Rozmowa

Lechowicz: Pokazałam w Cozumel, że kocham ten sport

Jej zwycięstwo w IM Cozumel odbiło się szerokim echem. Dodatkowo Ania Lechowicz była po cięższym okresie w życiu i rozpoczęciu współpracy z nowym trenerem. Pokazała charakter i jedzie na MŚ Hawaje 2021.

Dwa tygodnie temu wygrałaś w Ironman Cozumel. Czy emocje po tym sukcesie już nieco opadły?
Już dawno opadły. Drzemie we mnie tęsknota za Meksykiem i za wspaniałymi ludźmi, których miałam przyjemność tam poznać oraz za klimatem całego Cozumel. Tam jest pięknie. Muszę powiedzieć, że porównując Hawaje z tą wyspą, to chyba bardziej podoba mi się Meksyk (śmiech).

Czyli nie wykluczasz kolejnych startów w Meksyku?
Dostałam możliwość wystartowania tam za rok za darmo. Jednak jestem zakwalifikowana na Hawaje. Dlatego nie wiem, czy dam radę fizycznie, aby wystartować na początku października na Hawajach, a potem pod koniec listopada w Cozumel. Wydaję mi się, że tego nie dźwignę z dwóch powodów. Po pierwsze to czas przygotowania do startu oraz dochodzą kwestie finansowe. Taki wyjazd nie jest tani.

Dużym echem w środowisku triathlonowym odbiła się Twoja wygrana. Zaskoczył Cię ten odzew i napływające hurtowo gratulacje?
Tak, to mnie zaskoczyło. Nigdy nie dostałam tylu wiadomości oraz pozytywnych komentarzy po żadnych zawodach, nawet po Hawajach. Cozumel zrobił ogromne wrażenie na wszystkich, ale też na mnie. To, co wydarzyło się podczas maratonu, sama nie umiem tego opisać. Wszystko zagrało. Zaskoczyło mnie to, że tyle ludzi pisało komentarze, wiadomości prywatne oraz dzwoniło. Byłam miło zaskoczona, że ktoś to docenia, ten trud wkładany w treningi. 

O samym starcie postanowiłaś na sześć tygodni przed zawodami. Skąd wziął się w ogóle pomysł na start w Cozumel?
Miałam dużo problemów w życiu prywatnym. Dlatego dopadło mnie załamanie psychiczne. Moja przyjaciółka, która wspierała mnie przez cały czas, a sama jest triathlonistką oraz lekarzem, powiedziała, że jedziemy do Meksyku, bo tam rozgrywany jest dystans Ironmana. To było dokładnie sześć tygodni przed zawodami. Na początku byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu. Nie miałam ochoty, nie byłam też przygotowana. Od miesiąca jedynie truchtałam oraz jeździłam na rowerze. Jednak do Ironmana trzeba się przygotować. Nikt nie zrobił pełnego dystansu z kanapy (śmiech). Ona na to, że nieważne, pojedziemy i przynajmniej będę mieć urlop. W końcu dałam się przekonać i pogadałam z moim trenerem Andre Lopezem. Finalnie zgodził się i ułożył mi plan treningowy do startu w Cozumel. Uprzedził mnie, że przez te sześć tygodni będę go nienawidzić. Tak było (śmiech). Pomógł mi też znajomy, którego poprosiłam o pomoc w mocnych treningach biegowych, bo jest bardzo dobrym biegaczem. W końcu musiałam wytrzymać to wysokie tempo, które wypisał mi trener. Całą sprawę ułatwiał fakt, że mieszka jedynie 25 kilometrów ode mnie. Zgodził się i w ten sposób mogłam liczyć na jego pomoc. W tym krótkim czasie zwrócił mi uwagę na pewne rzeczy, które robiłam źle. Kiedy to poprawiliśmy, miałam wrażenie, że zaczęłam lepiej biegać. Po prostu sama czułam, że przyśpieszyłam. Sama decyzja o starcie została podjęta bardzo spontanicznie. Chciałam zrobić coś dla siebie, zmienić otoczenie i nie dostać jesiennej depresji. Do tego jest ta okropna pandemia, więc wszyscy narzekają. Zaliczam się do tego grona (śmiech). 

