Rozmowa

Kwarantanna przedłużeniem obozu treningowego

Awaryjnie wrócili z obozu w Monte Gordo w Portugalii. Postanowili spędzić 14-dniową kwarantannę we własnym, trzyosobowym gronie. Damian Marciniec, Jacek Zielona i Piotr Radkowski dzielą się wrażeniami ze wspólnej izolacji od świata.

Skazani byliście na 14-dniową kwarantannę. Jak wspominacie ten czas spędzony w swoim gronie?
Damian Marciniec:
Z perspektywy czasu oceniam, iż było to  przedłużenie obozu, z którego przedwcześnie wróciliśmy do kraju. Każdy z nas może wykonywać swoją pracę zdalnie, więc czas podczas kwarantanny był podzielony na pracę i trening.  Dodatkowo dużo nauczyłem się od chłopaków podczas tej kwarantanny. Przykładowo Piotrek jest znakomitym kucharzem, więc poszerzyłem wiedzę w tym zakresie. Bardzo pozytywnie wspominam te dwa tygodnie, które spędziłem z chłopakami.

Na kwarantannę trafiliście prosto z obozu treningowego. Gdzie on się odbywał?
Jacek Zielonka: W tym roku przygotowywaliśmy się w Monte Gordo z całą ekipą Triwise. Tam też trenuje ekipa Trinergy, z którą mieliśmy okazję kilka razy wspólnie trenować. Trenowaliśmy m.in.: z Igorem Szlaskim, Jackiem Tyczyńskim. Kilka razy też na treningach pokazywał się Tomek Kowalski, ale przeważnie ćwiczyliśmy we własnym gronie pod egidą Piotra Hydzika, Jacka Tyczyńskiego, Kaji Kwiatkowskiej i Pauliny Załuckiej.

Jak przebiegał do czasu przymusowego powrotu do kraju?
Jacek Zielonka:
Można powiedzieć, że zgodnie z planem. Mieliśmy zwykle przewidziane po dwie jednostki treningowe dziennie. Jednego dnia pływanie + rower, a kolejnego bieg + pływanie. Tam są niesamowite warunki treningowe. Zaczynając od 50-metrowego basenu, który w całości był zarezerwowany dla nas, przez urozmaicone trasy biegowe i rowerowe. Trasy kolarskie w Monte Gordo można porównać do tych w hiszpańskim Calpe. Do tego dopisała pogoda.
Piotr Radkowski: Obóz jest rewelacyjnym sposobem na odpoczynek od zamieszania w codziennym życiu. Z jednej strony taki wyjazd wiąże się z ogromnym wysiłkiem fizycznym, ale z drugiej jest to relaks psychiczny. Można odpocząć między treningami oraz się wyspać. Do tego dochodzi dobre towarzystwo.
Damian Marciniec: Był to mój pierwszy obóz triathlonowy, dlatego patrzę też na tę sytuację z innej perspektywy. Byłem pozytywnie zaskoczony dobranymi  obciążeniami treningowymi oraz otaczającymi mnie zawodnikami oraz trenerami. Czułem się, jakby to była jedna wielka rodzina.

kwarantanna

Zobacz też:

Aleksandra Sypniewska – Lewandowska: Jestem trenerem, a nie sportowcem

Czy z perspektywy czasu żałujecie włożonej tam pracy z powodu nieoczekiwanej kwarantanny, która zastopowała to całe tempo?
Damian Marciniec: Myślę, że nie. Cały czas mamy z tyłu głowy, że przygotowujemy się do sezonu, który nie wiadomo, kiedy wystartuje. Mimo to mamy cichą nadzieję, że to niedługo nastąpi i całe zamieszanie związane z koronawirusem ustąpi. Nie zwalniamy i nie odpuszczamy z obciążeniami, cały czas wykonujemy założony plan. Na kwarantannie jedynie nie mogliśmy pływać, ale podtrzymujemy nasze założenia treningowe, które wytycza  nam trener, Piotr Hydzik. My robimy swoje i mamy nadzieję, że to przełoży się na wyniki.  

