Rozmowa

Kostera: Priorytety i robienie tego co się kocha

Pokonał 10-krotny duathlon. To była jego odpowiedź na odwołanie zawodów na pięciokrotnego IM. Teraz Adriana Kosterę czekają wielkie zmiany w życiu.

Ukończyłeś wyzwanie 10-krotnego duathlonu. Co dla Ciebie znaczy ten wyczyn?
W moim życiu nadchodzą wielkie zmiany. Nie wiem do końca, jak nasze życie zmieni pojawienie się syna. Jedno jest pewne. On będzie największym priorytetem. Dlatego gdzieś w tle pojawia się myśl, aczkolwiek jestem z nią spokojnie pogodzony – to koniec wybryków w świecie ultra. Dlatego po części traktowałem to jako pamiątkę. Jako wspomnienie, które i u mnie i u Was będzie przypominało, kim jest Adrian Kostera. Gdybym tego teraz nie zrobił, być może przez kolejne lata chodziłbym przygnębiony i przytłoczony wątpliwościami – czy naprawdę dałbym radę ustanowić rekordy świata we wszystkich konkurencjach w Ultra Triatlonie. Czy pokonałbym sto Ironmanów w sto dni? Dzisiaj mogę odpowiedzieć – tak. I spokojnie zająć się ważniejszymi sprawami.

Czego się dowiedziałeś o sobie po tym wyzwaniu?
Kiedy budzik dzwoni po ośmiu godzinach snu i zupełnie nie mam ochoty wstać do pracy. Kiedy na dworze pada i wybieram auto zamiast roweru. Jednocześnie przez 10 dni śpię po dwie godziny podczas Deca Duathlonu. Kiedy zakładam ochoczo mokre ciuchu i ruszam,  marznąc w deszcz. To zaczynam się zastanawiać, jaka jest różnica, że raz jest łatwo coś zrobić i przychodzi to z uśmiechem, a kiedy indziej to staje się trudne i smutne.

Chodzi o priorytety i robienie tego, czego się kocha.

Jeżeli po ośmiu godzinach snu ciężko wstać do pracy. To oznacza, że wstajemy z przymusu i przygnębiającej konieczności płacenia rachunków. Kiedy wstaję po dwóch godzinach wesoły na rower, to jadę, bo tak chcę. To mój wybór i tworzę w ten sposób coś, co kocham.

Początkowo miałeś wziąć udział w zawodach 5x IM, lecz zostały odwołane. Jak potem wyglądało przygotowanie logistyczne do 10-krotnego duathlonu?
W pierwszej kolejności trzeba było przygotować mapy. Musiałem poszukać odpowiednich programów i urządzeń. Zorganizować Live tracking. Przygotować jedzenie. Ciuchy. Przez samym wyzwaniem nie spałem aż do drugiej w nocy, przeszukując mapy w poszukiwaniu niechcianych promów, schodów, ścieżek piaskowych. 2342 kilometrów to bardzo długa trasa. Jak się później okazało, nie zauważyłem dużo błędów.

Kto, za co odpowiadał w Twoim suporcie?
Osią mojego suportu tym razem byli Konrad Sobczak i Jagoda Szpringier. To oni dbali o to,  abym jadł, spał. Miał sprawny sprzęt i w miarę suche ubrania. Dawid Bobrzki, Marcin Duduś oraz Elzbieta Kostera prowadzili moje konta na Facebooku i dbali o to, aby powstawały zdjęcia, filmy oraz inne materiały. Byli odpowiedzialni za kontakt ze światem zewnętrznym, można tak powiedzieć, abym ja i suport mogli się skupić w pełni na zadaniu. Grzegorz Glębocki i Przemysław Kaczmarczyk byli z nami w trasie i wyręczali Konrada i Jagodę, gdy tamci musieli spać. Towarzyszyli mi w trudnych momentach na rowerze i w biegu oraz nawigowali kamper tak, aby zawsze mnie odnaleziono na trasie. Krzysztof Kostera był naszym kierowcą i mechanikiem. Krzysztof jako naprawdę świetny zawodowy kierowca potrafił wjechać wszędzie i zaparkować wszędzie.

Zobacz też:

Marcin Ruciński: Trening jest narkotykiem

W jaki sposób radziłeś sobie ze złą pogodą, która pojawiała się w przeciągu całego wyzwania?
W Holandii pogoda bywa często zła. Jednak taka, jaka towarzyszyła mi głównie na rowerze, była najgorsza, jaką można sobie wyobrazić. Wiatr pomiędzy 40 a 70 km/h. Przez 80 procent dnia padał deszcz. Do tego długie noce i krótkie dni. Mój rower przygotowany na zawody na dwóch kołach Zipp 808. Dwa poważne szlify i zdarte oba biodra i łokcie oraz pognieciony kask. Miałem też ciągłe problemy ze znalezieniem trasy. Gdyż nawet jak w programie, którym tworzyłem mapy, wybrałem „kolarstwo szosowe”. To i tak niektóre leśne drogi uznawało, za nadające się dla moich 23mm opon. No i remonty, objazdy.