Byłaś niesamowicie zmotywowana do tego startu. Co było źródłem aż tak ogromnych pokładów motywacji?
To wszystko było związane z moimi prywatnymi problemami. Potrzebowałam zająć czymś głowę. Sport wyznaczał mi zawsze cel. To stanowiło odskocznię od problemów. Wiedziałam, że kiedy wyznaczę cel, to będzie dla mnie ogromną motywacją do działania i pozytywnego myślenia, że wszystko poukłada się w moim życiu.

Zobacz też:

Katarzyna Gniot: Organizatorka zawodów, matka, księgowa i… triathlonistka

Czy miałaś jakieś obawy przed startem w Cozumel?
Na pewno nie obawiałam się odwołania zawodów. Połówka w Cozumel odbyła się na 3-4 tygodnie przed pełnym dystansem. Wtedy już byłam pewna, że ten start wypali. Choć dostawałam telefony od znajomych, żebym nie przejmowała się, jeśli te zawody zostaną odwołane, tylko spokojnie sobie trenowała. Wiem, że to miał być pozytywny wydźwięk. Choć z tyłu głowy odzywała się taka obawa związana z odpadnięciem tego startu. Nawet gdyby zawody nie doszłyby do skutku, to przynajmniej miałabym urlop. 

Pływanie pokonałaś z 24 czasem (56:02). Jak wówczas czułaś się w wodzie?
Niektórzy mówią, że pływanie w Cozumel było trochę pod prąd. Nie wiem. Nie czułam tego pływania pod prąd. Dla mnie cały czas było z prądem. Do samego końca przestrzegano procedur covidowych, więc byliśmy porozstawiani co dwa metry. Wpuszczano nas z pomostu do wody po dwie osoby. Dlatego nie było możliwości nikogo spotkać. Przez cały dystans pływałam sama. Mało tego. Okazało się, że startowałam pod koniec tej grupy. Celowałam przepłynięcie pierwszego etapu w przedziale czasowym 1:00 – 1:10. Jednak mój trener był innego zdania. Stwierdził, że popłynę poniżej godziny, bo wie, jak pływam. Choć nie do końca w to wierzyłam. Poprzez natłok ludzi w specjalnych boxach przedstartowych, musiałam czekać w kolejce dodatkowej, dlatego później wystartowałam. Samo pływanie było szybkie. Tam płynie się z prądem. Do tego jest ciepła woda. To mija szybko. Pierwszy raz byłam zszokowana, że to już koniec. W ogóle przepłynęłam wyjście z wody. W pewnym momencie podnoszę głowę i dziwie się, gdzie wszyscy są. Widziałam jedynie jednego Pana, który stał na desce surfingowej i macha do mnie wiosłem, że to koniec pływania. Musiałam zawrócić. To może było 20 metrów.   

Czy po nowych treningach pływackich wprowadzonych przez trenera czułaś już poprawę w tej płaszczyźnie w Cozumel?
Tak, czułam się lepiej oraz pewniej. Mało tego. Bardzo dużo pływałam z nim. Zdarzało się przepływać 20 kilometrów tygodniowo. Dla mnie to było dużo. Nigdy nie pływałam aż tyle. Miałam treningi po 4-5 kilometrów. Czułam się pewniejsza poprzez tą pokonywaną objętość treningową. Nie bałam się wody, jak wcześniej się zdarzało. 

Potem przyszedł czas na rower. Jak się jechało?
Ktoś mi powiedział, że około 120 osób nie ukończyło tych zawodów po odcinku kolarskim. To też oddaje trudność części kolarskiej. Byłam wykończona po rowerze. To była ciężka trasa. Rozmawiałam z Pawłem Bugajnem. Miał to samo odczucie co ja, że w ogóle nie było wiatru w plecy. Wymęczył nas ten odcinek 25 kilometrów pod wiatr. Potem wjeżdżało się w las. Nie było takiego wiatru, że osiągało się prędkość 50 km/h. Dlatego trasa kolarska była trudna. Nie czuła się dobrze na rowerze. Jednak trzeba wyjeździć te kilometry. Tutaj nie ma dyskusji. Nikt nie jest w stanie dobrze przygotować się w sześć tygodniu na pokonanie takiej trasy kolarskiej. Jechałam dużo na rowerze w domu. Mimo to czułam, że brakuje mi tej dyspozycji. Dla mnie to była jedna z najtrudniejszych tras kolarskich, jakie przeżyłam. Do tego popełniłam błąd w pewnym momencie. Miałam taką bombę, myślałam, że położę się na poboczu i prześpię się z 30 minut. Nie znam przyczyny, ale nagle zachciało mi się spać. Ciężko mi to zrozumieć. 

