Poradnik

IRONMAN. Od decyzji do mety 3

Ironman. 3,8 kilometra w wodzie, 180 kilometrów na rowerze i maraton do przebiegnięcia. Dla wielu miłośników triathlonu, jeśli nie dla wszystkich, to cel marzenie. Z kim byśmy nie rozmawiali prawie zawsze słyszymy, że chcą zostać „człowiekiem z żelaza”. Za nami kilka miesięcy przygotowań do sezonu 2019. Zapewne wielu z triathlonistów przygotowuje się do startu na pełnym dystansie. TriathlonLife.pl zapytało pięciu śmiałków, którzy ukończyli Ironmana w minionym sezonie o wrażenia, przygotowania, obawy itd.

Za nami dwie części:

IRONMAN. Od decyzji do mety

IRONMAN. Od decyzji do mety cz.2

Czas na kolejną odsłonę. I dwa pytania tym razem:  

  • Najtrudniejszy moment w przygotowaniach?
  • Co czułeś przed starem?

Karol Lewandowski (na zdjęciu poniżej) w trakcie przygotowań borykał się ze złamaniem i jak sam przyznał podczas zawodów, na dystansie ¼ w Płocku walczył bardziej z bólem nogi niż z dystansem.

– To nie podnosiło na duchu – powiedział.

 

 

Jednak jak na żołnierza przystało nie poddawał się i walczył z czasem i kolejnymi treningami przed najważniejszym startem w Kopenhadze, 19 sierpnia 2018 roku.  

– Przed startem towarzyszyły mi chyba wszystkie emocje. Strach przed dystansem, podniecenie, ale także wewnętrzny spokój. Czułem siłę w głowie. Reszta była niewiadomą.
 

Gwóźdź do motywacji

Podczas przygotowań z kontuzją mierzył się także Remigiusz Kübler, który w przeciwieństwie do pozostałych kolegów, startował w Bydgoszczy.  

– Na początku marca wypadł tydzień treningów przez uraz stopy. Udało się go zaleczyć. Dwa tygodnie pracy według planu i kolejny tydzień powtórka z rozrywki, bo znowu stopa odmówiła posłuszeństwa. Mając w perspektywie zbliżający się sezon, to był taki mini-gwóźdź do motywacji. Ale jakoś się udało zmobilizować – twierdzi Kübler.

Mimo, że Remigiusz nie był debiutantem na pełnym dystansie, gdyż pierwszy raz z Ironmanem zmierzył się dwa lata wcześniej, to stres jaki mu towarzyszył przed drugim startem był większy. Dlaczego?

– Możliwe dlatego, że wiedziałem co mnie czeka – żartuje triathlonista. – Może też świadomość niezrealizowanych jednostek w trakcie przygotowań. To przełożyło się na pewnego rodzaju lekki strach i obawy dotyczące startu. 
 

Trening na ergometrze

Jeszcze inne problemy miał Tomasz Górzyński, który trening triathlonowy musiał pogodzić z treningiem na ergometrze wioślarskim.

– Podczas zawodów dla studentów w ergometrze uzyskałem dobry czas i zostałem zaproszony do reprezentacji Uniwersytetu Toruńskiego na Akademickie Mistrzostwa Polski – wyjaśnia Górzyński. – To była dla mnie nobilitacja. Ostatecznie wróciliśmy ze złotym medalem w klasyfikacji drużynowej mistrzostw. Indywidualnie zająłem trzecie miejsce, gdzie lepiej „pojechali” tylko zawodowi wioślarze.  A co czułem przed startem? To trudne pytanie! Huśtawka, może nawet rollercoster nastrojów od strachu, zrezygnowania, po euforię. Jednak całe szczęście udało się poukładać głowę i ostatnie dwa dni to pełen spokój.

 


 

Mieszanka wybuchowa

Także Rafał Pruchnicki (na zdjęciu powyżej) podczas przygotowań musiał zmierzyć się z kontuzją. Półtora miesiąca przez zawodami w Kopenhadze problem z kostką i zapalenie węzłów chłonnych nie pozwoliły mu ukończyć rywalizacji podczas Lotto Triathlon Energy w Lidzbarku. A start ten był jednym z najważniejszych testów przed Ironmanem.  

– Nieukończenie zawodów. Półtora tygodniowa przerwa od treningów i brak możliwości startów, to był dla mnie najgorszy moment w całym cyklu przygotowawczym – mówi Rafał. – Natomiast przed samym startem adrenalina buzowała we mnie. A jeśli do tego dodamy praktycznie obawy o wszystko, o pogodę, czy organizm da radę i tak dalej, to mamy mieszankę wybuchową.

 

 

Jak się okazało strach ma wielkie oczy. Rafał ukończył zawody łamiąc 11 godzin – 10:58:12. Jak na debiut, to był dobry wynik. Niemal 12 minut po Pruchnickim na metę wbiegł Roman Majewski (na zdjęciu powyżej), który pod koniec przygotowań musiał zmierzyć się ze zmęczeniem, a w trakcie przygotowań z łączeniem treningów z codziennymi obowiązkami.
 

Wygrać ze zmęczeniem

– Mam tu na myśli wykonywanie pracy zawodowej, kiedy najchętniej człowiek poszedłby spać – mówi Majewski. – Trudne były też momenty, kiedy nie miałem możliwości wyjścia na długi trening rowerowy ze względu na pogodę i konieczność kręcenia kilku godzin na trenażerze. Przed samym startem czułem lekki stres i podekscytowanie. Cieszyłem się, że wieńczę właśnie dzieło, do którego przygotowywałem się wiele miesięcy. Kierowałem myśli w stronę świadomego przeżywania zawodów i cieszenia się nimi, a nie spalania nad tym, co może nie pójść. Wszystko zagrało. Było świetnie – kończy Roman.

CDN.

opracował Dawid Majakowski
Foto materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X