Rozmowa

Jerzy Górski: Ćpam życie, które sobie wybrałem

Rozmowa z Jerzym Górskim, triatlonistą, mistrzem świata w podwójnym Ironmanie (1990 r.), byłym narkomanem. Jego życie stało się kanwą filmu Łukasza Palkowskiego pt. „Najlepszy”. TriathlonLife.pl jest patronem medialnym pokazu filmu i spotkania z Górskim, które odbędzie się 26.11 w Gdańsku. Będzie można wygrać bilety na imprezę.

Aleksandra Kozłowska: Pamięta pan ten dzień, kiedy po raz pierwszy wziął pan narkotyk?
Jerzy Górski: – Dokładnej daty oczywiście nie pamiętam, wiem, że był to koniec lat 60. Mieszkałem w Głogowie, w dzielnicy, gdzie był klub muzyczny, tam dosyć często przychodziłem, tam się dobrze czułem. Spotykałem starszych ode mnie chłopaków – hipisów – kolorowych, długowłosych, słuchających super muzyki. Wciągnęli mnie w ten świat. Miałem wtedy 15 lat i chciałem być dorosły. Imponowało mi, że jestem z nimi, że mnie akceptują. Szkoła? Chodziłem do samochodówki, ale to nie była „moja” szkoła, nie ja ją wybrałem. Szukałem więc czegoś innego w życiu.

I znalazł pan odlot.
– Tak. Zaczęło się od morfiny. Dożylnie. Rzecz jasna nie miałem pojęcia czym to się kończy, co to oznacza. Miało być zajebiście i…na początku było. Wtedy w Polsce nie było narkotyków, wszystko trzeba było zdobywać nielegalnie. Zaczęliśmy więc oszukiwać, podrabiać recepty, włamywaliśmy się do aptek. Przestałem sobą kierować, o wszystkim decydował nałóg. Zrobiłbym wszystko by zdobyć towar. Z okresami przymusowych przerw na areszt lub szpital psychiatryczny (nie było wtedy ośrodków dla uzależnionych) żyłem tak przez 14 lat.

Kawał czasu…
– To prawda. Mnie ten czas przeleciał w innym świecie. Jak nie ćpałem, to piłem. Wiele osób mówiło mi: „Rzuć tamto świństwo, lepiej pij”. Więc grzałem i piłem, piłem i grzałem…

Kiedy zrozumiał pan, że to co miało być wolnością, okazało się śmiertelną pułapką?
– Dosyć często o tym myślałem, tylko, że byłem słaby. Nie raz postanawiałem, że z tym kończę. Od poniedziałku rzucam. Pamiętam jak się przeraziłem, gdy raz obudziłem się w nocy zlany potem, dreszcze – myślałem, że jestem chory. A to był narkotykowy głód. Pobiegłem do kolegi, wiedziałem, że ma towar w domu. Czekaliśmy tylko do 6 rano żeby jego rodzice wyszli do pracy. Ludzie nieraz mnie pytają jak to jest, jak się czuje przymus brania. Trudno to wytłumaczyć. Mówię więc: „Chodź, zamknę cię i przez tydzień nie będziesz jeść, jedzenie będziesz widział tylko przez szybę. W którym momencie zaczniesz tę szybę rozbijać?” Człowiek na głodzie jest zdolny do wszystkiego. Nosiłem więc tę ciężką, narkomańską zbroję izolującą mnie od wszystkiego. Normalne życie do mnie nie dochodziło. Nie uczyłem się, nie pracowałem, nie miałem przyjaciół, którzy prowadzili inne życie. Gdy zatrzymywała mnie milicja (podejrzewając o narkomanię, mogli cię zamykać na 48 godzin), bili mnie, grozili, stawiali warunek: „Pójdziesz na leczenie, damy ci spokój”. A ja: „Ale o co chodzi? Nie jestem żadnym narkomanem”.

Co było tym przełomowym momentem, kiedy postanowił pan zrzucić tę – jak to pan określił – zbroję?
– Nie było jednego takiego momentu. Cały ten czas, te 14 lat doprowadziło do przełomu. W 1982 r. gdy siedziałem w areszcie śledczym, usłyszałem audycję w radiu przez więzienny radiowęzeł. Marek Kotański mówił o wolności. Że otwiera kolejny ośrodek w Sokolnikach pod Łodzią, że tam nie ma lekarzy, że można chodzić do szkoły, uprawiać sport, malować, hodować świnie. Pomyślałem, że chcę mieć taką wolność. Tak mnie Kotański tym zainpirował, że w nocy napisałem list do MONAR-u. Że jestem w więzieniu, kolejny raz, że tyle lat siedzę w tym gównie… To był pierwszy raz, kiedy sam przed sobą przyznałem się do tego, że jestem narkomanem. Wyszedłem z aresztu. Zacząłem z Legnicy jeździć do Wrocławia, do punktu konsultacyjnego MONAR-u. Myślałem, że od razu pójdę się leczyć. „O, nie takich gigantów jak ty to kilkuset mamy” – usłyszałem – „Przyjdź za tydzień”. I tak przez pół roku. Sprawdzali moją motywację. Uparłem się na Sokolniki, a tam nie było miejsc. W końcu którregoś razu, gdy znów przyjechałem do Wrocławia, mówię: „Nie ważne gdzie, idę do każdego ośrodka”. No i mnie wzięli.