Kiedy minął ten drobny kryzys?
Jechało mi się super przez pierwsze 40 kilometrów. Trzymałam się założeń. Zaczynając drugą pętlę 60-kilometrową, dopadało mnie poczucie, że już nie chcę jechać. Psychicznie nie byłam w trybie walki. Obudziłam się, wjeżdżając na trzecią pętlę. Powiedziałam sobie, że na tej ostatniej rundzie muszę zacząć kręcić. Może dodawało sił poczucie, że w końcu zejdę z roweru i będę mogła biec. Do tego przestałam jeść żele. Zastąpiły je banany, wszystko, co mogło mi pomóc w wyrównaniu cukru, aby uniknąć takich skoków cukrowych. Miałam też fajne wafelki czekoladowe.    

Po części kolarskiej znajdowałaś się na siódmej pozycji. Czy wtedy w głowie pojawiła się już, że zwycięstwo jest w zasięgu?
Wiedziałam, że słabo pokonałam rower. Za to nie miałam wiedzy, jaką mam stratę. Wyprzedziły mnie dwie dziewczyny, to wiedziałam, że spadam w kwalifikacji. Choć nie wiedziałam, czy były w mojej kategorii, bo numery były pomieszane. Po dwóch rundach roweru nie wierzyłam w to, że zwycięstwo jest możliwe. Miałam jedynie myśl w głowie, że muszę się pozbierać, aby powalczyć o wygraną w kategorii wiekowej. Na trzeciej pętli kolarskiej wiedziałam, że jestem druga w AG. Miałam chyba sześć minut straty i dostałam wiadomość, że nie odrabiam.

Jak przebiegał ostatni etap rywalizacji z Twojej perspektywy?
Wiedziałam, że pojechałam słabo rower i nie mam szans na medal, wygranie kwalifikacji open. Zaczęłam biec na poziomie 4:40. Trochę mi się nie chciało. Do tego było gorąco. Jednak po pierwszej pętli psychicznie dobrze się czułam. Dużo piłam oraz jadłam. Przy nawrotce widziałam dziewczyny, które biegły przede mną. Wydawało mi się, że mają mocne tempo. Jednak nie przeanalizowałam tego, że one były w wodzie 30 minut wcześniej ode mnie. Więc cały czas myślałam, że nie mam szans na wygraną. Kolega, który mi podpowiadał, cały czas mnie oszukiwał (śmiech). Mówił, że jestem druga. Dopiero na drugiej pętli powiedział, że jestem pierwsza, ale w kategorii wiekowej. Wtedy też się dowiedziałam, że jestem piąta w open. Wiedziałam, że nie ma szans walki o zwycięstwo, ale musiałam wytrzymać pozostałe 25 kilometrów biegu.  

Czytaj także:

Krzysztof Hadas: Raczej zostanę w Tajlandii

Jakie były pierwsze wrażenia po przekroczeniu mety?
Przyśpieszyłam bieg na ostatnich siedmiu kilometrach, bo myślałam, że goni mnie dziewczyna z drugiego miejsca. Bo dostałam taką informację, że ona przyśpieszyła. Więc zrobiłam to samo. Wbiegam na metę szczęśliwa. Spiker wziął mnie na bok i zapytał o samopoczucie po wygraniu zawodów. Patrzę się ze zdziwieniem. Przecież wygrałam kategorię wiekową. On mi wyjaśnił, że zwyciężyłam całe zawody! Powiedziałam, że jestem szczęśliwa i nie wiem, co mam dalej mówić. Tak to wyglądało (śmiech). Potem zdałam sobie sprawę, że wygrałam.

