Rozmowa

Maria Pytel o Top Model, bolesnej kontuzji i karierze

Wrażliwa i piękna. Gdyby nie była triathlonistką, to zostałaby aktorką lub modelką. Zresztą wzięła udział w programie Top Model. Nie poddaje się nawet jak lekarze zabraniają jej biegać. Walkę sportową przeplatała z walką z okropnym bólem biodra. Zdobyła 26 medali Mistrzostw Polski. Maria Pytel w rozmowie z Maciejem Mikołajczykiem z TriathlonLife.pl

Maciej Mikołajczyk: Na początek cofnijmy się siedem lat wstecz. W 2012 roku przez sześć tygodni szlifowałaś formę w Afryce. Jak wyglądały tam twoje przygotowania do sezonu? Powróciłabyś na Czarny Ląd?
Maria Pytel:
Zgadza się. Byłam wtedy w RPA z Przemkiem (Szymanowskim – mężem Marii – dop. red.), Sylwkiem Kusterem, Maćkiem Kubiakiem i trenerem Piotrem Netterem. Mieszkaliśmy w miejscowości Durbanville, położonej blisko Cape Town. Miejsce, w którym przebywaliśmy, nie było typowym ośrodkiem treningowym, lecz hotelikiem z osobnymi wejściami do apartamentów. Ja byłam w pokoju z Przemkiem. Śniadania były w cenie, natomiast pozostałe posiłki robiliśmy sami. Chodziliśmy wspólnie do supermarketu i wybieraliśmy to, na co mieliśmy ochotę. Chłopaki przygotowywali obiady i kolacje, a ja sałatki. Poza tym zmywałam, bo nie lubię i nie umiem gotować. Czułam się tam bardzo dobrze, jak we własnym domu. To był najfajniejszy obóz zagraniczny, na jakim byłam i mogłabym tam wrócić przy sprzyjających okolicznościach. Było ciepło, jak latem w Polsce, nie padał deszcz i czasami wiał dość silny wiatr. Trenowałam z chłopakami, trzymaliśmy się razem. Wystartowaliśmy tam dwukrotnie w Pucharach Afryki. W pierwszym, na początku obozu w Cape Town, na dystansie sprinterskim zajęłam szesnaste miejsce. W drugim, pod koniec zgrupowania, ja, Przemek i Sylwek wzięliśmy udział w zawodach w Port Elizabeth, gdzie sami jechaliśmy wypożyczonym samochodem ponad 800 kilometrów, zmieniając się po drodze. Sam przejazd był niezapomnianą przygodą. Zajęłam tam dwunastą lokatę i byłam zadowolona z występu. Tamte treningi różnią się prawie wszystkim od obecnych. Teraz ćwiczę zupełnie inaczej niż wtedy. To był chyba ostatni rok, kiedy współpracowałam z trenerem triathlonu. Obecnie przygotowujemy się razem z Przemkiem i sami piszemy sobie plany treningowe, a także ustalamy cele startowe. Współpracujemy z trenerem pływania, Bartkiem Staneckim (SKP Barakuda Starachowice). Prowadzimy też grupę Szymanowski Triathlon Team, piszemy plany treningowe i przekazujemy naszą triathlonową wiedzę zawodnikom-amatorom.

Jesteś magistrem wychowania fizycznego. Jak udawało Ci się pogodzić studia z zawodowym uprawianiem sportu?
Przez trzy lata studiowałam dziennie wychowanie fizyczne na Wszechnicy Świętokrzyskiej w Kielcach. Na studia licencjackie do Kielc chciałam iść i miałam tam bardzo dobre warunki do treningu, dzięki mojemu ówczesnemu trenerowi, Andrzejowi Szołowskiemu. Byłam wtedy w klubie Akwedukt Kielce i dobrze wspominam ten okres. Nigdy nie miałam kłopotów ze szkołą i nauką, dlatego pogodzenie studiów i sportu nie było dla mnie żadnym problemem. Na studiach w Kielcach było bardzo fajnie, wynajmowałam pokój i uczyłam się samodzielnego życia. Na trzecim roku zaczęłam chodzić z Przemkiem i razem zamieszkaliśmy. Na zakończenie Wszechnicy napisałam i obroniłam pracę licencjacką, zrobiłam kurs instruktora pływania, potem jeszcze instruktora triathlonu i na tym chciałam poprzestać moją przygodę ze szkolnictwem. Niestety, Przemek i mama bardzo mnie namawiali, żebym kontynuowała i zrobiła dwuletnie studia magisterskie. Po dość długich namowach uległam im, co do tej chwili uważam za swój błąd, ponieważ była to dla mnie niewątpliwa strata czasu i pieniędzy, bo nic ciekawego się na Uniwersytecie Rzeszowskim nie nauczyłam.

