Rozmowa

Łukasz Malaczewski: Zrobiłem to dla Jasia

Pokonał pełnego Ironmana z czwórką niepełnosprawnych dzieci w Bydgoszczy Borównie. To było spełnienie jego marzeń. Choć dedykacja też jest wyjątkowa. Łukasz Malaczewski dokonał tego dla byłego podopiecznego, Jasia Kmiecia.

Pokonałeś Ironmana w 12:46:57, w Borównie. Jak wrażenia po starcie?
Niesamowite, jestem zachwycony całą imprezą. Wróciłbym tam jeszcze raz. Wszystko ułożyło się według moich oczekiwań. Dzieci też były zachwycone całym wydarzeniem. Widziałem filmiki, na których pytały, kiedy wrócą do Bydgoszczy. Do tego wszystko udało się logistycznie.

Twój start był wyjątkowy, bo pokonałeś Ironmana z czterema niepełnosprawnymi dziećmi. Jak wyglądała logistyka tej akcji?
Były cztery pętle pływackie. Więc wszystkie dzieci mogły płynąć po kolei po jednym okrążeniu. Jedynie na jednej pętli płynęła naraz dwójka dzieci, bo mniejszy Andrzejek chciał płynąć w towarzystwie, zatem na trzeciej zmianie popłynął z drugim Andrzejem w jednym pontonie.

W jaki sposób następowały zmiany dzieci na poszczególnych pętlach?
Przy brzegu odpinałem ponton i wybiegałem na plażę, gdzie z chipa sczytywano czas po każdym okrążeniu. Moja ekipa z Fundacji w międzyczasie zmieniała dziecko. Potem wbiegałem do wody, podpinałem się do pontonu i ruszałem dalej.

Jak to wyglądało na rowerze?
Na tym etapie trasy też były cztery pętle rowerowe. Razem z Amelką wyszedłem z wody i pobiegłem do strefy zmian. Tam Amelka została, a Andrzej czekał już na mnie w przyczepce wpiętej do roweru. Zdjąłem jedynie piankę, założyłem kask i ruszyliśmy. Pierwsze okrążenie miało 60 kilometrów. Więc Andrzej pojechał ze mną do Bydgoszczy. Stamtąd zaczęliśmy kolejne pętle. Co 40 kilometrów zmienialiśmy dzieci. Mieliśmy do dyspozycji dwie przyczepki, żeby uniknąć długiego przekładania. Podjeżdżałem więc i podpinałem się do drugiej przyczepki z gotowym do drogi dzieckiem. To zadziałało szybko i sprawnie. Dodatkowo mieliśmy komfort, że uniknęliśmy przy tym zbędnego zamieszania.

malaczewski

Zobacz też:

Natalia Rypel: Nie powiedziałam ostatniego słowa

Na końcu czekał Was bieg. Jak tutaj wyglądała logistyka?
Mieliśmy do pokonania sześć pętli biegowych. Wjeżdżając do T2 dziecko czekało już w wózku, więc przebrałem się i ruszaliśmy na bieg. W tym przypadku dzieci same się dogadały, kto pobiegnie ze mną dwa razy. Dlatego nie było żadnych problemów. Finalnie każde dziecko wystartowało na każdym etapie wyścigu. Na metę wbiegliśmy razem. Mieliśmy ze sobą flagę Jasia Kmiecia, bo właśnie tak sobie wyobrażałem ten finisz. Symbolicznie Jasiu był z nami na mecie.

Ile osób było zaangażowanych w tę całą inicjatywę?
Przede wszystkim pomagały mi osoby z Fundacji. Były to cztery osoby, które to tworzą i mają ogromne doświadczenie w takich startach. Do tego pomagała dwójka rodziców, dwóch opiekunów z Zakładu Opiekuńczo–Leczniczego z Jaszkotla i kolega z Inowrocławia.

Jaka była geneza tego całego pomysłu?
Ten start na pełnym dystansie miałem zaplanowany z Jasiem na zeszły rok. Niestety, zabrakło go wśród nas, więc cała akcja została odwołana. W głowie narodził mi się pomysł, że chciałbym to zrobić dla Jasia. To była moja wewnętrzna potrzeba. Chciałem dokończyć dzieło, które zapoczątkowałem z Jasiem wcześniejszymi startami. W naszej przygodzie triatlonowej mieliśmy dotrzeć aż do Ironmana. Więc padł pomysł, żebym dokonał tego z dziećmi. Pomyślałem, żeby zabrać czwórkę, bo uważam, że taki długi dystans byłby dosyć trudny dla jednego takiego szkraba. Chciałem, aby świetnie się przy tym bawiły, a nie męczyły. Przy tym rozwiązaniu każde dziecko miało komfort. Mogło zjeść, odpocząć, itd. Przewidywałem, że ukończymy ten dystans w 15-16 godzin, więc dodatkowo jestem mile zaskoczony wynikiem, patrząc na moje przygotowania do tego startu.