W takim stylu wywalczyłaś slota na MŚ na Hawajach. W jaki sposób odbierasz ten sukces?
Żeby zrobić dobry wynik, trzeba mieć spokój w głowie. W Cozumel startowałam szczęśliwa. Byłam spokojna. Nawet dzień wcześniej pisałam na profilu na Facebooku, że cieszę się na ten start. Każdemu przed zawodami życzę takiego wewnętrznego poczucia, że będzie dobrze. Czekałam na ten start. Po prostu byłam spokojna. To jest chyba recepta na sukces, czyli nie stresować się przed zawodami. Po to trenujemy, aby zrobić sprawdzian formy na trasie. Po prostu trzeba się cieszyć każdym pokonanym metrem na danych zawodach. Rano przed zawodami zadzwonił znajomy i zapytał mnie o stres. Zdziwiłam się. Nie po to tyle zapłaciłam za start, żeby teraz się tym denerwować (śmiech). Powiedziałam, że mam zamiar delektować się tymi zawodami. Na pewno w czasach pandemii ciężko się trenuje. Zawody są odwoływane. Do tego osłabła motywacja. Mimo to pokazałam w Cozumel, że kocham ten sport. Nie potrzebuję wyjść na trening tylko po to, aby jedynie przygotować się do zbliżających się zawodów. Po prostu to sprawia mi przyjemność.

Od pewnego czasu trenujesz też z nowym trenerem. Jakie były powody tej decyzji?
Ta decyzja była spontaniczna. Trenowałam z nim na próbę do Bundesligi. Podobało mi się to, że pracuje na TrainingPeaks. Cały trening jest skrupulatnie kontrolowany. Zaczęłam z nim treningi po dwóch najgorszych miesiącach dla mnie w tym roku, czyli czerwiec i lipiec. Przez ten okres prawie w ogóle nie trenowałam. Pozbierałam się i w sierpniu zaczęłam z nim przygotowania do Bundesligi. On jest konkretny oraz bardzo dobrym biegaczem. Pracuje na tych programach, których nie byłam zwolenniczką. Myślałam, że to jest przerost formy nad treścią. Choć muszę przyznać, że teraz zmieniłam zdanie. Uważam, że w dzisiejszych czasach powinniśmy wykorzystywać technologię, którą oferuje świat. Trener kontroluje moje treningi. Powiedział, że łatwo się mnie trenuje. Stwierdził, że zachowuję się jak typowy Niemiec (śmiech). Nie jestem Niemką, choć mam obywatelstwo. Mówi, że ściśle trzymam się postawionych wytycznych. Jest pod wrażeniem tego, że trenuje się mnie bardzo lekko. Oczywiście wypadają pojedyncze treningi, ale to rozumie, bo mam trójkę dzieci oraz pracuję. Wie, że kiedy odpuszczam jakąś jednostkę, to wtedy naprawdę nie mogę. Dopiero po Cozumel stwierdziliśmy z Andre, że kontynuujemy współpracę. Mamy wysokie ambicje.

Czego się nauczyłaś przez te cztery miesiące przy nowym trenerze?
Uświadomiłam sobie, że trener jest bardzo ważną osobą. Do tego musi kontrolować wszystkie treningi. Nie jest jedynie do wysyłania planów. Andre sprawował piecze nad każdym treningiem. W momencie, kiedy pojechałam taką kadencję, jaka nie była w planie, to od razu pisał do mnie, żebym trzymała się wytycznych. To są takie drobne rzeczy. Nigdy tego nie przeżyłam. Czułam, że analizuje każdy trening. Mnie to motywowało. Miałam poczucie, że wykonuje rzetelną pracę. Na podstawie tych treningów wyciągał niesamowite wnioski. Pisał mi, że jest pod wrażeniem mojego biegania, bo normalni ludzie tak nie biegną. Stwierdził, że lepiej biegam od wielu zawodniczek PRO. Zresztą sam startuje w prosach. Tak mnie motywował, że nie miałam wyjścia i dalej musiałam cierpieć na treningach (śmiech). Jednak czułam, że poprawiam się w bieganiu. Byłam przy nim bardzo zdyscyplinowana przez tę ciągłą kontrolę. Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu w moim przypadku właśnie jest taka kontrola. Pomogło mi też to, że dostawałam regularnie od niego plany treningowe.

Jak wyglądają dalsze plany sportowe?
Na pewno jestem zapisana na IM Frankfurt, IM 70.3 Nicea. Miałam plany, żeby zakwalifikować się na MŚ 1/2IM, ale całkowicie zrezygnowałam z tej koncepcji. Dla mnie najważniejszymi zawodami są wyłącznie Hawaje. Na pewno chciałabym wystartować w Polsce. Może zdecyduję się na Borówno, bo miałam zaproszenie od organizatorów w tym roku. Jednak przez sytuację życiową nie byłam gotowa na tamten start. Dostałam propozycję na kolejny sezon startów w Bundeslidze. Być może wystartuję w Gdyni lub w Warszawie, aby sprawdzić formę.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
X