z Anią Synakiewicz i jej bratem wystartowaliśmy w pierwszych zawodach. Ona była lekarzem prowadzącym Krzysia. Przez ten czas walki z chorobą syna zaprzyjaźniliśmy się oraz razem rozpoczęliśmy tę sportową przygodę. Na razie ograniczam się do sztafet. Choć marzy mi się, aby w przyszłym roku na 50 urodziny wystartować indywidualnie na 1/4IM.

W spocie dla Challenge Gdańsk przyznałeś, że w sporcie odnajdujesz zmarłego syna. Czy na każdym treningu czujesz obecność i wsparcie dziecka?
Myślę, że tak. Kiedy walczyliśmy pięć lat temu o życie Krzysia, to była niesamowita batalia. Obecnie nie mam grona ludzi, z którymi morsuję. W czasie morsowania jestem sam i muszę walczyć z zimnem. W momencie wchodzenia do wody mówię: Krzychu wchodzimy razem, bo to jest walka. Za każdym razem morsowanie jest wyczynem.

Czy długo zastanawiałeś się nad podjęciem wyzwania jakim jest start w sztafecie?
Ani chwili. Jesteśmy zespołem. Doktor Ania dalej jest lekarzem w hospicjum. Marzyliśmy o tym, aby nadal wspierać Fundację. Jeszcze przed pandemią chodziliśmy do grupy wsparcia dla rodziców, którzy stracili dzieci. Rozmawiamy o tym, jak przeżywamy daną żałobę itd. Jest też czas na refleksję z uśmiechem, jakie były nasze pociechy. Niestety rzadko mężczyźni uczęszczają na te spotkania. Często jesteśmy pomijani. Pamiętam, jak nasze dziecko chorowało, a potem umarło. Wszyscy pytali mnie o samopoczucie żony. Proszę mi wierzyć. My mężczyźni też to przeżywamy. 

Jakie znaczenie ma dla Ciebie start w sztafecie jako Pomorskie Hospicjum dla Dzieci w Challenge Gdańsk?
To jest dla mnie bardzo ważne. W tym Hospicjum są ludzie, którzy oddają siebie. To jest ciężka praca. Kiedy mam okazję spotykać się z tymi osobami, to pamiętam, że razem znosiliśmy walkę o zdrowie syna. Za każdym razem, jak do nas przyjeżdżali, to było pieczone ciasto i dużo rozmawialiśmy. Wiem, że osoby pracujące w hospicjum przeżywały to z nami. Dlaczego miałbym tego teraz nie oddać? To jest dla mnie wielka radość, że mogę startować z nimi i dla nich. Mam też świadomość obowiązku i trudu, jaki dla nas oddawali.

Twoja historia po części została przedstawiona w spocie Challenge Gdańsk. Czy od tamtego momentu odzywali się do Ciebie rodzice, którzy też przeżyli stratę dziecka lub jeszcze walczą o jego życie?
Nie mam takiego odzewu. Może też dlatego, że nie siedzę w mediach społecznościowych. Jestem zajętym człowiekiem. Pracuję, mam rodzinę. Posługuję w różny sposób muzycznie w kościele katolickim. Myślę, że ten sygnał jeszcze nie doszedł przede wszystkim do grona ojców, którzy stracili dzieci. Wiem, że niejednej takiej osobie mógłbym w jakiś sposób pomóc. Porozmawiać oraz go wysłuchać.   

Pierwszy rok po odejściu syna był dla Ciebie bardzo trudny. Sam przyznałeś, że pływanie było zaprzeczeniem wszystkiego. Jakie obecnie masz nastawienie?
Po tym, jak pływanie było zaprzeczeniem, to teraz myślę, że jest namiastką mojej więzi z synem. Uważam, że on patrzy na to wszystko. Kiedyś powiedział mi, że bardzo chciałby pójść ze mną na basen i pływać. Trzymam się tego, co powiedział. Krzysiu, mając siedem lat i zmagając się z chorobą, bardzo dojrzał. Miał przed sobą trudną walkę. Jedzenie było trudnością, a co dopiero pójście w sport. Po operacji mózgu Krzysiu miał wielkie zaburzenia chodzenia. Chodziliśmy po korytarzu po kilkadziesiąt razy dziennie, aby wrócił do równowagi. Miał wielkie problemy z trzymaniem się w pionie. Przez tę chorobę bardzo schudł. Opadły mięśnie, ale ćwiczyliśmy. On się nie poddawał, dlatego ja też nie chcę się poddać.

Czy masz już w planach jakieś kolejne wyzwania sportowe, które zadedykowałbyś Krzysiowi?
Skok ze spadochronem (śmiech). Choć boję się, bo mam chory kręgosłup. Boję się, żebym przy skoku lub lądowaniu go sobie nie dobił. Dzięki temu, że jakoś funkcjonuję, to utrzymuję rodzinę. Mam trzy córki i żonę. Nasz dom jest pełny ludzi, którzy chcą porozmawiać itd. Nie wszyscy są z Kościoła. Lubią z nami przybywać i słuchać nas. Na to co przeżyliśmy, na to wszystko patrzymy z pokorą. Dlatego w jakimś stopniu możemy pomagać rozmową.

Wspomniałeś o rodzinie. Czy zastanawiałeś się, aby podczas któryś zawodów wystartować w sztafecie rodzinnej?
Myślę, że zebrałbym drużynę z rodziny od strony żony, czy od dzieci moich sióstr. Moje córki na razie nie mają sportowych aspiracji. Obserwują, że ja się odnajduję w tym. Myślę, że to jest moja droga z Krzysiem. Obecnie córki nie włączają się do tego. Chciałbym tego, ale nic na siłę. To musi wyjść od nich. Oczywiście będę mógł liczyć na wsparcie rodziny podczas startu w Challenge Gdańsk.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: Challenge Gdańsk FB

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X