Rozmowa

Kacper Koszal kolarski podróżnik w triathlonie

Zaczynał od piłki nożnej, choć brakowało mu talentu do tego sportu. Przejechał na rowerze kilkanaście krajów. Ukończył ultramaraton kolarski. W triathlonie Kacper Koszal jest od czterech lat i stawia sobie małe oraz duże cele m.in.: wywalczenie slota na MŚ na połówkę i pełny dystans. 

Zaczynałeś od gier zespołowych, początkowo od piłki nożnej, następnie koszykowej, a później był nawet epizod gry w badmintona. Jednak nigdy nie uprawiałeś sportu na szczeblu centralnym. Czego zabrakło?
To trudne pytanie. Uważam, że działa bardzo dużo bodźców i zmiennych, aby osiągać sukcesy w sporcie i nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że w tamtym czasie zabrakło po prostu odpowiedniej osoby, która może by dostrzegła dużą chęć do współpracy na linii trener-zawodnik. Mimo nieposiadania „talentu” nie opuszczałem żadnego treningu. Jednak w takich sportach (przynajmniej kiedyś tak było według mojej opinii) pracując z młodymi zawodnikami, nikt nie szuka osoby, z której można zrobić coś za kilka lat, tylko szuka talentów do błyskawicznego sukcesu, bo liczy się tu i teraz. Dlatego często na boisku grali zawodnicy niechodzący regularnie na treningi, a jedynie pojawiający się dzień, dwa przed meczami ligowymi. To oni stanowili zawsze pierwszy skład, bo byli bardzo utalentowani. 

Z którym sportem wiązałeś największe nadzieje?
Chyba jak każdy chłopak kiedyś z piłką nożną.

Jednak na studiach zainteresowałeś się bardziej pływaniem. Dlaczego?
Było mi zawsze blisko do pływania. Treningi pływackie na uczelni przychodziły z łatwością. Najpierw wpadłem na pomysł, aby pracować jako ratownik wodny w okresie studiów. Tak to się wszystko zaczęło. Duża ilość czasu spędzona na basenach, inspirowanie się pływakami, w końcu chęć pracy w charakterze instruktora pływania przyczyniła się do tego, aby rozwijać się nie tylko jako instruktor i później trener, ale także poważniej jako zawodnik. To działo się bardzo szybko. Nie ukrywam też, że trafiłem na obydwu stopniach studiów na prowadzących, którzy wspierali mnie i motywowali postawą. Pozdrawiam R. Szymański, K. Pietrusik.

Jak wspominasz tamten okres?
Bardzo dobrze. Wracając do pracy w charakterze ratownika, to był jeden z przyjemniejszych okresów w mojej pracy zawodowej. Poznałem wielu znajomych, z którymi mam kontakt do dzisiaj. Treningi na uczelni, szczególnie drugiego stopnia, gdzie miałem szanse pływać z zawodnikami po SMS-ach, szybko pokazały, gdzie jest moje miejsce i że zdecydowanie brak tej lekkości i czucia wody co u osób trenujących pływanie od dziecka! Jednak to motywowało do pracy. 

koszal

Zobacz też:

Jak się żyje i trenuje w Arabii Saudyjskiej?

Lubisz nie do końca zrozumiałe przedsięwzięcia. Przejechałeś kilkanaście krajów na rowerze, większość na dziko z namiotem. Skąd taki pomysł?
Zaczęło się od krótkich, ale bardzo regularnych wyjazdów rowerowych ze znajomym – lokalnie w czasach szkoły średniej. Wtedy już powoli kończyłem przygodę z piłką nożną. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chcieliśmy jeździć coraz dłuższe dystanse i pierwszy raz złamać 100 kilometrów w jeden dzień. Zatem trasa Konin-Pyzdry-Poznań i tournee po tzw. „pierścieniu poznańskim” zajęła nam trzy dni i liczyła ponad 500 kilometrów. W międzyczasie pojawiały się myśli o coraz dłuższych wyprawach. I kolejno: Świnoujście-wybrzeże Polski-mazury w 11 dni, Konin-Berlin-Amsterdam-Bruksela-Paryż w 16 dni, gdzie wcześniej testem tego wyjazdu było dojechać z Konina do Gdańska w jeden dzień (ponad 300km na rowerach MTB w 19h), Norwegia z południa na północ, Włochy i trasy Giro d’Italia, Rosja – kierunek Sankt Petersburg, Islandia i tak dotąd udaje mi się wraz ze znajomymi corocznie wyrwać czasami na te 2-3 tygodnie na dziko, na rower.