Jak wyglądał Wasz wcześniejszy powrót do kraju?
Damian Marciniec:
To był rollercoster. W piątek podczas kolacji nie wiedzieliśmy jeszcze, czy wszyscy wracamy do kraju, bo nie mieliśmy biletów. W sobotę z samego rana zapadła decyzja, że próbujemy wrócić w komplecie.
Piotr Radkowski: Biletów nie miały cztery osoby. Byłem w tym gronie. Praktycznie nie mieliśmy ich do ostatniej chwili.
Damian Marciniec: Wylatywaliśmy z Sevilli. W trakcie drogi na lotnisko udało się wszystkim osobom zabookować bilety. Słyszeliśmy, jaka jest sytuacja w kraju oraz o planowanym zamknięciu granic. Wchodząc na lotnisko byliśmy dobrze zabezpieczeni. Każdy miał rękawiczki oraz maseczkę, natomiast na samym lotnisku panowała luźna atmosfera. Nikt się za bardzo nie przejmował obecną sytuacją. Pierwsze zaskoczenie miało miejsce przy oddawaniu naszych bagaży. Dostaliśmy mylne informacje o anulowaniu lotu. Od obsługi klienta dowiedzieliśmy się, że była to jednak pomyłka. Potem wszystko przebiegało zgodnie z planem. Na płycie lotniska wylot został wstrzymany.
Piotr Radkowski: Oficjalna wersja była taka, że czekamy na slot, żeby wystartować. Kontrola lotów działała w zredukowanej obsadzie.
Jacek Zielonka: Wszystko odbywało się pod dużą presją czasową. Gdybyśmy wylądowali po 24 to czekałaby nas obowiązkowa kwarantanna. Całe szczęście dotarliśmy do Krakowa o 23:30. Po wylądowaniu nie chcieli nas wypuścić z samolotu, tylko kazano nam usiąść i czekać. Pojawiła się straż graniczna lub wojsko. Byli w maseczkach i dobrze zabezpieczeni. Wszystkim sprawdzono temperaturę. Rozdano formularze. Musieliśmy uzupełnić dokładne dane odnośnie podróży. Dopiero po tej całej procedurze wypuszczano nas z samolotu.

Gdzie spędziliście cały okres kwarantanny?
Piotr Radkowski: Ostatnio mam taką sytuację, że mieszkam sam. Dlatego postanowiłem przygarnąć kolegów na te 14 dni. W ten sposób nie musieli wracać do domów i robić zamieszania w rodzinach. Zorganizowaliśmy kwarantannę u mnie w mieszkaniu.     

Jak wyglądały Wasze treningi przez ten czas?
Piotr Radkowski
: Zaczęliśmy od roweru, bo to było najłatwiejsze. Koledzy zorganizowali trenażery. Rodziny dostarczyły nam cały potrzebny sprzęt. Staraliśmy się w miarę możliwości trzymać się założonego planu treningowego. Potem budowaliśmy tę rozpiskę o kontakt z innymi osobami z klubu, które też były uziemione w domach. Łączyliśmy się za pomocą różnych komunikatorów wideo. Jeździliśmy razem na Zwifcie. Staraliśmy się być w ciągłym kontakcie z naszymi trenerami.

Ile razy dziennie trenowaliście?
Jacek Zielonka: Trenowaliśmy raz dziennie po 1,5 godziny. Niektóre jednostki były nieco dłuższe Wróciliśmy do takiego trybu, w którym jesteśmy pracującymi amatorami. Wplecenie dwóch treningów dziennie to już jest spore wyzwanie. Wychodziło po dziewięć godzin tygodniowo treningów.

kwarantanna
Od lewej Damian Marciniec i Piotr Radkowski

Czytaj także:

Alicja Ulatowska: Tego sezonu może nie być

Jak wyglądał podział obowiązków podczas wspólnego mieszkania?
Piotr Radkowski:
Po prostu po równo dzieliliśmy się obowiązkami. Choć nie było jakiegoś sztywnego podziału. Każdy w czymś pomagał. Zamawialiśmy jedzenie oraz czasami sami gotowaliśmy. Czasem ktoś posprzątał, a ktoś zrobił coś innego. Dogadywaliśmy się idealnie, bo mieliśmy przedsmak na obozie, bo tam też mieszkaliśmy razem. Później było tylko łatwiej.  

Kto Wam pomagał np. z uzupełnieniem zapasów jedzenia, czy z dostarczeniem sprzętu sportowego?
Damian Marciniec
: To był miks osób. Zaangażowani byli przyjaciele, znajomi oraz rodzina. To była bezinteresowna pomoc. Każdy chciał nas w jakimś stopniu wesprzeć.  Mieliśmy wszystko znakomicie ogarnięte. W tym aspekcie nie mogliśmy narzekać. Podczas kwarantanny  zdecydowałem się na zakup nowego trenażera, stary był za głośny i utrudniał wspólne rozmowy podczas treningów. Dzięki pomocy  znajomego, nowy sprzęt dotarł jeszcze w tym samym dniu.

Oprócz podtrzymania formy, musieliście jeszcze pracować zdalnie. Jak udawało się godzić czasowo pracę i wspólne treningi?
Jacek Zielonka: Nie mieliśmy z tym większego problemu. Bo mamy w miarę regularne godziny pracy. Zaczynamy w godzinach 8-10, a kończymy 16-18. Przeważnie robiliśmy trening około 18 w zależności od ilości pracy w danym dniu. Czasem na Zwifcie było nas 6-10 osób, bo łączyliśmy się z innymi członkami TriWise.  

Jak znieśliście mentalnie ten okres kwarantanny?
Piotr Radkowski: Ten okres był przedłużeniem wakacji. Więc trudno powiedzieć, żeby to było jakoś obciążające. W weekendy było trochę gorzej. Bo wtedy odpadały takie zajęcia, jak praca, która nas trochę rozpraszała i zajmowała w ciągu dnia. Zostawało wiele czasu na takie atrakcje jak np. gotowanie, czy czytanie książek. Pod względem psychicznym to było przyjemne wydarzenie.  
Damian Marciniec: Naszym jedynym zajęciem była praca i treningi. Odchodziły obowiązki domowe. My jako sportowcy amatorzy na co dzień musimy godzić pracę, dom i treningi.