Jaką obrałeś taktykę na ten cały start?
Długo analizowałem przed zawodami założenia. Nie miałem możliwości odbywania treningów z dziećmi właśnie przez koronawirusa. Zabieranie dzieci z Jaszkotla wiązało się z uzyskaniem wielu pozwoleń, więc trenowałem indywidualnie. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Najbardziej obawiałem się roweru, bo to jest najtrudniejszy etap w zakresie startów z dziećmi.  Etap pływacki pokonałem własnym tempem. Na rowerze zakładałem tempo 22-25 km/h. Tego się trzymałem, choć początki były bardzo dobre. Wówczas jechałem 32 km/h. Jechało mi się fantastycznie, ale sam siebie musiałem hamować, żeby nie przesadzić. W ten sposób budowałem zapas sił na bieganie. Tutaj też byłem zaskoczony jak fantastycznie mi się biegało. Poczułem kryzys dopiero po 35 kilometrze. Ostatnia piątka była już ciężka. Bolały mnie kolana, pachwiny. Obawiałem się tylko, że może stać się coś, czego efektem mogłoby być wcześniejsze zejście z trasy. Założyłem więc sobie przeplatanie 2-minutowego biegu 20-sekundowym marszem, żeby nogi miały szansę odpocząć. Cały plan udało się zrealizować i nie dałem się ponieść emocjom.

malaczewski

Przeczytaj też:

Sandra Michalak: Kontuzje zastopowały rozwój sportowy

Jak dzieci reagowały podczas startu?
Różnie. Dwójka dzieci pojawiła się w Bydgoszczy dopiero nad ranem. Więc na etapie rowerowym zrobiły sobie małą drzemkę. Starałem się z nimi komunikować i sprawdzać samopoczucie. Nie było żadnych problemów. Dzieciaki były zadowolone. Na biegu rozmawialiśmy i nawet sobie pożartowaliśmy. Dzieci machały kibicom. Zawodnicy byli w szoku, widząc nas z wózkiem na etapie biegowym.

Nie da się ukryć, że pełny dystans jest wymagającym dystansem, a do tego pokonywałeś go w towarzystwie. Jak wyglądało odżywanie na trasie?
Dużo piłem. Nie dopuszczałem do tego, aby złapał mnie głód oraz pragnienie. Wiem, z czym to się wiąże, dlatego jadłem i piłem na siłę. Wypiłem 6 litrów izo i 3,5 litra coli. Zjadłem 20 żeli, 5 batonów oraz 6 kanapek z żółtym serem. Całe żywienie wyszło super. Na ostatnich dwóch okrążeniach już nawet nie jadłem, bo mi się nie chciało. Przyjmowałem jedynie dużo płynów i polewałem się wodą.

Z jakimi reakcjami oraz odzewem spotkałeś się po tych zawodach?
Najwięcej oddają zdjęcia. Ludzie komentujący te fotografie, są pod wrażeniem tego wyczynu. Myślę, że to zrobiło na każdym wrażenie. Ludzie widzą, że dzieci mają radość z tego, co robimy dla nich po prostu z pasji. Obserwowanie tego jest czymś niesamowitym oraz mobilizującym.

Nie ukrywałeś, że ten start dedykowałeś byłemu podopiecznemu Jasiowi Kmieciowi. Czy w trakcie wyścigu wracały do Ciebie wspomnienia ze wspólnych startów?
Tak, cały czas. One dostarczały mi dodatkowych sił. Na całej trasie myślałem o Jasiu. Wiedziałem, w jaki sposób przekroczymy metę, czyli wbiegniemy z flagą z wizerunkiem Jasia. Na rowerze kilka razy ściskało mi gardło ze wzruszenia na myśl o tym, co nas czeka na finiszu. Nie mogłem się tego doczekać.

Planujesz już kolejne tego typu akcje?
Początkowo chciałem to zrobić raz, bo wiedziałem, że to będzie ciężkie dla dzieci. Zastanawiałem się, czy to okaże się fajną zabawą dla nich. Okazało się, że chcą tam wracać i startować, więc już myślę, czy tego nie powtórzyć. Oczywiście, jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy w zbiórce dla dziecka osoby niepełnosprawnej, to nie ukrywam, że na pewno bym się zdecydował. Myślę, że jako Fundacja jeszcze zaskoczymy wieloma akcjami, ale najprawdopodobniej już w przyszłym roku.

Jakie są Twoje najbliższe plany sportowe?
Za tydzień wystartuję w sprincie w Gdyni. Takim akcentem zakończę ten krótki, ale jakże ciekawy sezon.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: Fizjotriterapia. Follow your dreams FB

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button