Jakie kraje zwiedziłeś w ten sposób?
Ciężko tu mówić o konkretnym zwiedzaniu, takim całościowym krajowo, ale przejechałem przez: Niemcy, Belgię, Holandię, Francję, Włochy, Szwajcarię, Litwę, Łotwę, Estonię, Rosję, Norwegię, Islandię.

Którą podróż najmilej wspominasz?
Zdecydowanie wyprawa, która odmieniła moje życie to przejazd Norwegii – z Bergen na Lofoty w 2016 roku. Jednak każda wyprawa ma w sobie „to coś” i każda jest miła w efekcie finalnym. Czasami ze względu na warunki trzeba trochę pocierpieć, ale i tak corocznie się czeka, by móc znowu wyjechać.

Czy planujesz kolejne wyprawy rowerowe?
Zdecydowanie tak! Podróże w moim życiu są również sprawą priorytetową na tę chwilę.

Brałeś udział w ultramaratonie kolarskim. Jak wspominasz start?
Bardzo dobrze! Na pewno wrócę na takie zawody w przyszłości. Uwielbiam trasy ultra związane z kolarstwem. Start do 500 kilometra był względnie przyjemny i w komforcie, ale ostatnia setka do przyjemnych nie należała. Po 28 godzinach jazdy non-stop włączając w to jedzenie i punkty kontrolne nasze nadgarstki i stawy skokowe były obciążane do granic wytrzymałości. Było czuć każdą nawet najmniejszą nierówność w drodze. Z tego, co pamiętam, to prawie dwa tygodnie zajęło mojemu organizmowi powrócenie do bezbolesności i normalności, a największy problem miałem z jazdą w nocy. Reżim snu był zawsze dla mnie bardzo ważny i między północą a piątą nad ranem przysypiałem (śmiech).

koszal

Czytaj także:

Mateusz Tylek startował ze złamaną stopą na Hawajach

Kto Cię przekonał do triathlonu?
Chyba nikt nie musiał mnie przekonywać. Po prostu wiedziałem, że dobrze się będę czuł w tym sporcie. W końcu „od zawsze” pływałem, a wyprawy rowerowe stworzyły bazę pod dobrą nogę. Z bieganiem nie miałem nigdy do czynienia poważniej i tego się tylko bałem.

Kiedy zadebiutowałeś?
W 2016 roku w lokalnym garminowskim Ślesinie na dystansie ¼ IM.

Jakie emocje towarzyszyły podczas debiutu?
Emocje nie do opisania. Jeszcze rano w expo wypożyczałem piankę. Potem był start wspólny, zatem walka o przetrwanie do pierwszej bojki. Nawet nieźle wyszedłem z wody. Miałem  dużą radość z wyprzedzania wtedy zawodników na rowerach czasowych i naprawdę  umierałem na biegu.

Jak dalej rozwijały się Twoje starty?
Pierwszy rok po debiucie był mimo wszystko jeszcze bardzo rekreacyjny treningowo. Brak periodyzacji, brak czegokolwiek właściwie. Większa ilość biegania i pływania bez konkretnych akcentów. Z każdym rokiem nabierałem większego doświadczenia. Dużo literatury i środowiska sportowego, w którym zacząłem się więcej obracać, sprawiło, że to wszystko ewoluuje dotąd. Mimo wszystko nadal pozostaje bez współpracy z konkretnym trenerem. Jestem samoukiem i lubię odkrywać wiele aspektów samemu. Wiem też, że dochodzę już do granicy trenowania samemu, „na oko” i przyjdzie czas, gdzie będę potrzebował pomocy.

Co jest dla Ciebie sukcesem?
Każdy ukończony start jest dla mnie sukcesem i nagrodą, bo nikt nie pokazał mi tej drogi. Jednak jak mam konkretnie wybierać, to zdecydowanie będzie ubiegłoroczny wynik ze Ślesina – 2:06:22, gdzie byłem w top10 OPEN za wielkimi nazwiskami naszego polskiego triathlonu. 

