Wiadomości

Ironman Lanzarote: Slot Dąbrowskiego, wypadek Musiała

To był szósty start Marka Musiała w Ironman Lanzarote. Do tej pory trzy razy wygrywał w kategorii wiekowej i dwa razy stawał na drugim stopniu podium. To w Hiszpanii Marek zdobywał sloty, dzięki którym mógł rywalizować z najlepszymi na Hawajach. I w tym roku był taki plan. Wygrać w kategorii wiekowej, wziąć slota i wystartować w Ironman Kona. Wszystko przebiegało zgodnie z planem do 144 kilometra.
 

Obudził się w szpitalu

– Nie potrafię powiedzieć co się stało, bo nie pamiętam – powiedział TriathlonLife.pl Marek Musiał. – Obudziłem się w szpitalu.

Nie wiadomo co się stało. Według wersji Marka niespodziewanie z pobocza ruszyła karetka, która obstawiała zawody. Kierowca nie zauważył zawodnika i doszło do zderzenia, w wyniku którego Polak trafił do szpitala. Zdaniem ratownika Marek miał złapać gumę i uderzyć w samochód. To jednak wydaje mało prawdopodobnie, bo nie ma śladów uszkodzenia roweru. A co jest pewne w tej sprawie?

– Rower jest cały, ja jestem poobijany. Nie mam nic złamanego – dodaje Musiał.

Prawdopodobnie jutro Marek opuści szpital. Już planuje kolejny start. Tym razem w Szwajcarii, w Ironman Zurich.

– Lubię górki stąd takie moje wybory – wyjaśnia zawodnik.

Zawody zaplanowane są na 21 lipca 2019 roku.

 

Dobre starty dwóch Polaków

Dużo lepiej zawody w Lanzarote zakończyły się dla Dariusza Dąbrowskiego. To co nie udało się Markowi, zrobił Dariusz, który zajął trzecie miejsce w kategorii wiekowej M45-49 i wywalczył slota na Hawaje. Czas Darka na mecie to 10:15:15. Warto także odnotować dobry wynik Damiana Marciniaka, który z czasem 10:31:11 zajął w kategorii wiekowej M30-34 siódme miejsce.

 

Uzależniony od Lanzarote

– Na Lanzarote startowałem drugi raz i mogę powiedzieć, że jestem uzależniony od tej wyspy. To takie małe Hawaje – opowiada TriathlonLife.pl Dariusz Dąbrowski. – Jest tutaj surowe piękno niezepsute komercją. Ruszasz na rower i myślisz: będzie znowu przygoda. Cała wyspa wszerz i wzdłuż. Ha! Ani razu nie spojrzałem na kilometry na zegarku. Mam ją podzieloną na sekcje „przyrodnicze” i wysiłkowe. Wiem, że pierwsze 100 kilometrów, to 80% wysiłku. Trzeba dociskać pod wiatr i pod górę. Resztę nawet na relatywnym „zgonie” dojedziesz. Uwielbiam tę trasę.

Dariusz przed rokiem także rywalizował na Lanzarote i  wywalczył slota na Hawaje. Wtedy zajął piąte miejsce w kategorii wiekowej M40-44. W nowej kategorii poprawił się o dwa miejsca, ale jak przyznał liczył na zwycięstwo.
 

Planował wygrać w kategorii wiekowej

– Tak wychodziło mi z analizy „zapasu” czasu do pierwszego w M45-49 przed rokiem. Mój czas był 10:01, pierwszego w M45-49 10:10 – tłumaczy Dąbrowski i od razu dodaje. – Przed przyjazdem nie czułem się tak przygotowany jak rok temu. Długo odpoczywałem po mega dla mnie udanym sezonie 2018, zakończonym 12-tym miejscem w M40 na Hawajach z czasem 9:05. Zacząłem przygotowania praktycznie od ferii zimowych czyli z końcem stycznia. Od tego roku prowadzi mnie Jakub Czaja. Na obozie na Majorce miałem solidnego dzwona na rowerze, czego efektem były dwa tygodnie przerwy z treningami. Pogoda w Polsce też nie sprzyjała. Ale powiedziałem sobie, że nie będę marudził i spróbuję osiągnąć cel. Pierwsze miejsce w kategorii M45-49.

Dla gości z odporną psychiką

Same zawody uznawane są za najtrudniejsze w serii Ironman. Główna trudność to wiatr. Trzeba uodpornić psychikę na jazdę na długich prostych pod mega mocny wiatr, który gnie palmy. Do tego podjazdy z dwoma górskimi sekcjami: Haria i Mirador del Rio. Od tego momentu  zaczyna się przygoda pod hasłem „I am flying” w dół z wiatrem 80+ km na godzinę. Tak jest przez 20 kilometrów, później znowu trzeba popracować. Rower podczas Ironman Lanzarote to największa trudność. Pływanie i bieganie jest proste. Na bieganiu na kilku „fałdkach” zbiera się jakieś 330 metrów przewyższenia, ale co to jest po 2250 na rowerze.

 

A dlaczego nie udało się Dariuszowi wygrać w kategorii wiekowej?

– Bo już na pierwszym kilometrze biegu zaliczyłem „zgona” – wyjaśnia Dąbrowski. – To był jeden z najsłabszych moich biegów. Paradoksalnie rok temu zrobiłem tutaj najlepszy bieg na pełnym dystansie: 3h16. Po takim samym dokładnie rowerze patrząc na waty: rok temu 267W NP w tym roku 268W NP. W tym roku rower był o dwa kilometry dłuższy, bo inaczej zrobiono „agrafkę” na trasie. W sumie 182km. Słabe to uczucie jak ruszasz na bieg i czujesz, że masz mroczki i zero energii, a przed sobą 42km. Dawno tak nie miałem.  Ale tempo… szło dobrze 4:30. Trochę spadało. 4:38 prawie dociągnąłem do półmaratonu. Mimo „zgonu” energetycznego. Mimo, że chciałem to przerwać po 5, 10 i tak dalej kilometrze. Pakowałem się żelami, colą, redbulem z bufetów żeby silnik „zaskoczył”.  Zamiast tego wywaliło mi żołądek. Tym przegrałem ostatecznie pierwsze miejsce w M45-49. Na szczęście uratowałem trzecie, jak przyspieszyłem na ostatnich sześciu kilometrach, co się generalnie nie zdarza.

A jednak Darkowi się zdarzyło i tak wywalczył slota.

Zaorany przez góry

A jak ocenia start Damian Marciniak?

– Jestem mega zadowolony z tego startu i doświadczenia z nim związanego – powiedział nam. – Góry mnie sponiewierały i wcale nie chodzi o brak mocy, ale o zjazdy. Cisnąłem ile się dało, ale brakowało doświadczenia. Pierwszy raz byłem w górach i zjeżdżałem przerażony, „po bandzie”. Niekiedy na wciśniętym hamulcu z prędkością 80 kilometrów na godzinę. Strasznie mnie to sponiewierało. Był moment, serpentyna kiedy zjeżdżałem. Podjechał do mnie gość i mówi: you have to work more man… Co za gość pomyślałem. Odjechał mi. Za jakieś 500 metrów ostry podjazd. Dochodzę do niego, wyprzedzam i mówię: I have to work more? Uśmiałem się i pojechałem. Już mnie do końca roweru nie dogonił.

 

Opracował Marcin Dybuk
foto materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X