Twoją drugą pasją poza sportem jest malarstwo. Gdyby nie triathlon, byłabyś artystką?
Zgadza się, jestem wrażliwą, artystyczną duszą, ale na pewno nie byłabym artystką, gdyż jest to zbyt statyczne zajęcie. Prędzej zostałabym modelką lub aktorką. Jako dziecko próbowałam mnóstwo różnych rzeczy i dziedzin, a rodzice wspierali mnie w moich zainteresowaniach. Byłam dzieckiem, które próbowało wszystkiego, co było w moim zasięgu: pływanie, karate, taekwondo, samoobrona, zajęcia aktorskie, zajęcia plastyczne, malarstwo, rzeźbienie, rysunek portretów, natury żywej i martwej, gra na pianinie, śpiew, koszykówka i siatkówka, sprawni jak żołnierze (rzut granatem, bieg na orientację, koperta, strzelanie, pierwsza pomoc). Brałam nawet udział w wyborach miss miasta Starachowice. We wszystkich wymienionych dziedzinach czułam się dobrze i je kontynuowałam, aż do czasu, kiedy zaczęły mi kolidować z pływaniem, na które postawiłam. Triathlon zaczęłam uprawiać dopiero w liceum. Obecnie prawie codziennie w wolnym czasie koloruję. Uspokaja mnie to i wtedy o niczym nie myślę.

Urodziłaś się 11 stycznia 1986 w Starachowicach. Jesteś rozpoznawalna w rodzinnym mieście?
Jestem znana w Starachowicach w kręgach sportowych, choć podobno sporo ludzi mnie kojarzy. Nie zdarzyło mi się jeszcze rozdawać autografów na ulicy. Po programie Top Model kilka razy ktoś mnie poznał w sklepie, ale potem to ucichło. Dużo osób może mnie znać ze starachowickiej telewizji kablowej, bo w sezonie startowym często są z nami przeprowadzane wywiady po zawodach, albo z Gazety lub Tygodnika Starachowickiego, gdzie są opisywane nasze starty i sukcesy triathlonowe.

Masz kilkadziesiąt medali mistrzostw Polski. Nie znudziło Ci się wygrywanie na krajowym podwórku?
Dotychczas zdobyłam 26 medali mistrzostw Polski (11 złotych, 5 srebrnych i 10 brązowych). Byłam reprezentantką Polski i członkinią kadry narodowej w triathlonie w latach 2005-2012. Nie znudziło mi się jeszcze startowanie i wygrywanie w Polsce. Lubię to. Na pewno cieszy mnie rosnąca popularność triathlonu w kraju.

Partner, który lubi tę samą  pasje czo my, to jak wygrana „szóstki” w totka. Zgadzasz się z tym?
Zdecydowanie tak! Szczerze powiedziawszy, to nie wiem jak to jest, gdy jest inaczej, czyli jak nie dzieli pasji. Przemek jest najwspanialszym partnerem, jakiego można sobie wymarzyć. Przystojny, świetnie zbudowany, odpowiedzialny, bardzo dobrze gotuje i przyrządza mięsa, pracowity, silny, mądry i opiekuńczy, będzie świetnym ojcem. Wszyscy go lubią, a moi rodzice i siostra uwielbiają. Kiedyś na samym początku związku zerwaliśmy ze sobą. Płakałam dwa dni non stop, czułam się tak, jakbym straciła coś najważniejszego w życiu. Po dwóch dniach przyjechał i powiedział, że nie może beze mnie żyć i od tamtej pory jesteśmy razem. Przemek to moje największe szczęście.