Jak sobie poradziłeś z pierwszym kryzysem?
Najważniejszą częścią suportu jest nie dopuścić, aby zawodnik się poddał. Pierwszym kryzysem było obserwowanie na liczniku, jak średnia poruszania na rowerze wynosi 15km/h,  podczas gdy jechałem ponad 30. Czułem, że to nie prowadzi donikąd. Trzeba było jednak to przetrawić i się z tym pogodzić.

Z jakimi problemami technicznymi zmagałeś się podczas wyzwania?
Po pierwszej wywrotce skrzywił się hak od tylnej przerzutki. Po drugiej odpadła klamka przedniego hamulca. Pierwszego dnia złamał nam się klucz od bagażnika w aucie, gdzie mieliśmy cały sprzęt. Tak więc jechałem z coraz mniejszym ciśnieniem w kołach, korzystając jedynie z ciężkich przełożeń pod wiatr i pod górki, a w deszczu hamowałem butami. Na szczęście klucz po dwóch dniach udało się dorobić. Od tamtego momentu Konrad z Krzysztofem na każdym postoju robili mi porządny serwis roweru. Za każdym razem jak dojeżdżałem moją Orbeą i Konrad widział ilość błota na mechanizmach, to miał łzy w oczach.

Kiedy przeżywałeś najcięższy moment na trasie?
Dwa takie wspominam. Ruszyłem z postoju z wiatrem. 70 kilometrów do następnego. W końcu mogłem odrabiać prędkość. Liczyłem, że pokonam to w dwie godziny. Po pierwszych 30 minutach ze średnią prędkością 43km/h wjechałem w miasto, z którego nie potrafiłem wyjechać. Siatka ulic przypominała plaster miodu. Co pięćdziesiąt metrów był zakręt. Średnia całego przejazdu wyniosła 23km/h. To załamuje. Inna sytuacja to gdy musiałem pokonać 80km odcinek pagórkowaty pod wiatr i nie miałem możliwości zmiany przerzutki z przodu na mały blat. Czułem, jak bolą uda, a nie powinienem do tego dopuszczać na rowerze, bo czekało mnie jeszcze dziesięć maratonów biegu.

Pod koniec wyzwania gruchnęła wiadomość, że schodzisz wcześniej z trasy. Co się stało?
Po części sprawy rodzinne. Był pierwszy listopada. Wtedy chodzimy z żoną zapalić znicz. Na drugi dzień były jej urodziny, a ja zamiast szykować jej śniadanie niespodziankę, uganiałem się, walcząc z wiatrakami. Jednak Ela prosiła, abym wrócił i to dokończył.

Co zadecydowało, że finalnie wróciłeś i ukończyłeś wyzwanie?
Ela powiedziała coś mądrego. Cały suport team przez osiem dni biega za tobą, opiekuje się tobą, poświęcili urlopy i czas. Są niewyspani i potwornie zmęczeni. A ty wychodzisz i jednym zdaniem mówisz: to koniec. Idź i zakończ, co zacząłeś.

Z jakimi reakcjami ludzi spotykałeś się podczas wyzwania?
Polacy Biegają w NL jak zawsze masowo wspierali projekt. Nawet cztery kontrole policji zakończyły się pozytywnie, kiedy tłumaczyliśmy, co właśnie ma miejsce  (stanie kamperem w niedozwolonym miejscu).

Zajrzyj do:

Ogrodnik był pierwszym polskim dzieckiem na IRONKIDS w USA

Zapowiedziałeś, że to ostatnie wyzwanie sportowe w tym roku. Co traktujesz za trudniejsze wyzwanie – nadchodzące ojcostwo, czy 10-krotny duathlon?
Każde wyzwanie sportowe ma limit czasu. Ilość kilometrów, które trzeba pokonać. Jeżeli pokonamy 42,2km to tyle, możemy usiąść, dzierżąc w dłoni medal ukończenia maratonu. Jednak ojcostwo jest wyzwaniem, na całe życie i w każdej sekundzie bez mety.

Jak wiadomo, na Twój sukces zapracowało wiele osób. Komu chciałbyś podziękować?
Konrad Sobczak i Jagoda Szpringier. W przyszłości nie muszę tworzyć planów na zawody. Mogę skupić się na tworzeniu watów i jestem w stanie im zaufać, że oni zrobią resztę.
Elzbieta Kostera – za cierpliwość.
Dawid Bobrzki – nie byłoby w tym nic radości, gdyby nie było cię w zespole.
Marcin Dudus, Grzegorz Glebicki, Przemysław Kaczmarczyk  – dziękuje za poświęcony czas.
Prosteel NL, Humagel Nederland, Staadsbrouwerij Eindhoven – dziękuje za zaufanie. Wiem, że nie przynoszę im zysków, a wspierają mnie z dobroci serca.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button