Skąd czerpiesz motywację do dalszych treningów oraz startów?
Sporo oglądam moich mentorów. Obracam się w środowisku, które bardzo wspiera moje życie sportowe. Moja dziewczyna, rodzina, znajomi często żyją tym mocniej ode mnie. Poza tym mam jasno określony cel i do niego zmierzam. To pozwala mi się motywować. Każdy trening, każde zawody przybliżają mi efekt samorealizacji.

Czy z każdym sezonem trudniej jest się zmobilizować do dalszych treningów i godzeniu tego z pracą i życiem prywatnym?
Nie mam jeszcze tak dużego stażu treningowego, aby mówić o różnicach wynikających na przestrzeni tych kilku lat. Mam nadzieję, że za kilkanaście sezonów, będę mógł odpowiedzieć na to pytanie. Na tę chwilę to wszystko jest kwestią logistyki i umiejętnego zarządzania czasem. Często nie jest łatwo, ale gdyby sukces był taki prosty, to by go wszyscy osiągali. Na razie każdy rok jest dla mnie nowością, w pewnym stopniu ewolucją w tym, co robię i nie ma możliwości o braku mobilizacji.

Jakie preferujesz treningi?
Zdecydowanie wolę trenować na dużej objętości, ale niskiej intensywności. Dlatego przyszłościowo szykuję się do pełnego dystansu. Co nie zmienia faktu, że lubię przepalić nogę na szybkim bieganiu, czy mocnych interwałach. Jeżeli chodzi o pływanie, to zdecydowanie wybieram akwen otwarty. Nie mam problemu z pływaniem treningowym sięgających pięciu i więcej kilometrów, a na basenie to powoduje zawsze we mnie mały stres. Ostatnio dla mnie rekordem padło 200 km rozjazdu + 17 km biegu w nawet niezłym tempie.

Mieszkasz w małej miejscowości Konin. Czy to jest dobre miejsce do treningów triathlonowych?
Uważam, że bardzo dobrym. Duża liczba jezior pozwala na pływanie w pięknym krajobrazie i ciszy. Trasy kolarskie są bezpieczne z bardzo dobrymi asfaltami. Niestety, brak tu przewyższeń, na co nie narzekam! Biegowo też perfekcyjnie. Dostępność lasów i puszczy pozwala na komfortowe wybiegania. A i bieżnia się znajdzie do biegania mocnych interwałów. Brak nam niestety z krwi i kości basenu, co staje się problemem w okresie jesienno-wiosennym. Mimo posiadania przez miasto dwóch obiektów liczba osób korzystających już dawno temu zabrała poczucie komfortu pływania, a co za tym idzie trudno mówić o realizacji konkretnych zadań treningowych. Odpowiadam obiektywnie, bo pływam często na wyłączonych torach lub w godzinach najmniejszego zaludnienia, ale inni moi koledzy walczą z tym problemem na co dzień.

Który sezon był dla Ciebie przełomowy i dlaczego?
Zdecydowanie zeszły sezon. Były zawody, gdzie startując, byłem już rozpoznawalny przez jakieś grono. Kojarzono moje nazwisko. Pierwszy rok gdzie kupiłem sobie rower czasowy i bieganie stało się szybszym. Z wody często udawało się wychodzić w pierwszych grupach. Wygrałem kilka małych lokalnych zawodów open. Wysokie miejsca open w Ślesinie, Poznaniu, Suszu. Czułem się, że jestem w dobrej formie, sezon przeszedłem bez kontuzji, z dużą satysfakcją i uśmiechem. Przy dużym obłożeniu pracą zawodową udało się zrealizować postawione przez siebie cele. 

Który ze wszystkich startów najbardziej Ci zapadł w pamięci?
Garmin Iron Triathlon Ślesin ¼ 2019 r. Świetne samopoczucie, bardzo dobra dyspozycja dnia, perfekcyjna dla mnie pogoda, dobry wynik open. Po prostu wszystko zagrało w tamtym dniu. Mimo, że spadł łańcuch w T1! No i najważniejsze. Zawody odbywały się w moim lokalnym środowisku. Miałem bardzo duże wsparcie ze strony znajomych i rodziny. To dawało kopa.

Z którymi zawodami masz największy niedosyt?
Chyba będzie to start w Suszu na 1/8 w 2019 r. Towarzyszył duży stres. Pierwsze zawody po bardzo dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym. Czułem, że jestem w dobrej formie. Miałem duże oczekiwania. Przepaliłem się na pływaniu i popełniając błędy nawigacyjne, nie udało się wyjść na przodzie. Mimo wszystko dobrze pojechałem i pobiegłem, ale wynik open mnie w ogóle nie satysfakcjonował.