Jak wyglądała terapia?
– Przede wszystkim to ośrodek otwarty, nie jak w psychiatryku. Nie musisz tam być, nie podoba się – to wynocha, są inni na twoje miejsce. To, że zostajesz to tylko i wyłącznie twoja decyzja. Ale musisz trzymać się zasad: zero palenia, zero picia, zero ćpania, zero seksu przez pół roku, zero mocnej herbaty czy kawy. Przed wejściem zapaliłem więc ostatniego papierosa (a paliłem wtedy po sto dziennie), pożegnałem się z piciem, ćpaniem. Tam też po raz pierwszy pobiegłem – wszyscy biegali codziennie w ramach terapii zajęciowej. Niedużo, bo 1700-1800 metrów. Stopniowo bieganie sprawiało mi coraz większą przyjemność, wciągnąłem się. Zacząłem odczuwać  jak spada ze mnie ta wieloletnia zbroja. Zrozumiałem, że wciąż jestem 15-letnim gówniarzem, że nic nie umiem. I że radość sprawia mi zwykła codzienność: sprzątanie, pranie, prace w ogrodzie.

Miał pan chwile załamania? Nawrotu myśli by znów wziąć?
– Pewnie, że miewałem. Parę razy ogolono mi głowę, to był rodzaj kary. W ośrodku panowała hierachia. Na dole byli nowicjusze – siedzieli na sali terapeutycznej w identycznych drelichach, nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Wyżej byli „domownicy” – ci, którzy wytrwali tu powyżej trzech miesięcy do roku – oni mogli więcej, np. nosić własne ubrania. Potem, jeśli zostało się ocenionym pozytywnie stawało się samodzielnym monarowcem. Samemu decydowało się o przepustkach, o programie terapii. Zepsułeś coś, źle ugotowałeś czy niedokładnie posprzątałeś – dociążenie: dwie godziny więcej sprzątasz. Wywiązywanie się z różnych zadań miało pokazać nam doświadczenia, emocje, ważne było by wreszcie zacząć rozumieć co i dlaczego się ze mną dzieje. A tak naprawdę to był pikuś w porównaniu z wyjściem na zewnątrz. Po dwóch latach, po zakończeniu leczenia teoretycznie mogłem sobie zapalić, mogłem się napić. Nie zrobiłem tego do dziś, bo wiem, że jestem słaby. Trzeba się mocno uzależnić od czegoś innego, żeby wyjść z narkotyków czy alkoholu.

Pan się uzależnił od sportu.
– Tak. Dlatego często powtarzam, gdy ktoś pyta czy nadal grzeję. Tak, grzeję – odpowiadam – ćpam życie, które mam dzisiaj, które sam sobie wybrałem. Moim narkotykiem stał się triatlon, trenowanie innych. Mając 60 lat pojechałem na najtrudniejszy bieg przełajowy świata – Tough Guy w Anglii. Przed startem podpisuje się certyfikat śmierci – jeśli coś mi się stanie podczas biegu, biorę za to pełną odpowiedzialność. To bieg z przeszkodami: druty kolczaste, tunele z drutami pod napięciem… Wszędzie są ostrzeżenia, ale to uczestnik decyduje czy podejmie ryzyko.

Wcześniej ukończył pan wyścig The Western States Endurance Run, zwany Biegiem Śmierci (161 km biegu jednego dnia), został pan triatlonowym mistrzem świata w zawodach Double Ironman (7,6 km pływania, 360 km jazdy rowerem, 84 km biegu). W 1995 r. mimo wcześniejszego wypadku i kilku operacji zaliczył pan słynny Ultraman Triathlon na hawajskiej wyspie Big Island (10 km pływania, 421 km jazdy rowerem, 84 biegu). Można powiedzieć, że ostre ćpanie zamienił pan na równie ostry sport.
– To prawda. W podstawówce moją pasją była gimnastyka artystyczna, ćwiczyłem ją. Potem wpadłem w nałóg i z czasem potrzebowałem coraz więcej narkotyków, coraz częściej. Gdy wyszedłem z tego bagna, nie mógłbym wrócić do gimnastyki. Była dla mnie za słaba. Potrzebowałem czegoś dużo, dużo mocniejszego. Stąd triatlon. Sport okazał się moją wolnością. I to ja decyduję co i kiedy uprawiam. Dziś na przykład przebiegłem się dwa kilometry, uprawiam też tai-chi w wodzie – bezwysiłkowe pływanie (mam problemy z sercem). I jestem szczęśliwy – nic nie muszę, nie muszę pobijać rekordów, zaliczać kilometrów, poprawiać czasów, nikomu imponować. Mam luz. A przy tym wielką frajdę.

Co pan mówi młodym ludziom, gdy pytają o to, jak sobie radzić z narkotykami?
– Nie mam recepty. Ja tylko pokazuję swoją historię, sami niech wyciągają wnioski. Wiem  jedno – ważne by człowiek miał swoją pasję, pasję, którą wybrał sobie sam, nie taką, którą ktoś mu narzucił. Żeby miał coś, co daje mu satysfakcję, daje wolność. Wtedy byle co mu nie zaiponuje.

Pokaz filmu “Najlepszy” i spotkanie z Jurkiem Górskim odbędzie się 26 listopada 2018 roku w Gdańsku, o godzinie 17.30, w sali NOT. Wydarzenie jest skierowane do młodzieży i ich rodziców. Wstęp za okazaniem biletów, które będzie moża wygrać od jutra w konkursie na łamach TriathlonLife.pl.
Pokaz i spotkanie odbędzie się w ramach projektu “Zażyj wolności”, który jest realizowany przez Fundację IDEA – Innowacja dla Edukacji i Aktywności, przy współpracy z Gdańskim Centrum Profilaktyki Uzależnień, sfinansowane ze środków Miasta Gdańsk.

Foto Marcin Hlades – Esencja Fotografii

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X