Rozmowa

Jak Sebastian Kienle pomaga Agnieszce Jerzyk w rehabilitacji

Agnieszka Jerzyk w rozmowie z Triathlonlife.pl zdradziła, jak czuła się po wypadku, co było dla niej trudne. Jak przebiega proces rehabilitacji i dlaczego tak szybko ją rozpoczęła. Mówi także o problemach finansowych, które mogą odebrać jej marzenie, jakim jest wywalczenie jeszcze w tym roku slota na Hawaje. O wszystkim jednak opowiada z nadzieję i uśmiechem na twarzy. Tak jak tylko ona potrafi. 

Agnieszka Jerzyk przyjechała do Gdyni przed tygodniem na Enea Ironman 70.3. Tym razem jednak nie startowała, a w cieliła się w rolę kibica i bohatera filmu dokumentalnego o triathlonie. Nad morze przyjechała z córeczką Kasią, która dzień wcześniej świętowała roczek oraz partnerem Piotrem. Spotkaliśmy się i porozmawialiśmy. Sprawdziliśmy co dzieję się o popularnego Jerzyka. 

Pierwsze obowiązkowe pytanie, jak się czujesz?
Bardzo dobrze, wracam do siebie. Pytałeś się wcześniej, czy jestem załamana. Nie mogę być załamana. Musi być dobrze, jeśli chcę wystartować jeszcze w tym sezonie. Muszę patrzeć z optymizmem w przyszłość.

Jakie były początki powrotu do zdrowia?
Było mi bardzo przykro, że znowu coś mnie zatrzymało w treningach i w powrocie do miejsca, w którym byłam. Byłam tak blisko powrotu po ciąży i złamanych żebrach, a teraz spotyka mnie kolejna kłoda, którą muszę pokonać.

Ciśnie mi się na usta takie powiedzenie, że piękno rodzi się w bólu.
Dokładnie (śmiech). Myślę, że jeśli uda mi się osiągnąć to, co chcę, wtedy będzie lepiej smakować. Bardzo chcę, dlatego nie przestaję trenować. Chciałam jak najszybciej się pozbierać po Koninie. Byłam załamana tym, że znowu rodzina będzie musiała mi pomóc przy opiece nad Kasią oraz mną. Przez tydzień chodziłam ze złamaną ręką, a nie lubię obciążać innych własnymi obowiązkami.

Ciężko czasem poprosić o pomoc?
Dokładnie, z tego powodu było mi smutno. Pierwsze słowo, które powiedziałam do Piotrka, to przepraszam. Chociaż to, co się stało, to kompletnie nie była moja wina. Po prostu to był straszny pech. Nieuwaga zawodnika z AG, który wypchnął mnie z trasy. Nie zrobił tego specjalnie.

Można powiedzieć, że limit pecha u Agnieszki Jerzyk został wyczerpany, bo przypomnijmy ostatni raz, był złamany obojczyk, wcześniej choroba no i złamane żebra. Teraz byłaś w Gdyni, gdzie kręcony jest film dokumentalny o triathlonie. Po córce nie widać, że coś się stało, że ktoś inny czasem musiał się nią opiekować. Wszystko wraca na dobre tory. Jak obecnie wygląda Twój trening?
Cały czas czekamy na to, że będę mogła na 100 procent pływać kraulem i nie będzie mnie boleć ręka. Zakres ruchu po czterech tygodniach od operacji jest bardzo dobry. Myślę, że mogę powiedzieć, że zaskakująco dobry. Robię już okrężne ruchy. Pływam kraulem, dokładanką, ale jeszcze czuję ból. Wygląda to tak, że przepłynę 25 metrów, po czym bolą mnie mięśnie otaczające obojczyk. Na razie zostają m.in.: dokładanki, czy pływanie żabką. Teraz będę mieć kolejne badania i zobaczymy, czy wszystko jest w porządku z barkiem. Nie poddaję się. Wiem, że musi boleć. W końcu złamałam obojczyk i miałam operację. To wszystko jest jeszcze świeże. Dopiero teraz czuję, że schodzi mi opuchlizna po zabiegu i jest ten obojczyk.

Dosyć szybko zaczęłaś się ruszać po tej operacji. Ten lekki ruch był elementem treningu, czy bardziej bodźcem dla głowy?
Dużą rolę odegrał mój trener, bo na samym początku w Koninie myślałam, że ten sezon jest stracony. Choć wiedziałam, że mimo tej kontuzji chcę bardzo wystartować w Ironmanie. Nie miałam ani przez chwilę myśli, żeby skończyć z triathlonem. Jeszcze bardziej chcę wystartować w IM i zdobyć slota na Hawaje. Przyszedł trener. Powiedziałam do niego, że sezon jest stracony. On zaprzeczył, że nie do końca. Stwierdził, że może uda się wystartować w tym od początku zaplanowanym Ironmanie w Izraelu, który odbędzie się 25 listopada. Myślałam, że sobie żartuje i chce rozładować atmosferę. Okazało się, że mówił poważnie. Jak już coś powie mój trener, to jest powiedziane z rozsądkiem. Nie rzuca słów na wiatr. Wie, że to jest możliwe. Pierwsze co zrobił po tamtej sytuacji, to zadzwonił do naszej koleżanki Gośki, chirurga, aby się zapytać, co robić itd. Później zabrał się za to, żeby jak najszybciej mnie rehabilitować. Szukał w Internecie różnych filmików, jak wrócić po takiej kontuzji. Natrafił m.in.: na materiał Sebastiana Kienle, który fajnie pokazał na własnym przykładzie, w jaki sposób po takim urazie powrócić do treningów i ścigania. Poszliśmy właśnie tym tropem.