Jesteś nauczycielem wf-u od 3 lat. Jak wygląda obecnie Twoja praca?
Aktualnie i prawdopodobnie do końca roku szkolnego pracujemy zdalnie. Pracuję w szkole średniej. Bazuję na aplikacjach sportowych Endomondo/Strava. Uczniowie często przesyłają mi swoje aktywności, a ja oceniam ich wysiłek. Sami wybierają, co będą robić. Często jest to jazda na rolkach, chodzenie, ale sporo osób biega i jeździ na rowerze, co mnie bardzo cieszy! Pozdrawiam najlepszą szkołę średnią w powiecie – ZSEU w Żychlinie!

koszal

Przeczytaj też:

Daniela Jakimiuka blokują problemy finansowe

Z jakimi reakcjami wśród uczniów oraz podopiecznych spotykasz się, kiedy dowiadują się o Twojej przygodzie z triathlonem?
Raczej patrzą na to optymistycznie. Często z niedowierzaniem śledzą wyniki sportowe i wyprawy. Fajnie czasem na radzie w szkole usłyszeć brawa od kolegów i koleżanek z pracy. Sporo osób jak to bywa, niezainteresowana sportowo nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że tak można żyć albo w ogóle po co, to robić. Co do grup sportowych, które prowadzę, to wiedzą, po co przyszli na trening, poniekąd też chyba widzą we mnie, jako u trenera jakiś mały autorytet. To dla mnie największe wynagrodzenie i satysfakcja, a przede wszystkim motywacja do dalszego działania.

Czy namawiałeś kogoś z nich do spróbowania sił w tym sporcie?
Tak, jestem przekonany, że o co najmniej jednej z tych osób w przyszłości usłyszycie!

Na których dystansach najlepiej się odnajdujesz?
Na razie chcę ścigać się na dystansach ¼ i ½ IM. Czuję, że mam jeszcze duży zapas prędkości. Szczególnie na bieganiu i na pływaniu. Mimo wszystko w przeciągu 2-3 lat chciałbym ścigać się na pełnym dystansie.

Jak triathlon wpływa na życie prywatne?
Na tę chwilę życie zawodowe i rodzinne pozwala mi trenować dużo i to robię (szczególnie ostatnie miesiące). Zmierzam do wyznaczonego przez siebie celu. Mimo wszystko nie robię treningów za wszelką cenę i mimo że czasami są ustawione jako priorytet dnia, to słucham głosu rozsądku.

W jaki sposób rodzina pomaga i wspiera Cię w triathlonowej przygodzie?
Bardzo wspierają i ze zniecierpliwieniem czekają na wyniki po każdych zawodach, jeżeli akurat nie są na nich. Przede wszystkim kibicując i życząc powodzenia przed każdymi zawodami. Ponadto to, co opisywałem wyżej – logistyka dnia. Przygotowywanie posiłków, sprzętu, często też ubioru na kolejne treningi.

Jak obecna sytuacja zmieniła Twoje sportowe plany na ten rok?
Mała nadzieja na starty w tym roku trochę zdemotywowała początkowo wyjścia na konkretne treningi, ale od ostatnich trzech tygodni czuję się bardzo dobrze. Trenuję po to, by być lepszym każdego dnia i być zadowolonym z samorealizacji. Na zawody przyjdzie pora, a na tę chwilę każdy boryka się z tym samym problemem.

Jakie masz cele oraz marzenia związane z triathlonem?
Jeżeli mówimy o dużych marzeniach związanych z wynikiem, to chyba jak każdy ambitniejszy amator, czyli wywalczenie slota, kolejno na połówce i pełnym dystansie. Są też małe cele w postaci złamania dwóch godzin na ćwiartce. Mimo wszystko najbardziej zależy mi na ciągłym progresie i odkrywaniu tej dyscypliny. Wszystko nadal jest jeszcze dla mnie nowe. Chcę w przyszłości inspirować i motywować innych. Wiążę nadzieję przyszłościowo jako trener.  Jeżeli tylko zdrowie pozwoli, to małymi krokami będę zmierzał do tego celu!

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: materiały prywatne

Tagi
Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close