Jak się poznaliście? Ty jesteś żywiołowa, on spokojny. Ta mieszanka to przepis na idealny związek?
Przemka poznałam w 2003 roku na moich drugich w życiu zawodach triathlonowych, podczas Olimpiady Młodzieży w Ostrzycach, gdzie oboje byliśmy reprezentantami województwa świętokrzyskiego. Już od tamtej chwili mieliśmy ze sobą coś wspólnego, bo oboje zajęliśmy wtedy dziesiąte miejsca i od pierwszej chwili oboje nie przypadliśmy sobie do gustu. Rok później byliśmy razem w klubie Akwedukt Kielce i mieliśmy relacje kolega/koleżanka klubowy i to nie najlepsze. Późnej od 2005 roku byliśmy w reprezentacji Polski i wspólnie wyjeżdżaliśmy na zgrupowania kadrowe i starty zagraniczne, gdzie nasze kontakty nieznacznie się polepszyły. Potem poszliśmy razem na te same studia na Wszechnicę Świętokrzyską. Wtedy nasze relacje się polepszyły. Pod koniec drugiego roku studiów zaiskrzyło między nami. Przemek zaczął się spotykać z inną dziewczyną ze studiów i byłam strasznie o niego zazdrosna. Potem się okazało, że on o mnie też. Od trzeciego roku studiów mieszkamy ze sobą, a ślub wzięliśmy 22 czerwca 2013 roku. W 2018 roku mieliśmy pięciolecie małżeństwa. Oprócz nas polską parą triathlonistów jest też Hania i Mateusz Kaźmierczak, którzy są trzy lata po ślubie. To prawda, że ja i Przemek jesteśmy przeciwieństwami, ale mamy też ze sobą wiele wspólnego. Mieszanka charakterów i umiejętności jest korzystna, ponieważ w wielu kwestiach się świetnie uzupełniamy. Przepis na idealny związek chyba nie istnieje, ale ważny jest wzajemny szacunek i zrozumienie.

Waszym wspólnym marzeniem były igrzyska olimpijskie i dom z ogrodem
– Poniekąd się udało, tyle, że zamiast domu jest mieszkanie. Nie myślimy o starcie w Tokio w 2020 roku. Byłam za słabą zawodniczką, żeby móc wystąpić w Londynie lub Rio. Nie byłam do tego odpowiednio przygotowana. Zakwalifikowanie się do igrzysk to ogromne przedsięwzięcie pod względem przygotowań fizycznych, finansowych, logistycznych i tu nie wystarczą same chęci, czy marzenia. To był czas, kiedy miałam najgorszy okres w życiu, czyli kontuzję i ważyły się moje losy, czy w ogóle kiedykolwiek będę mogła startować.

Wzięłaś udział w trzeciej edycji „Top Model”. Co dał Ci ten program?
Do wzięcia udziału w castingu do Top Model nikt mnie nie namawiał, bo sama postanowiłam spróbować. To ja namówiłam siostrę i Przemka, żeby ze mną pojechali do Rzeszowa. Jak się potem okazało, był tam precasting, na którym uczestniczki miały występ przed osobami z ekipy, które stwierdzały po zdjęciach i rozmowie, kto przechodzi do kolejnego etapu, czyli do castingu z jury w Warszawie, który jest emitowany w telewizji. Przeszłam pierwszy etap, potem drugi, a potem był wyjazd wybranych dziewczyn na Zamek Czocha, gdzie przez kilka dni były zadania, nagrania, kolejne etapy i eliminacje. Nic dla mnie nie było trudnego. Dobrze czuję się w wywiadach, których było mnóstwo i sesjach zdjęciowych, na których byłam chwalona. Dziwię się, że nie weszłam do domu modelek, bo na ostatniej sesji fotograf był bardzo zadowolony z mojej pracy i osoby z ekipy liczyły na to, że przejdę dalej. Niestety, nie wybrali mnie, a szkoda. Myślę, że chodziło o mój wiek, bo wtedy miałam 27 lat, a to jest górna granica przyjęcia do programu i byłam tam zdecydowanie najstarsza. Było mi przykro, ale widocznie tak miało być. Od tej edycji nie obejrzałam już ani jednego odcinka Top Model. Przestałam się tym interesować. Dzięki temu programowi spełniłam marzenie, bo oglądając wcześniejszą edycję, bardzo chciałam zobaczyć, jak to jest być po drugiej stronie. Poza tym przeżyłam niezapomnianą przygodę i miałam zrobionych kilka fajnych zdjęć. Popularność po programie wzrosła na jakiś czas, ale mi to nie przeszkadzało.