Można żartobliwie powiedzieć, że Sebastian Kienle pomaga Ci w rehabilitacji.
Tak (śmiech). W poniedziałek była operacja. Dzień później wypuszczono mnie ze szpitala, a w czwartek już przyszedł trener i robiliśmy rehabilitację. Po 13 dniach zaczęłam biegać. Po kolejnych dwóch weszłam do wody. Na szczęście miałam dobrze wykonaną operację. Kiedy nie bolało, to zaczęłam działać. Choć na początku oszczędzałam tę rękę. Teraz ta praca ramion wygląda dużo lepiej. Muszę przyznać, że pierwsze treningi w wodzie były ciężkie. Jednak ta codzienna rehabilitacja pod okiem trenera przynosi znakomite efekty. Widzę, że trener nie boi się iść drogą Sebastiana Kienle. Wszyscy co mnie obserwują, to mnie stopują, w tym lekarze. Choć oni nie mieli do czynienia z profesjonalnym sportowcem. Nie wiedzą, jak szybko taki organizm potrafi się zregenerować. Teraz czekam na wzmocnienie mięśni obojczyka. Widać, że ta moja prawa ręka jest chudsza i spadły mięśnie. Dlatego trzeba to odbudować.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w kryzysowych chwilach?
Na pewno to, że nie mogę wziąć Kasi na ręce. Ona ma taki etap, że cały czas chce być u mnie na rękach. Pierwsze dni były ciężkie, ale potem zrozumiała, że mama ma „ała” i nie może jej nosić. Nie zapomnę też tego momentu, kiedy już mogłam ją nosić. Jej radość była dla mnie wzruszająca. To są chwile, które bolą, ale potem karta się odwraca i są te piękniejsze momenty. Takim ciężkim okresem była też moja pierwsza rehabilitacja, kiedy trener kazał mi usiąść przed stołem i położyć ręce na nim. Potem miałam podnieść operowaną rękę. Wiadomo, że przy rehabilitacji najpierw uwsteczniałam zdrową rękę, aby wiedzieć, jaki mam wykonać ruch. Dopiero potem tą operowaną. Był ciężki moment, bo lewą podniosłam do ucha, a drugiej nie mogłam oderwać od stołu. To było smutne. Nie zdawałam sobie sprawę, jaką rolę odgrywają mięśnie w naszym organizmie i jakie szkody wyrządziło tygodniowe jej znieruchomienie.

Co Cię podtrzymywało na duchu, oprócz Kasi, męża i trenera?
Na pewno Kona, czyli moje marzenia. Strasznie chcę pojechać na Hawaje. Tyle osiągnęłam w triathlonie, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym jeszcze nie odhaczyć Kony. Zobaczymy, czy się uda. Zrobię wszystko, aby tam być. 

Jaki jest dalszy plan?
Mam nadzieję, że jeszcze wystartuje, może w tym miesiącu. Jak się uda, to wystartuję 20 lub 21 sierpnia. Jeśli to będzie za szybko, to planuję start 28 sierpnia. Nie ważne, czy wygram te starty. Chcę trenować i wrócić do formy. Małymi startami, kroczkami, chcemy przygotować się do Ironmana w Izraelu.

Masz na oku konkretne zawody?
Tak, chciałabym wystartować w Bydgoszczy-Borównie na sprincie. Jeśli to będzie za szybko, to jest w planie Samsung River Triathlon Uniejów. W dalszej perspektywie chciałabym też pojechać na jakieś obozy, ale zobaczymy, jak będzie wyglądać sytuacja finansowa. Nie startowałam przez dwa lata i pokończyły się moje kontrakty sponsorskie. W tym roku dużo zainwestowałam, aby wrócić. Myślałam, że już będę gotowa na to, żeby zaznaczyć swoją obecność. Jednak to złamanie znowu mnie zatrzymało. Robi się ciężko, ale mam nadzieję, że uda się pojechać na obóz. Wiadomo, że na takich wyjazdach robi się robotę.

Czyli musisz także odbudować się fizycznie oraz sponsorsko?
Dokładnie, nie chciałam “uderzać” do sponsorów, nie wiedząc, czy wrócę do formy po ciąży. Zamierzałam wygrać mistrzostwa Polski w Poznaniu, gdyby się odbyły zgodnie z planem. Z takim tytułem, czy medalem MP byłoby mi łatwiej znowu pozyskać sponsorów. Chciałam poczekać na ten moment, ale nie doszło do mojego startu. Muszę zaczynać od nowa. Nie chciałam, aby ktoś kupował kota w worku. Dlatego zamierzałam wygrać MP, aby poszukać sponsorów. Stało się, to co się stało.

Przecież nie jesteś takim kotem w worku.
Wiele osób mi powiedziało, że z takim CV nie powinnam się wstydzić prosić i rozmawiać o współpracy.

Marcin Dybuk       

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X