W jaki sposób spędzaliście czas wolny?
Jacek Zielonka: Skupialiśmy się bardziej na wspólnych rozmowach. Mogliśmy powymieniać doświadczenia. Pracujemy w bardzo podobnej branży, choć w różnych firmach. Dużo czasu spędziliśmy na biznesowych dyskusjach i nie tylko. Mam wrażenie, że  tych rozmów wyciągaliśmy bardzo dużo wiedzy dla siebie.  
Damian Marciniec:
U nas ewentualnie Netflix pojawiał się wieczorami. Akurat repertuar chłopaków mnie usypiał, więc zawsze miałem coś do nadrobienia. Pewne tytuły muszę sobie odświeżyć i nadrobić to, co straciłem. Telewizji praktycznie nie oglądaliśmy.

Jak radziliście sobie z tym odcięciem od rodzin na czas kwarantanny?
Jacek Zielonka:
Wcześniej nigdy nie doświadczyłem trzy tygodniowej rozłąki od rodziny. To było nowe doświadczenie. Oczywiście codziennie się zdzwanialiśmy za pomocą różnych komunikatorów. Były też rozmowy wideo. Przykładowo Damian grał w statki z synami. Radziliśmy sobie w miarę możliwości. Dawaliśmy radę.
Piotr Radkowski: W ogóle to jest taki czas, że wszystkie kontakty z rodziną przeniosły się w wirtualną strefę. Ludzie zaczęli się bardziej martwić o siebie. Ja przegadałem telefonicznie wiele godzin z większością krewnych. Nigdy nie miałem tak długiej rozłąki z synem. Dlatego bardzo często rozmawialiśmy ze sobą.
Damian Marciniec: Jestem ojcem dwójki dzieci. W wieku 14 i 6 lat. Myślę, że młodszy syn bardziej przeżył tę sytuację. Dlatego graliśmy w statki, szachy. Przeprowadzaliśmy często wideo rozmowy, które też pomagały.

kwarantanna

Zajrzyj do:

Marcin Ławicki: Ten sezon będzie inny od wszystkich

Jak wyglądał Wasz powrót do rodzin?
Damian Marciniec
: To było epickie (śmiech). Podczas pakowania okazało się, że pomimo, nie wychodzenia z mieszkania, rzeczy nazbierało się dużo. W moim przypadku na cały ładunek składały się dwa trenażery, walizki oraz dodatkowe rzeczy z obozu. Zapamiętam moment, w którym żona zobaczyła jeden trenażer, a po chwili podszedłem do auta z drugim. Miała bardzo zdziwioną minę, choć wspominałem wcześniej o zakupie drugiego trenażera. Myślała jednak, że żartowałem (śmiech). Po wyjaśnieniu powodów pojawienia się nowego sprzętu, sprawa została zamknięta i udało się wszystko zapakować do auta. Powrót do domu był miły i przyjemny. Wszyscy się za sobą stęskniliśmy, bo nigdy nie mieliśmy tak długiej przerwy.
Jacek Zielonka: Ja wyjechałem od Piotra 30 minut po Damianie. Byłem szczęśliwy, że wracam do rodziny. Pierwszy raz od dwóch tygodni widzę ziemię z poziomu parteru, a nie siódmego piętra. Faktem jest, że Piotrek ma wspaniały widok na Klasztor na Bielanach, a po drugiej stronie widać Tatry. Więc jest super, ale perspektywa przez te dwa tygodnie była mocno zaburzona. Kiedy zjechałem windą na parter, to ziemia zaczęła się delikatnie ruszać.
Piotr Radkowski: Kiedy koledzy wrócili do rodzin, to ja cały dzień spędziłem na sprzątaniu oraz długim spacerze. Miałem gigantyczny niedosyt świeżego powietrza. Pogoda akurat była fenomenalna, więc spacerem pokonałem ok. 10 kilometrów.

Czy obecnie macie w głowach myśli oraz obawy dotyczące tego sezonu z perspektywy amatora?
Jacek Zielonka: Rozmawialiśmy o tym, czy ten sezon dojdzie do skutku. Jesteśmy amatorami. Więc gdyby ten sezon zupełnie nie wystartował, to my poradzimy sobie w życiu. Natomiast mamy dużo znajomych, którzy są zawodowymi triathlonistami. Dla nich to jest dramat. Zupełnie nie wiedzą, do czego się przygotowują. Pomimo tego skupiamy się na drugiej części sezonu. Fajnie byłoby wystartować chociażby w dwóch zawodach z tych przeniesionych na wrzesień i październik. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Piotr Radkowski: To jest świetna okazja na podnoszenie umiejętności. Niezależnie co się wydarzy, ten sezon będzie niepełny i niedokończony. Więc można skupić się na poprawie konkretnych elementów np. techniki biegowej.   

Rozmawiał: Przemysław Schenk
rozmowa przeprowadzona 30.03.2020
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X