Jak wygląda twoja historia kontuzji? Skąd czerpałaś „powera” i motywację, by po każdym urazie wracać do sportu?
Moja kontuzja to przede wszystkim ból lewego biodra. Przyszłam na świat z dysplazją tego biodra. Od urodzenia mam niewykształconą głowę kości udowej i praktycznie brak szyjki głowy kości udowej. Co jakby wymierzyć, powoduje, że mam o niecałe trzy centymetry krótszą lewą nogę. Zauważono to u mnie chyba w pierwszej klasie podstawówki. Gdy zaczęłam szybko rosnąć, to bolały mnie nogi i mama się tym zaniepokoiła. Po obejrzeniu zdjęć RTG lekarz ortopeda złapał się za głowę i zalecił brak ruchu, wypisał zwolnienie z wf-u i powiedział, że powinnam znaleźć sobie siedzące zajęcie. Moja mama się z tym nie zgodziła, ponieważ znała moją aż zanadto ruchliwą naturę, więc zapisała mnie na basen i tak się zaczęła moja miłość do pływania i sportu. Po roku treningów wygrałam ogólnopolskie zawody szkół STO i tak już było co roku, aż do końca gimnazjum. Na wf-ie oczywiście ćwiczyłam, tylko prowadząca zajęcia musiała mnie pilnować, żebym za dużo nie biegała, co było niemożliwe, bo już wtedy wygrywałam ze wszystkimi dziećmi. Do triathlonu pod koniec gimnazjum namawiał mnie trener pływania, ale mu odmówiłam, bo nie mogłam biegać. Po roku zgodziłam się pojechać na zawody triathlonowe i zakwalifikowałam się na Olimpiadę Młodzieży, gdzie poznałam Przemka. I tak się zaczęło, a o bólu nóg, czy bioder nie było mowy, aż do 2013 roku. Po sezonie 2012 zaczęło mnie boleć biodro i bolało coraz bardziej.

Ból wybudzał mnie ze snu, miałam tak duże ograniczenie ruchów nogi, że nie mogłam sama nawet zasznurować buta. Był to czas, że nie myślałam o końcu kariery, bo ją zakończyłam i nie chciałam mieć absolutnie nic wspólnego z triathlonem. Sprzedałam nawet  rower.

Byłam u wielu specjalistów w Polsce, u lekarzy, fizjoterapeutów, ale nikt mi nie umiał pomóc. Ciągle słyszałam, że już nie będę mogła nigdy biegać i czeka mnie operacja endoprotezy biodra (na co nigdy się nie zgodzę). W głębi duszy wiedziałam, że to jest nieprawda i że jest jakiś sposób, żebym mogła biegać i żyć bez bólu tak jak kiedyś. W tym okresie podklejałam około 2 cm buta w podeszwie i przyzwyczajałam się do tego. Stopniowo na wyczucie wróciłam do treningu biegowego i zauważyłam, że przynosi mi on ulgę. W tej chwili mam podklejenie we wszystkich butach 17 mm. Biodro boli mnie coraz mniej i staram się go nie przeciążać. Nie mogę też wykonywać wszystkich ćwiczeń. W międzyczasie odkryłam, że moje życie bez sportu nie ma sensu i dlatego pomału, małymi kroczkami wróciłam do triathlonu, co jest moją najlepszą decyzją. Bardzo pomogło mi wsparcie i pomoc Przemka i rodziny, którzy zawsze we mnie wierzą. W powrocie do sportu pomógł mi też trener pływania, Bartek Stanecki (SKP Barakuda Starachowice). Nie mam zbyt wysokich oczekiwań związanych ze sportem, chcę tylko móc uprawiać triathlon i startować na tyle, ile zdołam się przygotować. Każdy start i trening daje mi radość, a ambicja każe to nadal robić. W międzyczasie też powstał SZYMANOWSKI TRIATHLON TEAM, zaczęłam prowadzić zajęcia z pływania oraz dzielić się dotychczasową wiedzą na temat triathlonu.

Jakiej muzyki słuchasz? Co poprawia Ci nastrój?
Bardzo mało słucham muzyki, sporadycznie jak coś mi wleci w ucho. Ostatnio podoba mi się muzyka z filmu „Narodziny gwiazdy” z Lady Gagą. Bardzo wzruszający film, po którym nie mogłam przestać płakać po wyjściu z kina. Lubię chodzić do domu kultury, a humor poprawia mi granie w gry.

Co Maria Pytel je w ciągu dnia?
Moje menu jest banalnie proste. Jem jak zgłodnieję i to na co mam ochotę. Nie słucham żadnych dietetyków i nie stosuję się do porad dietetycznych. Na śniadanie zazwyczaj jem jajka w różnej postaci, boczek, czy śledzie w oleju, nieraz też owsiankę. Na obiad zupę, kanapki. Na kolację mięso, sałatkę, ryż lub burgera. Uwielbiam rosół z wołowiną oraz pierogi z kapustą i grzybami. Bardzo lubię też zjeść czasem sushi i popcorn w kinie.

2018 rok za nami. Jak podsumujesz ostatnie 12 miesięcy?
2018 rok był dla mnie bardzo udany. Sportowo się cieszę, bo w tym sezonie startowym bardzo mało bolało mnie biodro i mogłam rywalizować bez bólu. Wymarzyłam sobie pierwszą „szóstkę” mistrzostw Polski na sprincie i olimpijce i to zrealizowałam (i tu i tu byłam szósta). Wystartowałam też w Pucharze Europy w Olsztynie, gdzie zajęłam dwudziestą ósmą pozycję, co było dla mnie dużą przyjemnością. Móc wystartować po tylu latach przerwy w reprezentacji Polski. Zajmowałam też pozycje medalowe w wielu zawodach rangi ogólnopolskiej. W końcowej klasyfikacji seniorek Pucharu Polski byłam druga i uczestniczyłam w gali triathlonu w Warszawie. Poza tym zaczęła się rozwijać nasza grupa SZYMANOWSKI TRIATHLON TEAM, nasi podopieczni  poprawiają wyniki i pojawiają się kolejne chętne osoby do współpracy z nami.

Jakie cele stawiasz sobie na 2019 rok? Które przyszłoroczne starty uważasz za najważniejsze?
Bardzo bym chciała poprawić pozycje na mistrzostwach Polski oraz poprawić poziom sportowy względem roku ubiegłego. Przemek ustala wszystkie nasze starty, a ja wykonuję jego plan. Moim celem na sezon 2019 jest znalezienie sponsora.

Czego życzyć na koniec rozmowy Marii Pytel?
Na pewno, żeby ból biodra nie powrócił jak najdłużej, bo dzięki temu będę mogła dobrze się przygotować do sezonu startowego, a także znalezienia sponsora dla teamu, firmy, która pomoże w realizacji naszych sportowych celów.

Z Marią Pytel rozmawiał Maciej Mikołajczyk
Foto na stronie głównej Sebastian Nowak (Foto Novak) oraz Konrad Kodix Sieczkowski i materiały prywatne

Maria Pytel jest niezwykle doświadczoną polską triathlonistką, mającą na koncie aż 26 medali mistrzostw Polski. W dorobku ma również wiele miejsc w czołowej „10” Pucharów Europy. Reprezentowała nasz kraj w mistrzostwach Starego Kontynentu.

Tagi
Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close